silver.dragon
27.04.07, 11:16
9 marca urodziłam synka 7 dni po terminie.
Od tygodnia chodziłam co dwa dni na KTG do św. Zofii na Żelaznej, bo tam
chciałam rodzić. Nie miałam stamtąd lekarza prowadzącego, ani położnej, ale
żadnej z moich znajomych stamtąd nie odesłali (wbrew powszechnej opinii, że
bardzo często odsyłają). 8 marca byłam właśnie na KTG i lekarz, który mnie
przyjmował powiedział: „Cieszę się, że Pani nie rodzi, bo musiałbym Panią stąd
odesłać – nie mamy dziś miejsc.” Niestety wieczorem 8 marca zaczęły się
sączyć, jak sądziłam, wody płodowe. Około 24.00h pojawiło się plamienie, więc
zaczęłam się trochę niepokoić, ale nadal sądziłam, że to za wcześnie na
szpital. Bardzo zaczęłam się martwić dopiero około 4.00 rano kiedy dostałam
już obfitego krwawienia. Postanowiłam zadzwonić na Żelazną i spytać czy mam
się spieszyć, czy nie. Lekarz, z którym rozmawiałam powiedział, że jeśli od
tylu godzin sączą się wody płodowe, to już dawno powinnam być w szpitalu i
żebym natychmiast jechała, tylko nie na Żelazną, bo nadal nie ma miejsc.