jastek24
25.03.08, 20:51
witam. Mam 24 lata i jako 17latka przeszłam depresję. Pochodzę z
małej miejscowości i ze zwykłej rodziny, stąd też kiedy coś "zaczęło
się dziać" ze mną ani ja ani rodzice nie wiedzieli co to jest. Nie
jadłam i nie spałam. Podczas bezsennej nocy przychodziły mi do głowy
najgorsze czarne myśli, że zwariowałam, że ze mną koniec. Kołatanie
mojego serca było dla mnie tak głośne, że dudniło mi w uszach...
Kiedy mówiłam to mamie, słyszałam ciągle: weź się w garść, zresztą
unikała tego tematu, wolała myśleć że wszystko jest w porządku.
Czasem podkradalam jej tabletki nasenne, bardzo mocne, które zbijały
z nóg po 15 min.i zapewniały sztuczny (ale jednak) sen. Rano hamując
odruchy wymiotne z trudem przełykałam małą kanapkę, wiedziałam że
muszę to zrobić, nie chciałam umrzeć,chcuiałam żyć, ale tak jak
dawniej! Pamiętam, że chodziłam do szkoły po nieprzespanej nocy i
zupełnie nie wiedzialam co się wokół mnie dzieje, miałam wrażenie że
zaraz moja głowa z hukiem uderzy o blat ławki... Wstydząc się tego
że się boję, że nie chce mi się żyć i że ze wszystkim sobie nie
radzę ukrywałam skrzętnie mój stan. Uczyłam się ostatkamu sił (Boże
jaki to był dla mnie wtedy wysiłek!, nauka zabierała mi dużo więcej
czasu niż zwykle)i dzięki temu miałam tylko trochę gorsze oceny.(co
uspokajało mamę-oceny jej wystarczały, mój stan emocjonalny,
psychiczny był sparawą dalece drugorzędną) Nie miałam nikogo kto by
mógł mi pomóc. Moi rodzice na słowo psycholog reagowali jak byk na
czerwoną płachtę, więc wolałam udawać niż pogarszać atmosferę w
domu. Dużo dała mi wiara, modliłam się bo nie miałam innej drogi
wyjścia i prawdopodobnie tylko dzięki niej nie targnełam sie na
swoje życie. Wiedziałam, że dzieje się ze mną coś niedobrego i
nienormalnego i wiedziałm że nie mam sojusznika w nikim...
tymbardziej że sama nie potrafiłam nazwać tego stanu, nie wiedzialam
więc co robić. W mojej miejscowości udanie się psychologa czy
psychiatry było ( i pewnie nadal jest)czymś uwłaczającym
człowiekowi, czymś co go napiętnuje na zawsze i umieści w
szufladzie :wariat, psychol. Zesztą mama nie chciała o tym w ogóle
słyszeć, uważała że mój stan to moje własne wymysły i sama sobie z
tym poradzę. Dała mi tylko ziołowe tabletki na sen, które nie
pomagały nawet przy przekroczeniu dawki. Dzięki modlitwie i wierze
wyszłam z tego. Wiem ze z lekami byłoby szybciej, ale czasu nie
cofnę. Powoli wychodziłam z tego, małymi krokami, sama. Mówiłam do
siebie, wyobrażałam sobie że przesypiam noc...Przed snem starałam
się relaksować, aby nie słyszeć cwego serca, kładałam się na prawym
boku. Wyciszałam się, świadomie zwalniałam oddech. Kosztowało mnie
to bardzo dużo pracy, wysiłku i samozaparcia. z czasem przesypiałam
po 3-4 godziny, potem coraz więcej. Doszło do tego, że gdzy się
przebudziąłm , mogłam zasnąć ponownie. Pierwsze sukcesy powodowały,
że starałam się dalej. Wszystko to było bardzo trudne, ponieważ
miałam trudną sytuacje rodzinną. Rodzice ciągle się kłócili
(przezywanie i przekleństwa były na porządku dziennym), doszły ich
problemy z pracą i atmosfera w domu często była nie do zniesienia.
Po kilku albo kilkunastu miesiącach wyszłam z tego, a czas depresji
wspominam strasznie. Byłoby mi duzo łatwiej gdybym miała choć
odrobinę wsparcia od bliskich czy pomoc lekarza. Gdzy poszlam na
studia i uzyskałam dostęp do internetu, dowiedzialm się wszystkiego
o swojej chorobie, która potrafiłam już nazwać: depresja. Potem
miałam kilka epizodów w życiu, kiedy zły stan nawracał. Potrafię
jednak zdusić go w zarodku dzięki technikom wizualizacji i
afirmacji, które zaczerpnęłam z książki "Miej odwagę zwyciężać". Są
na prawdę bardzo pomocne, kiedy człowiek jest przygnębiony i
apatyczny i kiedy choroba nie nabrała jeszcze rozmachu. Moim zdaniem
depresja u mnie może mieć kilka przyczyn:
-genetyczne - w mojej rodzinie od strony ojca są przypadki chorób
psychicznych (shizofrenia), a od strony mamy nerwic i depresji.
-tkwiące w sytacji rodzinnej-moi rodzice nie są dobrym małżeństwem.
Ciągłe, bardzo głośne i wulgarne kłótnie z udziałem dzieci nie
stwarzały atmosfery bezpieczeństa. Odkąd pamietam towarzyszył mi
lęk. Byłam rzadko przytulana, ale za to czesto wyzywana, co
skutecznie obniżało moje poczucie własnej wartości. Wymagano ode
mnie dużo, szczególnie dobrych ocen, a z każdej czwórki musiałam sie
grubo tłumaczyć. Nastawiona byłam na wyniki w nauce, w moim domu nie
było ciepła, byłam dzieckiem nerwowym i agresywnym. Teraz dzięki
wspaniałemu człowiekowi, który jest moim mężem, mogę powiedzieć że
jestem szczęśliwa, do czego nie mogłabym się przyznać jako dziecko i
nastolatka... Cieszę się że dzieciństwo i depresję mam za sobą,
jestem jednak świadoma ,że może powrócić, dlatego jestem czujna i
staram sie reafować racjinalnie na sytuacje stresowe.