martini-7
19.06.15, 21:04
no i nie wiem już czy zjeżdżam z depresyjnej fazy czy na nią wracam... normalnie rollercoaster.
Dawniej, jak potrzebę wyżalenia się miałam wywalałam to na kartkach, tam sama przed sobą i nikt nie oceniał, a nie przepraszam, ja oceniałam, o i usprawiedliwiałam, zapewniałam sama siebie o swoim szczęściu, ale i pisałam co mnie smuci i jakoś nigdy potem tego nie czytałam. Może jakbym poczytała sama o sobie w perspektywie czasu może bym się otrząsnęła i przestała szlifować ten fałszywy diament. No ale wiele akcji przegapiłam i tyle.
Usiadłam sobie ostatnio i zaczęłam pisać obiektywną historię (na tyle obiektywną na ile umiem). Jakoś przyniosło mi to trochę spokoju. Wróciło trochę dobrych wspomnień, wspomnień tego, jak podejmowałam mało udane próby, ale jednak próby odmiany swojego losu, wróciły złe wspomnienia, jak czułam, że muszę uciekać, a nie wiedziałam jak i gdzie, jak ktoś mi powiedział, że mam pie...a na punkcie wolności.... pisząc to, uspokajałam się, pisałam odręcznie jakoś to mnie bardziej uspokaja, jakoś pisząc to patrzyłam na to jak obserwator z boku. Czy wybaczyłam sobie to nie wiem, na pewno jestem już mniejszym katem dla siebie. Znalazłam stare zapiski, zajrzałam i zobaczyłam narastającą w nich depresję której nie widziałam, a brałam za to, że po prostu za dużo chcę. Wylądowało to w kuble, nie cofnę czasu.
Dziś pierwszy raz od lat usiadłam i coś narysowałam. Myślałam, że powrót do rysowania mnie uspokoi. Uspokoił na moment, ale choć dawniej było to dla mnie radością teraz jakoś przybiło mnie, może narysuję coś jeszcze to znowu odkryję radość z tego.
Ogólnie to już nie płaczę, ale jeszcze nie ma we mnie spokoju o jakim marzę. No ale nie płaczę, nie boli mnie już tak głowa, a to zawsze coś.