Dodaj do ulubionych

Pro�ba do Buddy

IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 12.04.01, 11:28
Czy to prawda, że trzydzie�ci lat walczyłe� z ...tu lista? Napisz co� o tym, o
konkretnych rzeczach, sytuacjach. Bo wiesz, trochę tu za dużo filozofii. Ja
wolę rozmawiać o prostych, małych rzeczach. Na przykład, jak rano wstać, jak
sobie zorganizować czas, jak sie nie dać wmanewrować w rzeczy, których nie chcę
robić, takie drobiazgi. Może mówimy o tym samym, tylko innymi słowami. Może już
po prostu zapomniałe�, jak to jest, gdy człowiek musi z szalonym wysiłkiem
wydłubywać z siebie ból, wstyd, strach, bo nic nie czuje, jest w próżni,
kompletnie od siebie odcięty. Prawdę mówišc, to my�lę, że wielu bandziorów
stało się nimi, bo nigdy nie zapłakali nad swoim życiem i nie potrafiš sobie
nawet wyobrazić innego życia. Ja też nie potrafiłam. Nawet nie wiedziałam, że
d�wigam na grzbiecie taki ciężar. Tylko zaczęłam się potykać. Nnajpierw
my�lałam, że to droga nierówna, ale gdy walnęłam twarzš w błoto, stwierdziłam,
że chciałabym przynajmniej nie leżeć. I wtedy poprosiłam o pomoc, dowiedziałam
się, że inni się aż tak nie chwiejš i zaczęłam się uczyć chodzić. Takiej
podstawowej rzeczy. Dlatego lubię podstawowe rzeczy. Bycie dzieckiem bożym i
czym� więcej niż umysłem nic mi nie pomogło. Najbardziej pomógł mi płacz i
zrozumienie. Ja też czytałam te mšdre ksišżki. Ale gdy o tym mówisz, to tylko
wiem, że masz dobrš pamięć i jeste� inteligentny. Co z twoimi rodzicami, żonš,
dziećmi, może kochankiem, nie wiem. Odnalazłe� ich, zrozumiałe�, przeklšłe� czy
może wymazałe� z życia? Pracujesz, lubisz pracę, masz miejsce w życiu? Możliwe,
że to o czym piszesz, to wyższy stopień wtajemniczenia. Ale tu piszš ludzie,
którzy nawet nie bardzo wiedzš, kim sš i czego chcš. Nie dawaj im ryby, bo i
tak nie będš umieli jej zje�ć. Daj im wędkę i powiedz, jak jš trzymać. Skoro
wyszedłe�, napisz dlaczego i jak zaczšłe� walczyć o swoje życie, dlaczego je
traciłe�. Mnie to bardziej pomoże, niż teoria o nie angażowaniu się. Dobrze,
ale w co? Przecież masa ludzi, którzy tu napisali, nawet nie wiedzš, że
ugrzę�li , nie mówišc już o �wiadomo�ci, w czym . Widzš tylko, że nie mogš się
ruszyć. Nie mów im, w czym ugrzę�li, bo to zadanie dla nich samych. Opowiedz, w
czym ty się topiłe� i ak wyszedłe�. Ja bardzo chciałam żyć i cieszyć się
słońcem, nie chciałam też krzywdzić innych, bo depresja jest rewanżem wartym
krzywdy, nie chciałam krzywdzić siebie. A ty?
Obserwuj wątek
    • Gość: Budda Re: Pro�ba do Buddy IP: *.unl.edu 12.04.01, 16:35
      No dobrze Ewo. Teraz chwila prawdy. Nie pisalem Wam tych wszystkich porad
      zeby sie wymadrzac. Sam je stosuje od lat ze znakomitymi wynikami. Co sie wiec
      stalo w moim zyciu ? Wychowywalem sie w rodzinie tak chlodnej jak tylko mozna
      sobie to wyobrazic. Nie moge sobie przypomniec, zeby mnie ktokolwiek lub
      gdziekolwiek przytulil albo powiedzial: kocham Cie synku. Ojcie byl alkoholikiem
      choc nie "ulicznikiem" zebrzacym na wodke. Nigdy nie mial czasu dla mnie,
      potepiajac mnie za wszystko, osmieszajac przed ludzmi etc. Zylem w ogromnym
      stresie i ogromnym leku przed smiercia. Mysl o umieraniu towarzyszyla
      mi od wczesnego dziecinstwa, wywolujac "panic attacks". W wieku kilkunastu lat
      odkrylem "dobrodziejstwa" alkoholu. Kazdy kontakt z alkoholem konczyl sie
      zalewaniem. To tylko dawalo mi odpoczynek od moich mysli. Do tego dochodzily
      agresywne zachowania, wiec mozecie sobie wyobrazic jak moje zycie wygladalo.
      W wieku 18 lat zaczalem czuc sie bardzo zle jesli chodzi o moja psychike.
      Mialem wszelkie -patie . Balem sie psow, wind, wysokosci, samotnosci, bycia w
      grupie, patrzenia w oczy, ostrych przedmiotow.
      I ten strach, przeszywajacy kazda moja komorke. Bylem wrakiem. Pilem zeby sie
      ratowac. Moje pijanstwa nie trwaly dluzej niz dwa dni, i ilosci wypijane nie
      byly wielkie, ale moja odpornosc na alkohol byla tak minimalna, ze po 3 piwach
      i kieliszku wodki moj caly dzien szedl na straty. Potem dlugie miesiace
      regulowania tego, co narozrabialem.
      Bylem dobrym uczniem jesli chodzi o wyniki, wiele gorzej jesli chodzi o
      zachowanie. W sumie chodzilem do dwoch ogolniakow, na trzy uczelnie (jedna z
      nich skonczylem).
      Jestem po 3 malzenstwach, w trzecim bedac do tej pory. Mam za soba 4 lata
      pobytu w Austrii i teraz 10 lat w USA. Mam trojke dzieci urodzonych juz tu
      w USA.
      Moj pierwszy panick attack ( powazny) nastapil gdy mialem 18 lat. Skonczylo sie
      to przyjazdem pogotowia i zastrzykami. Od tego momentu, oczekiwanie nastepnego
      ataku stalo sie obsesja.
      Pobyt w Austrii niczego jeszcze nie odmienil w moim zyciu. Strach zabijalem
      sznapsami jak dawniej, potem balem sie jeszcze bardziej, i tak w kolko.
      W Stanach przyszly pierwsze refleksje typu: no i co dale ? stad nie ma juz
      gdzie uciec, a pojsc na dno mozna z dnia na dzien. Tu zaczalem niesmialo
      powracac do mysli o jodze i alternatywnych metodach leczenia. Ale musialo
      uplynac jeszcze 4 lata zanim nastapil wypadek. Policja aresztowala mnie
      za bycie w stanie nietrzezwym w publicznym miejscu. Wsadzili mnie do samochodu
      policyjnego i po chwili samochod ten zderzyl sie z innym. Dopiero rano moglem
      zobaczyc co sie ze mna stalo. Cala twarz we krwi !!! Wygladalem jak upior.
      I tu nastepuje cos, co chrzescijanie nazwaliby zeslaniem ducha swietego.
      Patrzac na siebie w przerazeniu, powiedzialem tych kilka slow: Juz nigdy wiecej
      alkoholu w moim zyciu. Zdarzylo sie to 6 lat temu i do dzisiaj nie wypilem
      ani kieliszka, ani piwa ani nawet nie mialem najmniejszej ochoty na to.
      Moje klopoty z panick attacks przybraly jednak potwornie na sile. Poraz pierwszy
      w doroslym zyciu, pozbawiony bylem swego uspokajacza. Cierpialem meki, nie z
      braku alkoholu tylko ze nie mialem juz nic by przestac sie bac.
      Jakies 4 lata temu, dwoje naszych znajomych traci swoje dzieci pod kolami
      samochodow. Smierc zaczyna mnie osaczac, zaczynam sie dusic w swym zyciu,
      nie ma obrony przed umieraniem. Atakow dostaje w pracy, w kosciele podczas mszy
      w kolejce do kasy, a nawet w czasie spacerow. Ja juz nie zylem, tylko bylem na
      uslugach czegos potwornego. O pojsciu do lekarza nawet nie pomyslalem.
      Jednoczesnie zaczynam wracac do jogi, ktora zawsze dawala mi jakas tam ulge,
      jeszcze w czasie studiow. Tu zaczyna sie moja przygoda z tym co " ze wschodu".
      Zaczynam czytac jak szalony, odkrywam wielowarstwowy swiat teozofii,
      ezoterycznego buddyzmu, taoizmu, karme i reinkarnacje hinduizmu, zen.
      Zaczynam widzie siebie jako kogos bez poczatku i konca, zaczynam widziec siec
      zycia, ktorej jestem oczkiem, zaczynam widziec, pomalu, ale konsekwentnie
      roznice pomiedzy swiadomoscia a umyslem, i jak rozne sa te kategorie.
      Czytam naprawde jak szalony. Ale to dopiero poczatek. Od czytania do praktyki
      jeszcze daleka droga. Pomalu, rankami ociezale podnosze sie by zrobic kilka
      cwiczen jogi. Daje to ulge na godzine. Zawsze to cos. Ktoregos wieczoru
      zanim poszedlem spac, przez 10 minut oddychalem gleboko. Rano nie moglem
      uwierzyc, ze ten kto sie obudzil to ja. Ale euforia nie trwala dlugo. Powtorzyle
      ten seans ale tym razem oddychalem rowniez rano, zaraz po przebudzeniu.
      Bylo juz o wiele lepiej. Moje stany byly juz w 50 procentach pogodne, ale
      jeszcze mialem czarne dni. Po miesiacach praktyki nastapila znaczna poprawa.
      Oprocz oddychania zaczalem regularnie cwiczyc jogistyczne asany. Bylo juz wiecej
      pogodnych dni niz tych czarnych. Do mojego programu wlaczylem szybkie spacery
      po pol godziny dziennie i tak juz od 3 lat. Od jakichs 6 miesiecy nie mialem
      JUZ ANI JEDNEGO PONUREGO dnia !!!! czuje sie mlody, wypoczety, energiczny,
      zrelaksowany. Zapomnialem Wam dodac, ze po oddychaniach wpadam w stan
      medytacyjny, ktory jest czyms przepieknym.
      Bylem w PIEKLE. Chce teraz pomagac innym. jeszcze nie wiem dokladnie jak
      to zrealizuje, ale chcialbym leczyc alkoholikow i ludzi z panikami moja wlasna
      metoda. Ide w tym kierunku, wierzcie mi. Wiem, ze w ten sposob oddalbym
      ludziom to , co im zabralem.
      Wierze w nieskonczonosc zycia, w powrot na ziemie lub gdziekolwiek indziej
      we wszechswiecie, kocham slonce i usmiech . Nie boje sie smierci, czekam na nia
      jak na wielka przygode, nie lekam sie niczego juz wiecej.
      Oto moja droga Przyjaciele. Ewo, ja nie dawalem Wam ryb, ja dawalem wedki.
      Nie moge uwierzyc ze mi sie udalo. A jednak. Uratowalem sam siebie, z czegos co
      bylo koszmarem. Stad tyle optymizmu, ktory Wam przekazywalem. Bo kazdy z nas
      ma potencjal wyleczyc siebie samego. My tylko nie wiemy, ze to narzedzie
      jest w nas. Tego nauczyly mnie wscodnie techniki i ich filozofia.
      Wspolczesna medycyna zrobila ogromne postepy i ratuje zycie. Pomozcie jej
      aktywnie, nie czekajac ze pigulka zrobi cuda. Zaatakujcie chorobe z dwoch stron.
      To jest cos co sie nazywa Medycyna Ery III-ciej. Mnie sie udalo bez lekarzy,
      co nie musi byc regula. Niech rozsadek Wam podpowie jak postepowac. A czy
      jestem laikiem jak mnie ktos nazwal ? Kwestia gustu, nie uwazacie ?
      Tyle od Buddy. Od dzisiaj jestem dla Was Andrzej. I niech juz tak pozostanie.
      Calusy i glowy do gory, tam gdzie S L O N C E !!!!!!!!!!!!!!

      • Gość: ewa Re: Pro�ba do Buddy IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 12.04.01, 20:06
        Dziękuję, Andrzeju.
      • Gość: manson Re: Pro�ba do Buddy IP: *.t16.ds.pwr.wroc.pl 12.04.01, 23:49
        yo andzey ;]
        ja mam takie pytanie, powiedz mi, po co mamy wracac na ta ziemie po smierci??
        ja sie ze wszystkim zgodze, ale.. zeby sie meczyc w nieskonczonosc w ciele
        czlowieka?? mowisz, ze wiezysz w nieskonczonosc zycia, a moze raczej chodzilo
        Ci o Zycie Wieczne? piszesz, ze czekasz na smierc, jak na wielka przygode,
        wedlug tego, w co wierzysz juz wiele razy musiales czekac na ta smierc, juz
        wiele razy ja przezyles i co... wielka przygoda? hmm, wlasciwie nie pytam jak
        bylo, domyslam sie, ze to nie o to tu chodzi, ze to inne kategorie calkiem, ale
        PO CO?

        okay, jestem w stanie odejsc od filozofii chrzescijanskiej do tego stopnia, iz
        powiem, ze owszem, wracamy na ziemie, kilka razy - po to, zeby sie czegos
        nauczyc, zeby doswiadczyc pewnych rzeczy, ktorych zalozmy nie zdazylismy poznac
        w czasie jednego zycia (na przyklad umierajace noworodki, czy dzieci w wieku 2,
        3 lat lub jesli ktos dokonuje aborcji), wracamy po to, aby poznac czym jest
        dobro i jak postepowac dobrze, ale kiedy sie juz nauczymy mowimy ziemi, naszemu
        cialu, zyciu doczesnemu FAREWELL!! i wtedy dopiero zaczyna sie cos
        niewyobrazalnego dla nas, ja wlasnie na to czekam, dlaczego chcesz z tego
        zrezygnowac? a poza tym czy jestesmy swiadomi w ogole tego, ze juz bylismy na
        tej ziemi (a moze bylismy na innej)?
        zatem, ze tak powiem, poswiece sie ;] i wroce na ziemie jesli trzeba (co jest w
        ogloe extremalnym przpadkiem i calkiem nowa mysla dla mnie), ale zeby tak w
        nieskonczonosc?!?! please NOOOOOOOOOOO

        podsumowujac, mysle, ze to by byla ogromna porazka i strata czegos cudownego,
        gdybym po smierci znowu mial byc czlowiekiem (tudziez zwierzeciem, jak to
        teoria reinkarnacji mowi) na tej ziemi
        • Gość: dz Re: Pro�ba do Buddy IP: *.pp.rzeszow.pl 13.04.01, 03:40
          Gość portalu: manson napisał(a):

          > yo andzey ;]
          > ja mam takie pytanie, powiedz mi, po co mamy wracac na ta ziemie po smierci??
          > ja sie ze wszystkim zgodze, ale.. zeby sie meczyc w nieskonczonosc w ciele
          > czlowieka?? mowisz, ze wiezysz w nieskonczonosc zycia, a moze raczej chodzilo
          > Ci o Zycie Wieczne? piszesz, ze czekasz na smierc, jak na wielka przygode,
          > wedlug tego, w co wierzysz juz wiele razy musiales czekac na ta smierc, juz
          > wiele razy ja przezyles i co... wielka przygoda? hmm, wlasciwie nie pytam jak
          > bylo, domyslam sie, ze to nie o to tu chodzi, ze to inne kategorie calkiem, ale
          >
          > PO CO?
          >
          > okay, jestem w stanie odejsc od filozofii chrzescijanskiej do tego stopnia, iz
          > powiem, ze owszem, wracamy na ziemie, kilka razy - po to, zeby sie czegos
          > nauczyc, zeby doswiadczyc pewnych rzeczy, ktorych zalozmy nie zdazylismy poznac
          >
          > w czasie jednego zycia (na przyklad umierajace noworodki, czy dzieci w wieku 2,
          >
          > 3 lat lub jesli ktos dokonuje aborcji), wracamy po to, aby poznac czym jest
          > dobro i jak postepowac dobrze, ale kiedy sie juz nauczymy mowimy ziemi, naszemu
          >
          > cialu, zyciu doczesnemu FAREWELL!! i wtedy dopiero zaczyna sie cos
          > niewyobrazalnego dla nas, ja wlasnie na to czekam, dlaczego chcesz z tego
          > zrezygnowac? a poza tym czy jestesmy swiadomi w ogole tego, ze juz bylismy na
          > tej ziemi (a moze bylismy na innej)?
          > zatem, ze tak powiem, poswiece sie ;] i wroce na ziemie jesli trzeba (co jest w
          >
          > ogloe extremalnym przpadkiem i calkiem nowa mysla dla mnie), ale zeby tak w
          > nieskonczonosc?!?! please NOOOOOOOOOOO
          >
          > podsumowujac, mysle, ze to by byla ogromna porazka i strata czegos cudownego,
          > gdybym po smierci znowu mial byc czlowiekiem (tudziez zwierzeciem, jak to
          > teoria reinkarnacji mowi) na tej ziemi


          to raczej nie chodzi o klasyczna reinkarnację...nie w sensie "bycia w konkretnym
          ciele"..bardziej rozumiem to jako zjawisko bytu "jako-takiego", ponadczasowego,
          formy energii, która po śmierci nie zanika, a ulega przemianie..w co ? w
          kogo ?..no, tu to jeszcze jestem zbyt zielony, ale mam wrazenie, ze zaczynam łapc
          ciut-ciut...A co Twojej Manson niechęci powrotu po smierci na ziemie, to: czy
          wiesz, że waga naszej Zemi od tysiecy, milionów lat nie ulega zmianie ?(no, nie
          licząc tego, co spadnie z nieba,ale to promile)....ludzi coraz wiecej, a waga
          taka sama...i atomów na Ziemi tez tyle samo..wiec czy chcesz czy nie chcesz -
          wrócisz tu po smierci..wróca Twoje atomy, a raczej zostana i będa sobie
          nadal "działać"...moze kiedys w czyims ciele ?

          P.S.tak a'propos - to pierwszy post Buddy, jaki przeczytałem CAŁY..;-)
          • fibin Re: Pro�ba do Buddy 13.04.01, 08:06
            Przeczytaj pozostałe:) Pzdr:)
          • Gość: manson Re: Pro�ba do Buddy IP: 156.17.209.* 17.04.01, 17:39
            ja nie moge, takie texty to nie wiem komu..
            to zaden argument, to oczywiste, ze waga ziemi jest taka sama, a skad niby
            mialy jakies dodatkowe czasteczki przybyc?? mozna to okreslic w taki sposob, ze
            kiedys bylo wiecej materii nieozywionej na ziemi, teraz jest mniej, dlatego, ze
            zostatala uzyta jako budulec dla meterii ozywionej - znaczy jest wiecej ludzi
            nawet jesli ilosc materii nieozywionej jest stala i ktos powie, ze z niej
            absolutnie nie mozna zbudowac ciala ludzkiego, to i tak mozna stwierdzic, ze
            dzis globalnie masa flory na ziemi jest mniejsza, a fauny wieksza (mam
            nadzieje, ze czlowieka zaliczamy do fauny) niz iles tam lat temu, hence mamy
            wiecej ludzi na swiecie - przeciez w przyrodzie nic nie ginie, wszystko krazy i
            tylko zmienia postac

            (teraz fajny przyklad, niektorzy sie zalamia jak to przeczytaja)
            przeciez mozna wyciac 90% ludzi na ziemi i ich pochowac (czy nawet nie, bo (jak
            wyzej) i tak nie zginom) i za pincet tysiency lat, czy iles tam, bendzie
            wiencej roslinek na ziemi, czy zwierzontek (ludzi pewnie tesz ;])

            however, panie! co ma masa ziemi do dusz jakie sie na niej znajduja
            przeciez dusza i cialo to dwie rozne rzeczy, ktore po smierci sie rozdzielaja

            I W TYM MIEJSCU MUSZE ZAZNACZYC jaki ogromny blad pan dz popelnia, mowiac, ze
            ja to 'moje atomy', prawda, te wlasnie atomy, ktore skladaja sie na moj
            organizm dzis, zbuduja kiedys inny organizm, ALE JA BEDE WTEDY CALKIEM GDZIE
            INDZIEJ, a wiec ja jako ja, nie mam nic wspolnego z tymi tak zwanymi atomami,
            procz tego, ze sluza mi chwilowo
            zatem, to, ze one wroca, jak to dz mowi, po mojej smierci na ziemie nie
            swiadczy o tym, ze ja na nia wroce!

            jednym slowem to, ze masa ziemi jest stala nie ma wiele wspolnego, z tym, ze
            probabily, possibly, by any chance, moglibysmy wrocic na ziemie po smierci
            • Gość: dz Re: Pro�ba do Buddy IP: *.pp.rzeszow.pl 18.04.01, 02:46
              Gość portalu: manson napisał(a):

              > ja nie moge, takie texty to nie wiem komu..
              > to zaden argument, to oczywiste, ze waga ziemi jest
              taka sama, a skad niby
              > mialy jakies dodatkowe czasteczki przybyc?? mozna to
              okreslic w taki sposob, ze
              >
              > kiedys bylo wiecej materii nieozywionej na ziemi,
              teraz jest mniej, dlatego, ze
              >
              > zostatala uzyta jako budulec dla meterii ozywionej -
              znaczy jest wiecej ludzi
              > nawet jesli ilosc materii nieozywionej jest stala i
              ktos powie, ze z niej
              > absolutnie nie mozna zbudowac ciala ludzkiego, to i
              tak mozna stwierdzic, ze
              > dzis globalnie masa flory na ziemi jest mniejsza, a
              fauny wieksza (mam
              > nadzieje, ze czlowieka zaliczamy do fauny) niz iles
              tam lat temu, hence mamy
              > wiecej ludzi na swiecie - przeciez w przyrodzie nic
              nie ginie, wszystko krazy i
              >
              > tylko zmienia postac
              >
              > (teraz fajny przyklad, niektorzy sie zalamia jak to
              przeczytaja)
              > przeciez mozna wyciac 90% ludzi na ziemi i ich
              pochowac (czy nawet nie, bo (jak
              >
              > wyzej) i tak nie zginom) i za pincet tysiency lat, czy
              iles tam, bendzie
              > wiencej roslinek na ziemi, czy zwierzontek (ludzi
              pewnie tesz ;])
              >
              > however, panie! co ma masa ziemi do dusz jakie sie na
              niej znajduja
              > przeciez dusza i cialo to dwie rozne rzeczy, ktore po
              smierci sie rozdzielaja
              >
              > I W TYM MIEJSCU MUSZE ZAZNACZYC jaki ogromny blad pan
              dz popelnia, mowiac, ze
              > ja to 'moje atomy', prawda, te wlasnie atomy, ktore
              skladaja sie na moj
              > organizm dzis, zbuduja kiedys inny organizm, ALE JA
              BEDE WTEDY CALKIEM GDZIE
              > INDZIEJ, a wiec ja jako ja, nie mam nic wspolnego z
              tymi tak zwanymi atomami,
              > procz tego, ze sluza mi chwilowo
              > zatem, to, ze one wroca, jak to dz mowi, po mojej
              smierci na ziemie nie
              > swiadczy o tym, ze ja na nia wroce!
              >
              > jednym slowem to, ze masa ziemi jest stala nie ma
              wiele wspolnego, z tym, ze
              > probabily, possibly, by any chance, moglibysmy wrocic
              na ziemie po smierci

              ja o chlebie, Ty o niebie..zupełnie nie zrozumielismy
              się. Sprawę atomów dorzuciłem na koncu w formie
              ciekawostki. Bo np. mnie cieszy myśl, że to, z czego
              jestem zbudowany nie zginie nigdy (choćby to miały byc
              tylko atomy ;-)

              Istotne było to, co na początku, ale widzę, że zupełnie
              inaczej rozumiesz duszę (w kategoriach idealistyczno-
              chrześcijańskich, jako dokładne odziwerciedlenie
              ludzkiej powłoki w formoir bliżej nieokreślonego obłoku
              czegoś-tam). A tu nie ma żandej wielkiej filiozofii czy
              metafizyki, demonów i duchów - będąc istotą żywą,
              posiadasz oprócz ciała ogromną wręcz energię (coś, jak
              akumulator). Nie jest ona (na razie) mierzalna (moze w
              skarlałej formie - tomografy komputerowe, tudzież
              bioenergoterapeuci, widzący kolorowe zarysy wokól
              człowieka). Niemniej jednak w momencie śmierci energia
              ta nie jest w stanie ot tak zniknąć, rozpłynąć się w
              powietrzu. Wydaje mi sieś, że w zależności od osobnika,
              potrafi przetrwać a nawet się regenerować, tj.
              absorbować energię z otoczenia, a także w jakis
              sposób "wnikać" w materię. Nie jestem w stanie
              powiedzeć, czy posiada ona świadomośc, bo ja w ogóle na
              razie nie mam żadnej konkretnej definicji świadomości
              (tutaj może Budda cos pomoże)...

              Wiem, ze post brzmi nieco dziwnie...Cóż, to taka moja
              mała i niedokończona teoria - moze sie komuś nie
              podobać, ale mieć mi ja wolno.

              Więc jeśli znów bedzie "ja nie mogę, takie texty to
              komu..." to pozwole sobie wiecej nie podejmować polemiki.

              P.S. Do Buddy - jeśli Ci to nie sprawia kłopotu, to
              jednak na razie pozostałbym na Forum w dziedzinie
              wymiany poglądów. Jestem mocno niesumienny i
              niesystematyczny w prowadzeniu korenspondencji ;-)

      • fibin Re: Pro�ba do Buddy 13.04.01, 08:00
        Po raz kolejny serdecznie dziękuję, Andrzeju. Twoje marzenie już zaczeło się
        spełniać: jednego alkoholika i panikarza zacząłeś leczyć jakieś dwa tygodnie
        temu. I czuje się znacznie lepiej. Twój piciorys (a może strachorys?) w wielu
        momentach bardzo przypomina mój, więc i może Twoja metoda będzie skuteczna?
        Obiecałeś kiedys podawać kolejne medytacje dla początkujących, o ile pamiętam
        skończyło się na dwóch. Proszę o więcej. Leczenie trzeba kontynuować, prawda?!
        Pzdr:)
        • Gość: Budda Re: Pro�ba do Buddy IP: *.unl.edu 13.04.01, 16:30
          Czolem dla wszystkich. Wesolych Swiat.
          Nie chcialbym, zeby nasza dyskusja zeszla tutaj na tory reinkarnacji karmy.
          Choc dla mnie jest to absolutne centrum w ktorym poruszam sie (i wszyscy)
          nie czas i miejsce tu na ten temat. Choc pioro mnie swedzi, zeby zaczac
          pisac na ten temat, jednak spasuje. Dz, masz wiele racji w swoich
          spostrzezeniach i chetnie wymienie poglady z Toba (moj adres
          alewicki@unlnotes01.unl.edu).

          Fibin, podalem juz 3 medytacje z cyklu www.meditationcenter.com, a dzisiaj
          dwie pozostale.

          Mindfulness meditation (medytacja z wylaczeniem umyslu )

          1. Prosze usiasc wygodnie we wzglednie wyprostowanej pozie. Zamknac oczy.

          2. Uwage prosze skierowac na swoje oddychanie (tylko).

          3. W razie pojawienia sie jakichs mysli czy zewnetrznych dzwiekow, prosze
          je dopuscic do swego umyslu, i pozwolic odejsc.

          Koniec. Chyba nie mozna sobie wyobrazic czegos prostszego. Podobno Budda
          2500 lat temu wlasnie stosowal ta medytacje. Mimo swej prostoty jest to
          podstawowa medytacja i jedna z najlepszych. Niektorzy uwazaja, ze oddychanie
          jest idealnym obiektem dla medytacji, poniewaz jest zawsze z nami, nie musimy
          sobie nic wyobrazac etc.

          Medytacja relaksacyjna.

          To wlasciwie nie jest medytacja a raczej narzedzie na szybka relaksacje.
          1. Prosze usiasc jak do kazdej innej medytacji.
          2. Lekko przymknac oczy i skierowac przed siebie lekko w dol.
          3. Nie wazne jest na co patrzymy, raczej sam proces obserwowania jest wazny.
          4. Prosze nie koncentrowac sie na jakims punkcie. Patrzenie jest obiektem
          koncentracji.

          Autor powyzszej strony mowi, ze 2 minuty takiego patrzenia powinno wystarczyc
          dla relaksu. Sprobujcie.
          To narazie tyle. Pytania o karme i reinkarnacje kierujcie na powyzszy adres.
          Czekam z niecierpliwoscia. Manson, napisz do mnie. I Ty fibin. I wszyscy.
          Andrzej.
    • Gość: zofia do ewy IP: 198.209.126.* 13.04.01, 19:21
      Ciesze sie ze rozmowa poszla w tym kierunku.ewo masz niezwykle kajace zdolnosci. mysle ze masz
      taki wpyw na ludzi wokol. ja jeszcze nadal mam czasem ten niepokorny zgryz w glowie ktory sie
      nazywa brak zrozumienia/cierpliwosc skad sie bierze taka a nie inna postawa. moze za bardzo chce
      zrozumiec a za malo angazuje jeszcze serce ? nie wszystko sie da zrozumiec/ zgadnac bez pytan.
      bardzo cie podziwiam i ucze sie od ciebie twoja studentka zofia
      • Gość: ewa pytania IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 13.04.01, 20:16
        Zrobiło mi się głupio. Ja wcale taka nie jestem. Po prostu zawsze bezpieczniej
        zadać więcej pytań i wysłuchać odpowiedzi. Zbyt często robiłam z siebie idiotkę
        rzucajšc się z opiniami. Niezła ze mnie zołza, nawiasem mówišc. Rozumienie
        wielu rzeczy nie wyklucza popędliwo�ci i agresji. Dużo nauczyły mnie
        terapeutki, które głównie zadawały pytania. Poza tym, tak zostałam wychowana,
        żeby ułatwiać innym życie, bo moje było mniej warte lub dlatego, że jestem tak
        słaba, że lepiej nie rozjuszać silniejszego. Nic godnego chwały. A teraz trochę
        o strachu. Mnie wystarcza u�wiadomić sobie, że to moja matka mnš gardzi i
        wszystko co robię, uważa za żałosne. Inni nie. Ale u�wiadomienie sobie tego po
        raz pierwszy było potworne - straciłam wizję matki i zostałam sama. Dopiero
        pó�niej odkryłam że lepiej być samemu niż w dużym nawet towarzystwie w piekle.
        Parę lat temu zbuntowałam się przeciwko mojemu ojcu, który zerwał ze mnš
        kontakty. Nie skojarzyłam, że od tej pory zaczęłam się podejrzewać o najgorsze-
        dostawałam nerwowych drgawek w sklepie, gdy gdzie� zabrzmiał sygnał bramki
        (bałam się, że może mimowolnie co� ukradłam), namiętnie czytałam opisy zbrodni,
        zwłaszcza tych, gdzie ofiarami były kobiety, mojš ulubionš pozycjš była ksišżka
        o dzieciach, które zamordowały swojš rodzinę, bałam się, że zrobię krzywdę
        dziecku... Teraz, parę tygodni temu u�wiadomiłam to sobie, że gdzie� głęboko w
        duszy uważałam, że popełniłam zbrodnię wyłamujšc się ze schematu potulnej
        idiotki, a raczej nie spełniajšc oczekiwań ojca, abym go bezkrytycznie wielbiła
        i podziwiała. Ryczałam jak bóbr, ledwo mogłam mówić, ale powiedziałam, że boję
        się, że jestem tak podła, że sama nie zdaję sobie sprawy. I przeszło, przeszło.
        Dzisiaj byłam w sklepie, zad�więczała bramka, a ja zdałam sobie sprawę z
        sytuacji dopiero gdy kobieta przyjmujšca pienišdze ode mnie zaczęła rozmawiać z
        osobš, która to spowodowała. Usłyszałam, ale nie wzięłam do siebie - chciało mi
        się skakać z rado�ci. Jeszcze trzy tygodnie temu skoczyłabym ze strachu.
        Chciałam się tym podzielić - dla mnie to dużo, to baqrdzo dużo.
        • Gość: Budda Re: pytania IP: *.unl.edu 13.04.01, 20:40
          Rozumiem Cie doskonale. Mnie mozliwosc podejrzenia o cokolwiek zwalala z nog.
          W szczegolnosci gdy zostalo cos ukradzione w moim otoczeniu. Czerwienilem sie
          za wszystkich, unikalem ludzi itp. Piekielny to byl bol.
          Budda.
          • Gość: zofia Re: pytania IP: *.clmba1.mo.home.com 13.04.01, 22:52
            ja nie przeszlam przez to ale moj maz przez to przechodzil i jeszcze
            przechodzi. zeby utrzymac to malzenstwo musialam zrozumiec dlaczego on bieze
            wszystko do siebie. zachowywal sie tak jakby caly swiat sprzysiagl sie
            przeciwko niemu. prawie paranoia . jak ja mialam mine ktora zrobilam do swoich
            niezbyt nieszczesliwych mysli to juz byla reakcja z jego strony - izolacja,
            chlod emocjonalny ... na poczatku bralam to do siebie ale stwierdzilam z pomoca
            terapi ze jest to bardzo nieszczesliwy czlowiek a ja nie ma takiej wladzy zeby
            on czul sie szczesliwy . nawet jak zatancze na stole to on mi moze powiedziec
            ze tancze nie w rytm..albo ze noge podnosze za wysoko ...
            jak jechalismy do okolicznego miasta na spotkanie w urzedzie i mielismy tam byc
            na okreslona pore / trzeba bylo wyjechac 3 godziny wczesniej normalnie OK/ dla
            niego to bylo nie wystarczajace i wyjechalismy 5 godzin wczesniej . sluchalam
            przez 3 godziny roznych rzeczy nawet je spisalam w notesie bo mi sie wydawaly
            nie z tego swiata np ze nie mozemy stanac do wc bo nie zdazymy np ze nie
            znajdziemy prakingu . to byly jego reakcje pod wplywem stresu.. jak zaczelismy
            grzebac z terapeutka skad sie u niego wziely te zachowania , zeby znalesc u
            siebie wspolczucie a nie zlosc , dokopalismy sie niezlych historii z jego
            domu. powtorka zachowan z domu, no i oczywiscie biologiczne przetrwanie.
            mielismy fajna historie na lotnisku kiedy przybyl 4 godz wczesniej i postawil
            cale lostnisko w stan alarmu bo wiozl w walizce kamiem z nad morza . mysleli ze
            to bomba. ja juz sie nauczylam nie brac udzialu w tych wczesnych przybyciach i
            jak przyjechalam godzine przed, to sie dowiedzialam ze spedzil cale te 3
            godziny unieruchomiony przez wojsko bo nadal sie go bali. to go troche oduczylo
            tych wczzesnych na zapas przyjazdow. kluczem do zmian jego zachowan bylam ja -
            ja musialam sie nauczyc i to naprawde nauczyc sposobow zeby powiedziec to co ja
            chce i zeby to go nie ranilo.to mnie zaprowadzilo do nauki na temat
            bounderies. jestem ciekawa jaki termin jest uzywany w Polsce na to zo okreslam
            bounderies - granice osobowosci -moze? to co andrzej nazywa zrob dystanas
            emocjonalny , w naszej grupy jezyku nazywamy detachment with love.
            bo jak spiewa Budka Suflera -bo do tanca trzeba dwojga....
            to byla wspaniala rozmowa , bardzo ksztalcaca dla mnie i bardzo wam dziekuje. i
            rowniez zycze pogodnych swiat .. z.
            • Gość: Ewa Re: pytania IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 18.04.01, 19:55
              Nazywane jest to granicami, okre�leniem własnych granic. Moja matka zrobiła
              niezły cyrk w �więta, a ja się pierwszy raz tym nie przejęłam, prawdę mówišc
              zupełnie zapomniałam o incydencie, jakby nie dotyczył mnie - bo i nie
              dotyczył.Rok temu chowałabym się po kštach.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka