mateuszwierzbicki 01.01.06, 00:43 uszedłem, kiedy z ,,Cardinal Club" wracałem, a raczej, kiedy po powrocie do domu, po fajki wieczorem w okolicach 23:00 wyszedłem Odpowiedz Link Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
mysza_81 Re: ulica Belmont w Chicago, gdzie cudem z życiem 01.01.06, 00:47 Ladnie fajek Panu sie zachcialo)) PS.Nie wiem jak mam sie zrwacac???Bo pan ma duzo latek zapewne,skoro cos tam o cwierc wieczu wspominal Odpowiedz Link
mateuszwierzbicki Re: ulica Belmont w Chicago, gdzie cudem z życiem 01.01.06, 01:06 Myszko droga, jam Mateusz, a to, że mam duzo latek to niezbyt ważne. Jak sie obudze , to fragment powieści mojej o tym zamieszczę Odpowiedz Link
mysza_81 Re: ulica Belmont w Chicago, gdzie cudem z życiem 01.01.06, 01:09 No to Ty juz lezysz pod stolem PS.Czyz nie ma racji?? Odpowiedz Link
mysza_81 Re: ulica Belmont w Chicago, gdzie cudem z życiem 01.01.06, 02:14 I na ten tez mozna odpisac....dziwne,albo mam omamy,hehehe Odpowiedz Link
mysza_81 Mateusz...??? 01.01.06, 01:16 Kurcze znowu nie moge odpisac na post PS.Mateusz czemu na Twoj post nie da sie odpowiedziec??Co sie dzieje Odpowiedz Link
mateuszwierzbicki Re: Mateusz...??? 01.01.06, 16:31 klawiaturę w nocy szampan zalał i dlatego sam nick się mój tylko pojawił. Pod stołem nie leżałem Odpowiedz Link
mysza_81 Re: Mateusz...??? 01.01.06, 16:38 )) PS.Chyba normalnie juz wszystko dziala,ale nie mam glowy do myslenia.jak dzis tu zajrzalam to istny balagan bylNo ale wkoncu sylwester sie skonczyl,to i wszyscy upust dali Odpowiedz Link
mateuszwierzbicki Re: Mateusz...??? 01.01.06, 22:43 mnie na szczeście ból wiele godzin temu opuścił Odpowiedz Link
cuski Was glowa boli, a mnie... 01.01.06, 23:48 Was glowa boli, a mnie suszy, jak cholera )) Odpowiedz Link
mysza_81 Powiadasz,ze Cie suszy...:)) 02.01.06, 09:06 Powiadasz,ze Cie suszy,a mowilam tyle nie picAle Ty jak zwykle nie sluchasz,hehee PS.Jak Cie suszy,to sie napij Odpowiedz Link
mysza_81 Re: Wczoraj pilem... 02.01.06, 17:37 I nie pomoglo??? PS.Mnie za to brzuch boli od rumu Odpowiedz Link
cuski Pomoglo, pomoglo... 02.01.06, 17:40 Pomoglo, pomoglo... PS. Czym sie strules, tym sie lecz !!! )) Odpowiedz Link
mysza_81 Re: Pomoglo, pomoglo... 02.01.06, 17:41 Strulam sie tortem...moja mama ma dzis urodziny,i postanowilysmy zrobic tort Przy takiej robocie zawsze sie podjada....no a potem trza kawalek z jesc z rodzinka,to sie ma dosc,hehe Odpowiedz Link
cuski :)))))))))))))))))))))))))))))))) ))))))))))))))))) 02.01.06, 17:43 )))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))) Odpowiedz Link
cuski Mateusz napisał: 01.01.06, 23:45 Mateusz napisał: - Jak sie obudze , to fragment powieści mojej o tym zamieszczę Lubie takie powiesci )) Odpowiedz Link
cuski Mateusz 01.01.06, 23:43 Mateusz, przyznam sie bez bicia, ze nie wiem gdzie miesci "Cardinal Club". Odpowiedz Link
cuski Mateusz 01.01.06, 23:53 Ulice Belmont znam, ale rzadko tam bywam z racji tego, ze mieszkam na saucie Odpowiedz Link
mateuszwierzbicki sorry, że taki długi post obiecany wcześniej 01.01.06, 23:53 Samolot po niemal jedenastogodzinnym rejsie wylądował w okolicach Nowego Jorku. Celem było jednak Chicago. Ameryka była taka jak w filmach. Wylatując z kraju miałem pomysł nocnego zwiedzania Nowego Jorku, co skutecznie wybiło mi z głowy w samolocie amerykańskie małżeństwo z sąsiednich foteli. Następnego dnia Greyhoundem ruszyłem w kierunku Chicago, gdzie wedle rozkładu miałem pojawić się następnego dnia. Jednak podróż przedłużyła się do tygodnia. Tak się bowiem złożyło, że wspólne i systematyczne opróżnianie ze współtowarzyszami podróży zabranej z kraju wyborowej i żubrówki kończyło się w ich domach w Detroit, Filadelfii czy Cleveland. W Chicago wisząc na spuszczanych z dachów linach malowałem okna. Zakłócanie lokatorom spokoju wewnątrz ich mieszkań było grzechem niemal śmiertelnym i stąd każda operacja malowania okien musiała przebiegać od zewnątrz. Czasami robiłem to sam i wtedy niezbędna była specjalna uprząż i siodełko, czasami zaś z kimś, na podwieszanych pomostach zwanych skefo, na których przy pomocy lin podciągaliśmy się w górę. Najważniejsza była synchronizacja ruchów podczas podróży w górę i w momencie blokowania lin, gdy osiągaliśmy potrzebną wysokość. Ale to nie wyczerpywało wszystkich warunków bezpieczeństwa pracy na skefo. Każdy gwałtowniejszy ruch wprawiał deskę z zamontowaną z tyłu poręczą w taniec. I tak właśnie któregoś dnia się stało, a my nie przypięliśmy się pasami do poręczy. Kolega instynktownie złapał się za znajdującą się naprzeciw niego balustradę, co odbiło skefo od ściany budynku. Aby się ratować, w tym samym momencie zanurkowałem przez otwarte okno do znajdującego się za nim pomieszczenia. Człowiek, który znajdował się wewnątrz, siedział sobie spokojnie w fotelu i czytał gazetę. Zdezorientowany zdołał tylko wykrztusić, że to chyba nie jest zbyt bezpieczna praca. Faktycznie nie była, więc z ulgą przez telefon złożyłem na ręce szefa dymisję, która nie została przyjęta. Wieczorami pracowałem w redakcji polsko-amerykańskiego miesięcznika jako członek redakcyjnego kolegium i autor felietonów oraz opowiadań. Aby uniknąć kłopotów po powrocie do kraju, robiłem to pod pseudonimem. Współpracowali z nami przedstawiciele afgańskich mudżahedinów, nikaraguańskich contras i kubańskich opozycjonistów. Współpracował też człowiek, który opowiadał, że podczas wojny domowej w Kongo dowodził w latach sześćdziesiątych oddziałem najemników, który pojmał Patricka Lumumbę. Niedwuznacznie dawał do zrozumienia, że mógł on być tym, który w decydującym momencie nacisnął spust karabinu czy pistoletu. Nazwisko miał tak adekwatne do tego, czym rzekomo się w przeszłości zajmował, że aż nie było to prawdopodobne. W tłumaczeniu na język ojczysty brzmiałoby one jak Gnat-Gnatowicz, Kopyto-Kopytowicz czy Pistolet- Pistoletowicz. Redakcję odwiedzali czasem krajowi emisariusze, z których część była w tym momencie politycznymi emigrantami. Był wśród nich poeta, który niedługo zginie w Paryżu, był też inny poeta, który czas potem ozdobi strony kolorowych magazynów dla kobiet oraz człowiek, który z terenów dawnego królestwa wikingów wypuszczał w stronę Polski balony z irytującymi rządzących wtedy Polską generałów napisami. Był też człowiek, który korzystając z owoców zwycięskiej, acz nigdy niedokończonej rewolucji, zostanie szefem urzędu do spraw tych wszystkich, którzy kiedyś walczyli z Niemcami lub doznali od nich udokumentowanego uszczerbku na zdrowiu. Jako że kilka miesięcy wieku niemowlęcego spędził w obozie zagłady, sam siebie zaliczył do grona tych, o których interesy z racji pełnionej przez siebie funkcji miał dbać. Wynajmowaną część domu dzieliłem wtedy z dziennikarzem pewnego polonijnego tygodnika. Dziennikarz ten miał kolegę uważającego się za aktora. Akurat to samo w sobie nie było takie groźne. Nie przewidziałem jednak rzeczy groźniejszej. Otóż obaj napisali sztukę teatralną, którą zamierzali, przed pewnym ich zdaniem wystawieniem, przesłać papieżowi. Czegóż to w niej nie było! Oświęcim, aborcja, zamordowany ksiądz Popiełuszko, wolna Polska i tym podobne tematy. Nie wiem dlaczego, ale kojarzyła mi się nieodparcie z grasującym wtedy po polonijnych estradach śpiewakiem, ozdobą festiwalów piosenki żołnierskiej w czasach poprzedzających jego przybycie do Stanów. Festiwal ten, którego oglądanie telewizyjnej transmisji było nie lada przeżyciem, odbywał się w nadmorskim mieście znanym też z tego, że tuż po wojnie kilku żołnierzy w asyście sztandarów i dźwięków orkiestry wrzuciło do morza pierścionek czy obrączkę. W szkolnych podręcznikach do historii wydarzenie to opisane było jako ślub z morzem. Wspomniany śpiewak na scenach Ameryki występował w osobiście zaprojektowanym czarnym kostiumie, ozdobionym kompozycją z żarówek zasilanych bateriami. Po podłączeniu się do prądu na piersi artysty zapalał się kontur mapy Polski z orłem w koronie wewnątrz. Obaj dramaturdzy obrazili się na mnie śmiertelnie, kiedy po przeczytaniu na ich usilną prośby dzieła zobaczyli w moich oczach przerażenie. Pewnego sobotniego wieczoru zabrakło mi papierosów, więc ruszyłem do pobliskiego, otwartego całą dobę sklepu. Nad ulicą prowadzącą do sklepu przerzucony był niewielki wiadukt kursującej po mieście naziemnej kolejki pełniącej funkcję metra. W nieoświetlonym przejściu pod wiaduktem zobaczyłem kilka postaci. Czułem, że coś jest nie tak, ale zawrócenie byłoby jakby przypieczętowaniem wtedy jeszcze tylko hipotetycznego zagrożenia. Idąc naprzód szansa, że obecność tych ludzi nie ma żadnego znaczenia, wzrastała. Potwierdzenie złych przeczuć nastąpiło w momencie, kiedy ich mijałem. Usłyszałem metaliczny szczęk i kątem oka zobaczyłem, że jeden z napastników, obejmujący mnie od tyłu pod szyję ramieniem, ma na dłoni kastet, z którego na dodatek wystawało ostrze sprężynowego noża. Na razie wszystko odbywało się bez słów a jedynym gestem, na jaki sobie pozwoliłem, było uniesienie do góry rąk. Drugi z napastników, z których każdy jak się za moment okazało miał czarny kolor skóry, zwinnym ruchem wyciągnął mi z tej właściwej kieszeni koszuli banknot, a z przegubu ręki ściągnął zegarek. Ten z kastetem i nożem nie zwalniając chwytu pociągnął mnie w bardziej oświetlone miejsce obok nasypu kolejowego, dalej od ulicy. W kieszeni miałem też międzynarodową legitymację studencką po angielsku, którą jeden ze zbójców uważnie przestudiował. W sumie było ich czterech i żadna próba nawiązania z nimi kontaktu nie odnosiła skutku. Pamiętam że wszyscy, wyłączywszy oczywiście tego, którego z racji tego, że stał za moimi plecami nie mogłem zobaczyć, mieli przekrwione i zabarwione żółcią białka. W ich przypadku taka nazwa na opisywaną część oka nie miała sensu. W pewnym momencie dwóch z nich odpięło i zaczęło ściągać spodnie. Dopiero w tym momencie dotarła do mnie powaga całej sytuacji. Czwarty nachylił się i przeszukał długie, skórzane buty, które miałem na sobie. Kiedy nic nie znalazł, polecił mi je ściągnąć. Stojący za mną właściciel kastetu zwolnił uchwyt i mogłem zobaczyć, że ma na nogach tenisówki. Ciekawe, że w dzieciństwie na tenisówki mówiliśmy pepegi. Wszystko, co się następnie wydarzyło, musiało trwać zaledwie ułamek sekundy. Uniosłem prawą nogę niby do ściągnięcia buta i gwałtownie, ze wszystkich sił opuściłem, miażdżąc uderzeniem buta stopę w tenisówku, chwytając jednocześnie rękę uzbrojoną w kastet i nóż, na którego ostrze nadział się szyją nachylający w kierunku butów ten, co je przed chwilą obszukiwał. Ci z opuszczonymi do kolan spodniami nie liczyli się, a ja w szalonym biegu, pokonując kolejowy nasyp, pobiłem najprawdopodobniej swój rekord życiowy w sprincie. Już kiedyś tak biegłem, ale to było bardzo dawno, kiedy jeszcze byłem małym chłopcem. Wakacje zaczynały się zawsze dwutygodniowym wyjazdem nad morze. Potem, już z samym tylko ojcem, jechaliśmy do jego Odpowiedz Link
mateuszwierzbicki Re: sorry, że taki długi post obiecany wcześniej 01.01.06, 23:54 Potem, już z samym tylko ojcem, jechaliśmy do jego rodzinnej wsi, do ciotki Jarzynowej. Kiedy ojcu, jak miał dwa lata umarła mama, czyli moja babcia, ciotka Jarzynowa przez długi czas praktycznie go wychowywała, zanim obowiązki te przejął od niej stryjek ojca, którego po wojnie aresztowali za rzekomą próbę zamachu na życie prezydenta Bolesława Bieruta. Z opresji stryjka wyratował pewien minister, który spłacił w ten sposób zaciągnięty przed wojną na studiach dług wdzięczności. Chodziło o to, że w czasie jakiejś policyjnej rewizji stryjek w ostatniej chwili dobrze ukrył należące do przyszłego ministra komunistyczne ulotki. Mężem cioci Jarzynowej był wujek Michał, niedoszły ksiądz i zapalony hodowca kwiatów. Najważniejszą częścią ich gospodarstwa był ogród pełen kwiatów i mały sad, królestwo wujka. Uprawą niewielkiego pola ziemniaków i warzyw praktycznie zajmowała się ciocia. Do gospodarstwa zaliczała się jeszcze wszędobylska koza, mały prosiak, króliki, pszczoły oraz kot. Prądu nie było, a wieczorne ciemności rozświetlały naftowe lampy. Dom kryty był najprawdziwszą strzechą i miał bielone wapnem ściany. Na jednej ze ścian wisiały święte obrazy, a wśród nich kryształkowe radio na słuchawki. Wieś leżała obok lasu, który oddzielał ją od szosy i jeżdżących po niej autokarów. Kiedy nadchodziła burza, ciocia Jarzynowa zamykała okiennice i okrążała chatę ściskając w splecionych dłoniach któryś ze świętych obrazków i zapaloną świecę. To, że dach nigdy nie zapalił się od uderzenia piorunem, było wyłącznie zasługą cioci. Miejscami moich zabaw był przeważnie ogród i czasem las, jeśli udało mi się niepostrzeżenie do niego wymknąć. Tam długo moją ulubioną zabawą było grzebanie patykiem w mrowiskach i wrzucanie do nich złapanych na łące motyli czy polnych koników. Właśnie podczas takiego przemykania się przez wieś w kierunku lasu, z któregoś mijanych obejść dobiegło mnie przeraźliwe kwiczenie świni. Zaciekawiony wszedłem na podwórko i zobaczyłem, jak jakiś mężczyzna wali obuchem siekiery nieszczęsnego zwierzaka w łeb. Tak ogłuszonego wieszają za tylnie nogi na szczeblu opartej o ścianę stodoły drabiny i ostrym nożem podcinają gardło, z którego zaczyna tryskać ciemnoczerwona krew. Jeden z mężczyzn uczestniczących w uboju, ten z okrwawioną siekierą, nagle mnie dostrzega i wrzeszczy, że teraz kolej na Warszawiaka. Przekonany, że gotuje mi los świni i nie chcąc tego losu podzielić, rzuciłem się do panicznej ucieczki w kierunku lasu, ścigany przez mężczyznę groźnie potrząsającego narzędziem kaźni. Z leśnych ostępów wywabiły mnie dopiero nawoływania ojca, który po drodze wstąpił do właściciela świni z żądaniem wyjaśnień. Okazało się, że to był tylko taki żart. To, czego cudem uniknąłem na ulicy Belmont w Chicago, na żart nie wyglądało. Tak się złożyło, że następnego dnia w telewizyjnych wiadomościach była informacja o znalezieniu w mieście zwłok białego człowieka z poderżniętym gardłem, uprzednio zgwałconego. Przez kilka, może kilkanaście dni paraliżowała mnie myśl o tym, jak mogło się zakończyć całe te wydarzenie. Nie umiałem wyobrazić sobie życia po czymś takim. Cóż to bowiem byłoby za życie? W związku z tym, że z redakcji wracałem do domu późnym wieczorem, koledzy zorganizowali mi kupno broni. Wsiadając do samolotu, którym miałem wracać do kraju, zostawiałem w wolnym świecie swoje małżeństwo z Krystyną. Miałem też utracić te kilka dodatkowych godzin życia, uzyskanych podróżą do Ameryki dzięki różnicy czasu. Na lotnisku w Warszawie czekała na mnie Tetka, z którą byłem od niemal roku i która w przyszłości zostanie moją żoną. W momencie pisania tego fragmentu będę też wiedział trochę więcej o dniu swoich narodzin. Będę wiedział, że przyszedłem na świat w miesiącu Tiszri, pięć tysięcy siedemset piętnastego roku kalendarza hebrajskiego, według którego rok ten był rokiem przestępnym. Będę też wiedział, że urodziłem się w piątek i że dziesiątego dnia miesiąca Tiszri obchodzony jest sądny dzień Jom Kippur, a wyznający prawosławie lud dzień moich urodzin świętuje, aby uczcić w ten sposób dzień odrąbania Janowi Chrzcicielowi głowy. Będę również wiedział, że dla wszystkich wyznawców Allacha był wtedy rok tysiąc trzysta siedemdziesiąty czwarty, podobnie jak w kalendarzu hebrajskim przestępny. Odpowiedz Link
cuski Mateusz 02.01.06, 00:03 Zajebiste opowiadanko... przeczytalem je z zapartym tchem Odpowiedz Link
mysza_81 Re: sorry, że taki długi post obiecany wcześniej 02.01.06, 09:19 Podwojne wow!!! Odpowiedz Link
mateuszwierzbicki Re: Mateusz 02.01.06, 00:24 no to dobranoc, bo u mnie juz po północy Odpowiedz Link
adamkoltowski Re: Mateusz 05.01.06, 10:06 hej Mateusz, mysle, ze podwojne wow tu nie wystarczy, jestem pod wrazeniem, serio, napisz czasem cos jeszcze )) wlasnie wrocilem z imprezy, u nas 3.05 nad ranem, ale po tym krotkim tekscie nie zasne jeszcze przez chwile jutro podsylam link znajomym do przeczytania, jezyk - super Odpowiedz Link