rembert
15.02.06, 08:30
W sobotę byłem na dość dużym balu. Taka mała gala dla sponsowrów i
organizatorów. Dostałem za free zaproszenie zresztą od kogoś kto miał iść, a
mu się nie chiało. Miejsca przy stolikach nie były numerowane (może szkoda),
opisano tylko stoliki dla kogo są przeznaczone. Pech lub szczęście chciało,
że usiedliśmy przy jednym ze stolików, przeznaczonych dla naszej kasty, przy
nas były jeszcze dwa wolne miejsca. Po paru minutach pojawiła się przy naszym
stoliku pewna pani, z mężem, koleżanką i kolegą. Głośno zakomunikowała jak
bardzo jest oburzona tym, że nie ma czterech miejsc, że zapewno doszło do
pomyłki i rzuciła hasło, ręce do góry kto jest z "kasty". Wszyscy podnieśli -
niezadowolenie wzrosło. Poczym obruciła się w moim kierunku i wypytała kto ja
zacz, czy napewno z kasty, a z jakiego oddziału i skomentowała na całe
gardło, że Ona jest z Warszawy i że chyba pownna mieć pierszeństwo. Po prostu
mnie zatkało! Z taką słomą wystającą z butów się jeszcze nie spotkałem.
Tragedia intelektualna.
Nikt jej nie ustąpił miejsca, poszła oburzona z mężem na smyczy do innego
stolika. Potem jeszcze przychodziła do naszego, przy którym siedziała jej
koleżanka. No cóż koleżanka nie wykazywała zbyt dużych chęci do rozmowy po
występach artystycznych tej Warszawianki.