kouklara30
23.03.06, 22:32
Pare miesiecy temu odeszla ode mnie tzw. milosc zycia, ot koniec romantycznej
wizji swiata. Zanim to sie stalo przez pare lat zdazylam cale moje zycie
ulozyc wokol niego. Byl bardzo zaborczy, wymagal 100% zaangazowania. Tak wiec
z wlasnej i nieprzymuszonej woli pozbawialam sie mozliwosci poznania
przyjaciol, czy chocby znajomych, rozwijania "moich" nie "naszych"
zainteresowan, w ostatniej fazie zawalilam studia, ktore teraz probuje jakos
jednak skonczyc, ale z koncentracja u mnie slabo oj slabo. Podsumowujac rzecz
cala - wzorowa ze mnie frajerka zyciowa.
Tak wiec z pelna swiadomoscia, ze z kilku szans w zyciu nie skorzystalam
probuje je jakos odbudowac, od podstaw. Jest jednak problem i to spory.
Kompletny brak poczucia bezpieczenstwa. Strach, ktory towarzyszy mi caly
czas, ze wlasnie dzis znowu czeka na mnie jakas strata i zabierze mi ostatnie
elementy na ktorych opiera sie w tej chwili moj swiat. Wypisz wymaluj zbity
psiak, ktory teraz trzesie sie i czeka tylko na kolejne kopy.
Tak dlugo nie mozna, nie mozna zyc w ciaglym strachu, Mam wrazenie, ze
codziennie ubywa jakas czastka mnie, kompletnie sie rozpadam. Nie sadze, zeby
udalo mi sie poczucie bezpieczenstwa odbudowac, za bardzo oberwalam, ale mam
pytanie - czy macie jakies sposoby na radzenie sobie z takim strachem i
rozluzninie sie chociaz na chwile?
Jestem po probie ucieczki w prace. To byl glupi pomysl.