czekolada_z_orzechami
08.10.07, 19:53
Wstaję o 6, wracam do domu na 20. Od poniedziałku do piątku, dzień w dzień. Co tydzień mam zaliczenia i musze kuć, a nawet nie mam na to czasu ani siły.
Mam uporczywe myśli samobójcze, albo przynajmniej autodestrukcyjne. Myslę kiedy to zrobię. Nie wytrzymuję, nie radze sobie. Mam dziesięć tysięcy przedmiotów i na każdym każdy wymaga. Z kimkolwiek bym nie gadała, to każdy ma luzy na studiach.
Znowu sobie nie radzę, nie byłam dziś na umówionej terapii, a w środę mam psychiatrę.
Powiedzcie mi- czy ja panikuję, przesadzam, robię z igły widły?
Strasznie się stresuję, śpię bardzo płytkim snem, cały czas chodzę spięta, mam zaburzenia poczucia rzeczywistości. Wyskoczyłam dziś na jezdnię, ale kolezanka mnie złapała za ramie.
Wiem, nie tylko mnie jest ciężko. Seronil chyba przestał działać, jeśli kiedykolwiek zaczął.
Nie zobaczę Krakowa zimą, nie nazbieram kolorowych liści tej jesieni, nie zrobię korali z jarzębiny.
Całe swoje życie postrzegam w kwestii kilku tygodni.
Już jakiś czas temu napisałam testament. To jakieś wołanie o pomoc.
Chciałabym zażyć dużą dawkę painkillersów.