nat1976
04.01.06, 14:29
Pierwszy raz pisze na tym forum. Nie cierpię na depresję. Cierpi na nią mój
mąż. Jeszcze przed ślubem wiedziałam o tym jego problemie. Na tyle był
uczciwy. Potem decyzja o ślubie, ślub, nawrót depresji. I trwa to tak prawie
trzy lata. Ciągle źle się czuje, na nic nie ma ochoty itd. Ciągle zmienia
leki, szukając tych właściwych. Ciągłe czekanie a może to będzie to ten.
Wiem, że ślubowałam mi miłość i w zdrowiu i chorobie. Ale ja już po prostu
nie daję sobie rady z tym wszystkim.
Nasze problemy zaczęły się bardzo szybko po ślubie. Tak naprawdę to nie
doświadczyłam bycia młodą żoną. U nas zaczęło się od problemów. Jego stan
zdrowotny się pogorszył. Nawrót depresji. W porządku. Byłam w stanie to
zrozumieć. Byłam w stanie zrozumieć, że jak źle się czuje to nie ma ochoty
na seks, przytulanie, bycie czułym i kochającym mężem.. Byłam w stanie
zrozumieć, że może nie chcieć kochać się z ciężarną żoną (chociaż strasznie
to bolało). To, że nie przytula mnie, nie całuje prócz zdawkowych buziaków na
dobranoc. To, że nie pomaga w domu. Wierzyłam, że ten stan się zmieni. Byłam
dobrą i wyrozumiałą żoną czekającą na niego. Czekałam.
Aż doszłam do etapu buntu. Przestałam się zgadzać z tym jego czekaniem na
cud, by wszystko samo wróciło do normy. Bez podejmowania żadnych prób. Ja już
nie mam siły walczyć za nas oboje. Prosić, namawiać. On zawsze
mówi: „Zobaczysz, poprawi mi się (samo!), wszystko wróci do normy.” Tylko, że
obawiam się, że gdy nadejdzie ta chwila to ja będę tą osobą, której nic nie
będzie się chciało. Która się wypaliła..
Ciągle podtyka mi materiały dotyczące depresji, mówi o tym, że powinno się go
zostawić w spokoju, do niczego nie zmuszać. Nie kazać brać się w garść.
Boję się, że to ja niedługo będę potrzebowała pomocy lekarskiej. Mimo, że
jestem silna psychicznie, ale to też ma jakieś granice.