pasikoonik13
02.05.06, 23:22
Do książki E.S. Polloka "Tragedie śląskie"
Magdalena Trojanowska
Czytając „śląskie tragedie” E.S. Polloka doznaję niejakiego wstrząsu.
Od dziesięciu lat mieszkam na śląsku i nie jest możliwe, aby nie dostrzec
problemów tego regionu.
Jako Polka daleka dotychczas od rozważań dziejowych dotyczących śląska,
musiałam zderzyć się z historią i jej dziedzictwem chcąc zrozumieć tutejszych
ludzi. Słyszałam wiele opowieści z ust różnych osób, różnych grup społecznych
i narodowości zarówno polskiej jak i niemieckiej. Słyszałam o zbrodniach
dokonanych przez Armię Czerwoną w 1945 roku zarówno na Polakach jak
i Niemcach. Często słyszę sformułowanie „mała ojczyzna” w odniesieniu do
śląska jako utraconej własności niemieckiej. Od początku mojego pobytu tutaj
zetknęłam się z wieloma nacjonalistycznymi postawami i niestety, muszę to
przyznać, nie ze strony Polaków, ale Niemców. Nie zauważyłam dotychczas
takiej pogardy w stosunku do ludności pochodzenia niemieckiego, jak odwrotnie
pogardy ludności niemieckiej w stosunku do Polaków, tutaj w Raciborzu.
Pogardę tą uzasadnia się tym, że „Polacy są brudasami” - nie znajdując widać
bardziej sensownych argumentów i źródła owej pogardy. Nie preferuję osobiście
niemieckiej mentalności. Nie generalizując, uważam, że jest małostkowa,
ciasna, zaściankowa i materialistyczna , i duszę się na śląsku, który chcąc
nie chcąc posiadł ją w spadku. Staram się jednak o dobre uczucia dla Niemców
niezależnie od ich kulturowych wad i ograniczeń. Rozumiem, że chrześcijańskie
serce nie może być siedliskiem jakiejkolwiek – uzasadnionej nawet dziejowo
nienawiści – a tym bardziej rasowej dyskryminacji. No cóż, nie wszyscy ludzie
rodzą się z pewnym polotem, ale wszyscy mają dobre prawo by istnieć
i posiadają niepodważalną wartość ludzkiej istoty.
Książka „śląskie tragedie” uświadomiła mi właściwie to, co już dawno rysowało
się dosyć spójnie przed moimi oczami, nie posiadało tylko ostatecznie
sprecyzowanej formy. Jak mówię problemy śląska są dla mnie dosyć nowe – po
raz pierwszy właśnie tutaj zderzyłam się tak namacalnie z historią, która nie
odeszła w przeszłość ale ciągle żyje. I widzę teraz wyraźnie jak nigdy
dotychczas to, co dotychczas brzmiało w moich uszach rażąco, ale teraz
rozumiem - było autentycznym wyrazem obecnego w mniejszości narodu
niemieckiego roszczeniem i bólem. W mojej, polskiej głowie nie mieściło się
dotychczas, że naród, który 200 lat temu zagospodarował jako swoje polskie
ziemie, który systematycznie wywłaszczał i wysiedlał naród polski, przejmując
nasze dziedzictwo, czuje się poszkodowany i pokrzywdzony utratą nie swojej
własności. Naród, który ciemiężył Polaków, dla którego przez wieki Polacy
byli tanią i należną siłą roboczą, bez prawa do własnej tożsamości i kultury,
bez prawa porozumiewania się w języku polskim, a później z ograniczonym
prawem, ma żal do narodu polskiego ponieważ stracił taniego pariasa, na
którego wiecznie polował, i który wiecznie był mu solą w oku.
Rozumiem, że po latach zamieszkiwania na śląsku można poczuć się jak u
siebie, prości ludzie, którzy tutaj się znaleźli pokolenia temu, przybyli
nęceni obietnicami i przywilejami należnymi zaborcy – Niemcy chcieli
całkowicie zniemczyć te ziemie – ludność polska wysiedlana była w głąb
Niemiec, a przybywali osadnicy niemieccy. Zabroniono posługiwania się polskim
językiem w urzędach, szkołach i kościołach. Jarzmo zaborcy, który od wieków
snuł zdradę i za plecami układał się z mocarzami odnoście sprawy Polski,
który łamał wszelkie zawierane przez siebie umowy i traktaty, zostało po
wojnie zrzucone, ale ból i roszczenie pozostało.
Autor książki posługuje się pojęciem odpowiedzialności zbiorowej jaką
ponosiła zwykła, przeciętna rodzina niemiecka, za dążenia niektórych tylko
nacji niemieckich, w trakcie napaści na Polskę. A jednak to z ust
przeciętnych Niemców, dzisiaj padają obelżywe określenia w stosunku do
Polaków, i to w sercu przeciętnego Niemca istnieje owe uczucie „należności”
w stosunku do narodu polskiego. Istnieją więc jakieś wspólne marzenia, które
powinny być nazwane nie tęsknotą za rodzinną (niemiecką –śląskiem) ziemią,
ale tęsknotą za idyllą wynikającą z korzystania z uprzywilejowanego miejsca
w społeczeństwie, które nie jest niemieckie. W obliczu dzisiejszej władzy
mówimy o szybkim wzbogacaniu się na interesach działających na społeczną
szkodę narodu i z wykorzystaniem dóbr społecznych – określamy to okradaniem
narodu . Czy majątki niemieckie w ciągu ostatnich wieków nie zostały
osiągnięte kosztem narodu polskiego? Mówimy o „utraconej własności”, ale czy
była to własność nabyta uczciwie, czy też z wykorzystaniem pewnych
przywilejów i taniej siły roboczej?
E.S. Pollok cały rozdział swojej książki poświęca analizie historycznej
chcąc „odkłamać” PRL-owską naukę historii. Mówi o plemionach Gotów, których
ślady znajdujemy na śląskiej ziemi – nie wspomina natomiast o plemionach
Słowian, których ślady znajdujemy aż do rzeki Łaby. Nie podważając polskiego
prawa do śląska przez 4 wieki panowania Piastów, powołuje się na deklarację
Kazimierza Wielkiego z 1339 roku, w której zrzekł się „na wieki” prawa do
śląska na rzecz Czech. Jeżeli wskutek takiej deklaracji monarchy polskiego,
własność polska wraz z polską ludnością przeszła w obce ręce, to dlaczego
równie zobowiązująca wiekowo nie miałaby być kara wymierzona niemieckiemu
narodowi, za zbrodnię na polskim narodzie? Dlaczego powrót z dawna ziem
polskich nie byłby właściwą rekompensatą za mordy, rabunki, zdradę? Jeszcze
nie wymarło pokolenie ludzi, którzy pamiętają piekło wojny, a już były
okupant podważa wymierzoną mu karę – jak insynuuje autor, że układ Poczdamski
skrzywdził śląskich Niemców.
Autor twierdzi, że polscy mieszkańcy śląska nie posiadali tożsamości
narodowej – ponieważ istnienie takowej 200 lat temu jest mitem. A jednak to
ze śląska pochodzą znane historie oporu ludności polskiej wobec procesu
germanizacji. Mówi się o 40% Polaków głosujących podczas plebiscytów
dotyczących przyłączenia śląska do Polski – ale może to tylko świadczyć
o skali w jakiej ziemie te były poddawane zniemczeniu . Znany jest fakt
celowego zasiedlanie ziemi śląskiej przez Niemcy przed plebiscytem, tak aby
uzyskać pozytywne jego wyniki. Rdzenna ludność nigdy jednak nie przestała się
czuć polska, wzniecając nieustannie ruchy przeciwko okupantowi. E.S. Pollok
pisze jakoby ślady niemieckiego dorobku na tych ziemiach zacierane były przez
Polaków po wojnie, ale nie wspomina, że w na początku XX wieku nazwy
większości wsi i miast, ulic w miastach były jeszcze polskie – po 2,5 wieku
obecności Austrii i 2 wiekach germanizacji z zaborze pruskim!!! Jaki więc był
ten procent ludności niemieckiej na śląsku przed zasiedleniem w XVIII i XIX
w.? Choćby z historii Raciborza wiadomo, że w XVII wieku nabożeństwa
w kościele św. Wniebowstąpienia Najświętszej Marii Panny odbywały się
w języku niemieckim, a kazania wygłaszane w języku polskim były w kaplicy
polskiej przyległej do kościoła. Część ta była bardzo mocno zatłoczona (tak,
że ostatecznie nabożeństwa polskie przeniesiono do kościoła św. Jakuba)
podczas gdy w kościele brała udział w nabożeństwach ledwie garstka Niemców.
Statystyki przedstawione przez autora z lat 1910-11 wykazują jakoby ludności
posługującej się językiem niemieckim było tyle samo ile ludności posługującej
się językiem polskim - to raczej jest dowód na to, że po tak intensywnym
procesie germanizacji i rugów pruskich nadal ok. połowy ludności nie
zatraciła polskiej tożsamości .
Autor „śląskich Tragedii” pisze o tragediach, które spotkały Niemców
w trakcie wysiedleń. Obwinia bezpośrednio naród polski za zbrodnię na
narodzie niemiec