diabollo
27.02.25, 06:49
Wojciech Orliński
W ZSRR zakazano uprawiania cybernetyki i używania słów takich jak „komputer”. Zwalczano też genetykę, nie wolno więc było używać słowa „gen”. Nie myślałem, że dożyję powrotu podobnych mechanizmów.
Wkrajach totalitarnych postęp nauki hamowany był przez to, że poszczególne słowa, nazwiska i pojęcia trafiały na listę zakazanych. To się mogło wydarzyć nagle, za sprawą kaprysu władz wynikającego z kolei z intryg ludzi, którzy robili szybką karierę na demaskowaniu „żydowskości” albo „reakcyjności” konkurentów.
Teoria względności Einsteina była na przykład zakazana i przez Hitlera, i przez Stalina. U tego pierwszego chodziło oczywiście o antysemityzm. Ale do czego przyczepili się bolszewicy? Otóż Albert Einstein cenił sobie austriackiego fizyka i filozofa Ernsta Macha. Śladem po jego pionierskich pracach nad rozchodzeniem się fali uderzeniowej jest jednostka prędkości odniesiona do prędkości dźwięku w danym ośrodku (nie da się jej na sztywno przeliczyć na kilometry na godzinę, bo zależy od temperatury, ciśnienia, chemicznego składu gazu itd.).
Jako filozof Mach był związany z nurtem zwanym empiriokrytycyzmem. Nieśmiertelny Lenin poświęcił temu nurtowi swoją jedyną pracę filozoficzną „Materializm a empiriokrytycyzm”, w której głosił wyższość tego pierwszego nad tym drugim. W normalnym kraju to nie miałoby znaczenia, ale w stalinowskiej Rosji działał niejaki Arkadij Timiriaziew, syn znanego przyrodnika Klimienta Timiriaziewa. W odróżnieniu od ojca nie miał żadnych osiągnięć naukowych. Na Uniwersytecie Moskiewskim grzecznościowo tytułowano go „profesorem fizyki”, ale za plecami nazywano „synem pomnika”, bo nie legitymował się żadnym stopniem naukowym – poza oczywiście stopniem „juniora”. Wkradł się w łaski Stalina, pisząc pracę dowodzącą, że Stalin jest genialnym fizykiem. Uzyskaną w ten sposób przychylność tyrana wykorzystał do rozkręcenia kampanii tropienia „reakcyjnych odstępców” wśród rosyjskich fizyków. Zniszczył tym paru ludzi, pnąc się w karierze dosłownie po ich trupach (przytaczam te anegdoty za książką Simona Ingsa „Stalin i naukowcy”).
Twórca cybernetyki Norbert Wiener otwarcie wyrażał antykomunistyczne poglądy. To wystarczyło, żeby w ZSRR zakazano uprawiania cybernetyki i używania słów takich jak „komputer”. Z innych przyczyn zwalczano też genetykę, nie wolno więc było używać słowa „gen”. Nie myślałem, że dożyję powrotu podobnych mechanizmów. Tymczasem ruszyły właśnie w amerykańskiej nauce.
Jeszcze przed inauguracją Donalda Trumpa senator Ted Cruz przebadał granty przyznawane przez Narodową Fundację Nauki (NSF) pod kątem „neomarksistowskiej ideologii woke”. Na podstawie słów kluczowych występujących we wnioskach o grant przypisywał je do jednej z czterech zakazanych kategorii: „sprawiedliwość społeczna”, „gender”, „rasa” i „sprawiedliwość klimatyczna”. Nowa władza wstrzymała finansowanie dla zakwestionowanych grantów. Pomińmy tutaj na chwilę sensowność takiego działania. Czy rzeczywiście zakazywać badań nad genderem czy rasizmem? Co złego w „sprawiedliwości społecznej”? Czy na tym ma polegać wolność słowa, że politycy narzucają uczelniom kierunki badań?
Środowisko akademickie szybko zauważyło jednak, że ok. 40 proc. zakwestionowanych wniosków nie miało nic wspólnego z jakąkolwiek ideologią. Zakwestionowano je za użycie zakazanego słowa typu „gender” albo „nierówność”. Zważywszy, że to pierwsze występuje w gramatyce („rodzaj”), a drugie w matematyce, powylatywały wnioski z zakresu językoznawstwa i algebry. Wszyscy wiemy, jacy z matematyków lewacy. Najchętniej by neomarksistowsko różniczkowali nierówności albo co gorsza transformowali homologie. „Trans-?” Nielzia! „Homo-”? Verboten!
W przypadku pozostałych wniosków można było odnaleźć ślad jakiejś ideologii. Czepiano się nie słów, tylko całych zdań typu „ten projekt może służyć popularyzacji nauk ścisłych wśród mniejszości i grup wykluczonych”. Za poprzedniej władzy taki dopisek zwiększał szanse na uzyskanie dofinansowania, za obecnej gwarantuje wstrzymanie (co znów przypomina trochę miniony ustrój, w którym kluczem do przetrwania było wyczucie, do którego momentu chwalenie Bucharina jest wskazane, a od którego już zdecydowanie nie).
Takie dopiski ludzie nauki i kultury muszą dodawać do swoich wniosków także w Polsce. Parę razy obserwowałem te procesy z bliska, więc wiem, skąd się biorą. Po prostu czasem politycy dochodzą do wniosku, że ci wszyscy naukowcy, filmowcy albo pisarze żyją na koszt społeczeństwa i powinni się za to odwdzięczyć. Politycy produkują wtedy jedyne, co umieją, czyli ustawę. A w tej ustawie przewidują dodatkowe punkty za „wspieranie innowacyjności”, „integrację europejską” albo „dziedzictwo narodowe”. Wywołują tym grę pozorów – komisje (parę razy zdarzyło mi się w takowych zasiadać) dają te dodatkowe punkty praktycznie z automatu. Ostatecznie w Polsce lekceważący stosunek do polityków też możemy spokojnie zaliczyć do „dziedzictwa narodowego”.
Nie ma tu jednak symetrii, że „nowi robią to samo co poprzedni, tylko w innym kierunku”. Poprzednicy dodawali punkty za „popularyzację nauki wśród mniejszości”, co samo w sobie nie jest przecież niczym złym, nawet jeśli można dyskutować, czy należy to dopisywać do każdego wniosku. Obecni wstrzymują finansowanie za użycie zakazanego słowa. Może to finansowanie kiedyś przywrócą, a może nie. Młody naukowiec na początku kariery nie zawsze może czekać, czasem w takiej sytuacji musi zmienić zawód. I tak ludzkości przepadnie lekarstwo na raka, bo akurat były nim homologiczne izomery cis-trans.
Polityka 9.2025 (3504) z dnia 25.02.2025; Felietony; s. 98