zosia_styczen
12.07.20, 23:36
Na depresję choruję od 3 lat. Zaczęło się od problemów w pracy, mobbing etc. Do psychiatry trafiłam będąc zdecydowana się zabić. Pomógł mi bardzo wtedy, leczenie uratowało mi życie. Nie mniej jednak choroba wraca. Nie mogę się pogodzić z utratą pracy o jakiej marzyłam od dziecka. Udało mi się zmienić branżę, zacząć od nowa, zarabiam dużo lepiej, praca spokojniejsza, ale... Czuję się jakbym przeżywała żałobę po utraconym życiu.
Mam dwoje dzieci, 8 lat i 4 lata. Na ciąże zdecydowałam się niby świadomie, ale bardziej żeby spełnić marzenie męża. Ja miałam wszystko o czym marzyłam: wymarzoną pracę, męża, który zrobiłby dla mnie wszystko... Aż zaszłam w ciążę... Wtedy on dostał to, czego pragnął i przestał się starać... Przestał spełniać moje prośby, błagania... A ja byłam w sytuacji, z której nie mogłam się już wycofać - byłam w ciąży...
Nie miałam wsparcia w mężu przy dziecku. Uważał, że jest idealnym mężem, bo kąpał dziecko, a nie robił nic poza tym. Nasze małżeństwo zaczęło się sypać... Ja mając na głowie cały dom, małe dziecko, nie mogłam poświęcić na pracę tyle czasu ile bym chciała, ile ta praca wymagała. Jak ja mu zazdrościłam, że mógł po prostu wyjść do pracy! Ja musiałam najpierw przewinąć dziecko, nakarmić dziecko, przebrać dziecko, zapakować dziecko do samochodu, zapakować torby dziecka, zawieźć dziecko do opiekunki, znieść krzyk dziecka przy zostawianiu u niani i skonana porannym użeraniem się z dzieckiem dopiero mogłam wyjść do pracy. Po południu to samo tylko w odwrotnej kolejności... Byłam wykończona - a dziecko było przecież jego marzeniem, nie moim - ja całe życie chciałam pracować.
W pracy przestało się układać. Wiecznie niewyspana, żywe zombi, przestałam się wyrabiać, do tego despotyczna szefowa, chore układy i układziki... Potrzebowałam przerwy... Wtedy odezwały mi się hormony, nakręciłam się na drugie dziecko, wierzyłam, że tym razem będzie inaczej - jak można się domyślić nie było... Było jeszcze gorzej - sama z dwójką dzieci do ogarnięcia. Po powrocie z macierzyńskiego w pracy zaczęły się docinki, że jak śmiałam pójść na urlop macierzyński, jak tak można, zlecanie niewykonalnych zadań po godzinach, w weekendy... Wtedy pojawiła się depresja, silna, coraz silniejsza, aż myślałam tylko o tym żeby odejść z tego świata. Odeszłam z tej pracy. Straciłam moje marzenie, jedyne co napędzało moje życie, jedyną rzecz, której pragnęłam, zostałam z niczym.
Dzieci kocham, bardzo. Ale wiem, że gdyby nie one mogłabym dalej mieć tą pracę, na której mi zależało, o której marzyłam od dziecka. Byłabym szczęśliwa. Odkąd zaszłam w pierwszą ciążę straciłam moje życie. Nie mogę nigdzie wyjść nie organizując opieki nad dziećmi. Nie mogę zwiedzać, bo dzieci to nudzi, krzyczą w muzeach, nudzą się... Nie mogę chodzić po górach, bo one są za małe i nie dają rady... Nie mogę robić nic, co kiedykolwiek dawało mi choć odrobinę radości. Do puki mogłam pracować miałam chociaż coś, co dawało mi radość, satysfakcję. Teraz nie mam nic. Mam "jakąś" pracę. Wychodzę z domu, żeby nie być z dziećmi. Nie odnalazłam się jako matka. Nie umiem się nimi zajmować, nawiązać z nimi kontaktu. Cały czas rozpamiętuję, że zanim zaszłam w ciążę była taka szczęśliwa, miałam wszystko, teraz nie mam nic i to już nigdy nie wróci... Już nigdy nie będę szczęśliwa, niezależna, straciłam swoją szansę w życiu, na własne życzenie... Przegrałam swoje życie.