space333
21.09.03, 22:47
Ma raka. Niestety nie ma juz sznas na leczenie. Od trzech miesiecy nie
pracuje, wrocilam do domu i opiekuje sie nia. Myslalam, ze jestem
przygotowana na wszystko i ze uczynilam wszystko by jej pomoc. Jednak teraz
ciale nekaja mnie pytania czy rzeczywiscie wszystko? jestem zmeczona -
przebywam z nia 24h na dobe. Ojciec pojawia sie wieczorem i rano znika.
Siostra pojawia sie na weekendy. Ja nie moge opuscic mamy nawet na 5 minut a
to dlatego, ze moze doznac krwotoku (juz jeden mial miejsce) - istnieje duze
prawdopodobienstwo, ze taki krwotok z guza spowoduje jej smierc. Najgorsze,
ze guz jest w gardle i w tym przypadku smierc moze sowodowac zachlysniecie
sie wlasna krwia. Ciagle mam pod powiekami obraz z pierwszego krwotoku -
fontanna krwi tryskajaca przez usta i nos i slabnaca mama - przelewa mi sie
przez rece, mdleje, krztusi sie. pogotowie przybylo w ostatniej chwili. Teraz
nawet jak jestem w kuchni to boje sie ze jak za 3 minuty wroce to zastane
kaluze krwi i ja niezywa. Boje sie ogromnie, ze w chwili jej smierci bede
obecna tylko ja, ze nie bedzie ani ojca ani siostry. przeraza mnie to. nie
wiem jak sobie z tym radzic. zle sypiam, a w zasadzie nie sypiam tylko
nasluchuje czy nic zlego sie nie dzieje. jestem zmeczona, wieczorami nie
jestem w stanie juz nawet rozeslac lozka, a musze przeciez pomoc mamie
skorzystac z lazienki, pomoc w toalecie wieczornej porannej - we wszystkich
czynnosciach. A najgorsze jest obserwowanie jej poarszajacego sie stanu
zdrowia - robie wszystko by bylo jej lepiej, a ona z kazdym dniem czuje sie
coraz gorzej. Poza tym najbolesniejsze dla mnie jet to, ze trace nie tylko
matke, ale tez najlepszego przyjaciela. Bardzo ja kocham, nie wahalam sie ani
chwili w podjeciu decyzji o zostawieniu wszystkiego i zaopiekowaniu sie nia,
chociaz ode mnie tego nie wymagala. Nie wiem jednak czy wytrzymam, czy
podolam psychicznie. Powoli sie dusze, nic mi nie przynosi chocby chwilowej
ulgi. Wiem, ze nie moge sie zalamac. Mama jest dzielna i naprawde ja
podziwiam z jaka klasa i pokora znosi wszelkie trudy choroby. Chcialabym miec
tyle sily by ja wspierac, tylko nie wiem skad czerpc te sile??? moze
poradzicie jak sobie z tym radzic, jak wytrzymac?? pogodzic sie z jej choroba
nie moge i pewnie bedzie to niewykonalne.
Poza tym wszystkim od lat zylam w inym miescie a teraz mieszkam w rodzinnym
miescie i nie mam tu juz zadnych znajomych, zadnej przyjaznej duszy z ktora
moglabym czasem zaprosic na kawe. Skad brac sily???