annarchia
04.05.10, 16:51
Pytam osoby, które korzystały z takiej terapii lub znają się z innych powodów.
Czy takie odczucia są normą w t. analitycznej?
Czytałam dużo, dużo, dużo teorii. Ale w praktyce...
Mam myśli samobójcze z powodu kryzysu w terapii, który się ciągnie od wielu
miesięcy (nie dni czy tygodni). Chodzę na t. analityczną niecały rok i jest mi
coraz gorszej. Ale, co ważne, nie jest mi gorzej z powodu odkrywanych o sobie
prawd i poruszaniu bolesnych tematów, ale z tego powodu, że nie bardzo widzę
sens dalszej pracy nad sobą z terapeutą, jeśli ma ona wyglądać tak, jak wygląda...
Gdy poruszam istotny temat to t. milczy, za długo. Nie drąży tematu, który
przepada jak kamień... Przykładowo, jakiś czas temu musiałam pokonać bardzo
duże opory i lęki, aby poruszyć bolesną i wstydliwą sprawę. Odważyłam się,
powiedziałam, nawet sama poanalizowałam, a tu... Cisza. Milczenie. Jego
spuszczone powieki (odczuwam to jak brak kontaktu). Jego zamyślenie. Cisza.
Jest tam kto...? Po długiej chwili usłyszałam jakąś krótką nic nie wnoszącą
wypowiedź typu „Trudno Pani, bo nie ma Pani tego z kim dzielić...”. I tyle. No
trudno mi, trudno. A ja myślałam, że dotkniemy ważnego tematu... Że zareaguje.
Nic. Posłuchał, pomilczał. Trochę sama pociągnęłam temat i poanalizowałam (tak
nieporadnie), a potem z nerwów zaczęłam mówić o czymś mniej istotnym, a on
milczał... Temat (ważny!) przepadł. Zaczęliśmy rozmawiać o duperelach. Miałam
pod koniec sesji poczucie bezsensu, że nie warto pokonywać oporów, bo i tak z
tego nic nie wychodzi. Powiedziałam, że jestem zła na niego, bo nie pomaga mi
– równie dobrze mogę sama analizować w domu. Palnęłam, że to jego wina, że
zmarnowałam sesję. Uśmiechnął się. Ja w tym wypadku nie widzę różnicy między
autoanalizą a gadaniem przed milczącą osobą. Różnica jest za to finansowa...
Rzadko reaguje, gdy z lęku uciekam od ważnych tematów... Gdybym nie uciekała
od samej siebie i potrafiła przepracować temat bez ucieczki i samooszukiwania
to robiłabym to (i robię) w domu, autoanaliza. Terapeuta chyba od czegoś
jest...? Od czego? (wiem teoretycznie...).
Powtarza się ze starymi „interpretacjami”, to już nudne. Co ważne, nie
odrzucam ich jak na pniu. A poza tym są dość banalne. Wiem, że czuje się
nieważna, samotna, przerażona. Bo takie one właśnie są „Pani czuje się
nieważna, zła na mnie, samotna...”. Wiem, że tak się czuję - z powodu tych
uczuć przyszłam na terapię przecież!
Nie zadaje mi ważnych pytań (tj. kiedyś - już mu się nie chce?). Prawie
przestał stawiać pytania... Na początku terapii słyszałam pytania, które wiele
mi dawały. Których nigdy nie postawiłabym sobie sama (w końcu po to jest
terapeuta!). BRAKUJE mi ich bardzo! Czuję, że nie jest zaangażowany...
Od czasu do czasu się spóźnia parę minut, a ja zdenerwowana czekam pod
drzwiami. Ok, uprzedza, i potem przedłużamy sesję. Ale czuję się ciut
lekceważona... Nie wyłącza telefonu kom. podczas sesji (ja zawsze to robię),
czasem więc moje intymne zwierzenia przerywa głośne dzwonienie. Rozprasza mnie
to. I złości. I wtedy przestaję analizować temat, o którym mówiłam i ogarnia
mnie złość za telefon. Grrr.
Czasem ma na twarzy uśmiech, gdy się denerwuję na niego, gdy złoszczę się (a
odczuwanie złości jest dla mnie dyskomfortem i bólem, tak samo jak przyznanie
się do niej wobec kogoś). Mówiłam, że to mnie blokuje i że czuję się trochę
lekceważona. Ale bez zmian. Nie jest to oczywiście wyśmiewanie się,
absolutnie, ale postrzegam to jako dość nieadekwatne reakcje... Przewrażliwienie?
Samopoczucie i funkcjonowanie po prawie roku:
Wszystkie objawy na swoim miejscu i silne. Czuję się źle, często mam
pogorszenia przez myśli: „Nie da się mi pomóc, choć się staram”, a nie przez
poruszane tematy. Czuję coraz większy chaos i mętlik (zamiast rozjaśnienia).
Czuję się coraz bardziej zaburzona, jakby mi się psychika kawałkowała...
Żadnego światełka w tunelu, wręcz odwrotnie – zaczynam się upewniać, że
terapia mi nie pomoże. Niecały rok to może za krótko, aby przestać czuć
bolesny bezsens życia, ale ja tracę poczucie sensu pracy w tej terapii, bo
czuję się pozostawiona samej sobie na sesji. Brakuje mi ważnych pytań, brakuje
pomocy w drążeniu wnoszonych tematów, aktywności, pokazywania tego, czego sama
bym nie dostrzegła, powagi dla moich stanów emocjonalnych... Nie czuję sensu
mojej pracy... Nie chodzi nawet o efekty w sensie lepszego nastroju, ale w
sumie w ciągu tylu miesięcy (sesje kilka razy w tygodniu) nie przepracowaliśmy
ani jednego tematu tak głębiej, ani jednego konfliktu wewnętrznego, nic mnie
nie poruszyło tak do szpiku kości, aby zapłakać...
Bilans:
Na początku tej terapii miałam jeszcze ochotę na spotkania z ludźmi od czasu
do czasu, a teraz mam gigantyczną niechęć do jakichkolwiek kontaktów, żyję w
99% wyizolowaniu, zamknęłam się nawet na rodzinę. Idąc na tę terapię miałam
sporo nadziei, że pomoże po paru latach, a teraz mam ochotę położyć na sobie
krzyżyk, dosłownie... Miałam dużo determinacji do codziennej pracy nad sobą,
teraz to straciłam – bo czuję, że drepczę w tym samym miejscu i nie wiem, jak
samej (właśnie: samej) z tego wyjść... Podczas tej terapii zaczęłam się na
serio ciąć żyletką, wcześniej autoagresja nie przybierała takiej formy. Od
początku terapii schudłam ok. 10 kg, mam niedowagę. Sama sobie analizuję ten
spadek wagi, jakie lęki pod tym się kryją i motywy, a t. nic w zasadzie nie
dodaje i nadal mam problem z jedzeniem. Moje samoanalizy się wyczerpały, męczę
się, a on nie dociera do moich uczuć...
Nie chcę się użalać, nie po to piszę.
Chcę konstruktywnego spojrzenia.
Chcę sobie pomóc, ale sama nie potrafię!
Zastanawiam się o dłuższego czasu:
Czy to tylko mój opór?
Moja dewaluacja?
Tyle, że trwa już z 5 miesięcy...
Moje „korzyści” z choroby?
Ucieczka?
Jestem skończonym borderline’m, który upatruje się samych minusów?
(Z drugiej strony NIE rzucam terapii impulsywnie lub w gniewie).
Czy znowu trafiłam na niekompetentną osobę?
A może kompetentną, tylko brakuje tej „chemii” między nami?
Czy z kimś innym będzie ta „chemia?”
.......................
Żyć mi się nie chce, bo nie wiem, co mam robić.
Wytrwać w tej terapii?
Coraz trudniej mi się zwlekać z łóżka, bo nie widzę, żeby to do czegoś
zmierzało...
To faktycznie „zła” terapia czy mój opór? Jak to odróżnić?
Bardzo chciałabym przeżywać terapię emocjonalnie, być głęboko poruszona
tematami, a to dla mnie takie suche intelektualne analizowanie moich uczuć.
rozumienie, nie przeżywanie. Moja wina? Nie płakałam ani razu na sesji, a
brakuje mi takiego przeżywania. Co ma mnie poruszać? Intelektualne
analizowanie moich snów? Nieświadomych motywów? Zazdroszczę tym, którzy płaczą
przez trudne tematy... Ja płaczę w domu, z poczucia bezsensu takiej pracy...
Czy moje intelektualizowanie to mój problem czy także i terapeuty? On mi nie
zwraca uwagi na tę formę obrony, nie mówi „Broni się Pani teraz teoretyzując,
ucieka Pani od tego tematu...”. Nie mówi tak. Więc jak sama się nie przyłapię
na tym mechanizmie to mogę teoretyzować do woli...
Musze podkreślić, że o tym wszystkim, co powyżej – MÓWIĘ na sesji.
Ok, mój t. ma też pozytywne cechy.
Jest wyrozumiały, dość ciepły, miły, uprzejmy.
Cierpliwy wobec mojej krytyki, manipulacji.
Potrafię mówić mu o uczuciach do niego.
Wiem, że bardzo pomógł innym pacjentom.
Czy nie wzięłam tego pod uwagę przez opór i dewaluację?
Czy dlatego, że te cechy na „-„ są mocniejsze?
NIE WIEM.
Pomóżcie...
Konstruktywnie.
Liczę na pytania, które mi pomogą w rozeznaniu.
Mimo wszystko jeszcze chcę uratować tę terapię...
Nie chce się zabić, choć nie widzę wyjścia...
Plizzz, help mE