Choc juz myślałam, ze nie nastapi to nigdy - w poniedziałek 6 listopada
wiekopomna chwila wyparcia z siebie 4-kilowej Hanki nadeszła nieubłaganie

Jednym słowem - urodziłam !!! No i żeby tradycji stało się zadość - siadam i
piszę jak było.
Zaczęło się niewinnym ćmieniem w dole brzucha po "Tańcu z gwiazdami".
Pewnikiem to z żalu, że Mroczek odpadł mój brzuch tak łka - myślałam. Do
ćmienia dołączyły coraz bardziej mokre wkładki, az wreszcie na jednej z nich
zobaczyłm TO: krwawe niteczkowate podbiegnięcie (cytuję za położą).
"Mój ci on!" - myslę, bo to czop był. Przyjęłam obecnośc czopa ze spokojem, bo
wiadomo, że sam poród może nadejśc nawet za dni kilka, totez udałam się spać.
Brzuch ćmił coraz regularniej, budząc mnie co pół godziny siusiu. Nie
zakładałam, że moga to być skurcze, bo po 1 skurcze na pewno byłyby
mocniejsze, a po 2 powinny byc co 20, potem co 10, potem co 5 minut. I tak ni
z tego ni z owego - gdzies koło 3 nad ranem brzuch przemówił zdwojona siłą co
3 najregularniejsze na świecie minuty. Siedzielismy na łóżku z małżonkiem
zadziwieni, z gigantycznym znakiem zapytania w głowach: "Czy to już?" Rodzinna
narada zakończyła się telefonem na Izbę Przyjęć w Trzebnicy, gdzie miałam
rodzić - z niewinnym pytaniem, czy aby mają wolne i za ile godzin ewentualnie
radzą wyruszyc z Wrocławia, żeby tam zajechać. Na co pan doktor ćwiczony widac
w dyplomacji poradził uprzejmie, by "skorzystać ze wsparcia na miejscu" -
bowiem akcja zaawansowana jest juz teraz i na moim miejscu nie ryzykowałby
porodu w polu gdzieś miedzy Psarami a Wisznią Małą. Na takie dictum - mąż
lekko juz trzęsącymi się rekami złapał spakowane torby i pognalismy w deszczu
do najbliższego szpitala po prostu (no dobra, był on także drugi na mojej
liscie wybranych szpitali zaraz po Trzebnicy).
W szpitalu było tak: Izba Przyjęć, miła starszawa połozna, która zadawała mi
mnóstwo pytań zaczynając każde tak: "Gdy skurcz minie, proszę powiedziec mi
..." To bylo dość zabawne bo zaczynałam odpowiedź, po czym przerywałam ją na
30 sekund, pani patrzyła na mnie sapiącą kiwając głową i gdy mnie odetkało
kończyłam opowiedź

) Położna zbadała mnie dogłębnie na fotelu, bolesne to
raczej nie było, zawyrokowała, że rozwarcie na 3 cm, główka przyparta, lekko
mnie podgoliła, przyniosła koszulę i zadzwoniła po lekarza. Lekarz zbadał mnie
równie dogłębnie, równie nieboleśnie, też zaczynając każde zdanie "Gdy skurcz
minie proszę"

)) Nie wiem, czy ręce lekarskie bardziej subtelne, ale na jego
"oko" rozwarcia było już 5 cm, więc pognałysmy z panią położna na lewatywkę
"na zyczenie klientki" czyli moje. W tym czasie panie przebrały mojego
małżonka w sexi strój szpitalny i tak wystrojeni poczłapalismy na blok porodowy.
Na bloku zaprowadzono nas do sali porodow rodzinnych: sofa, materac, piłka,
worek sako i przedziwne prastare łoże Madejowe. Wygladało, jak zwykłe łóżko,
tylko dłuższe, z barierkami po bokach, z podnoszonym podgłówkiem, przecięte na
pół, z czego ta druga połowa opuszczała się jak zapadnia za pomocą korby.
Pani połozna zaprosiła na to łóżko, podłączyła KTG, sprawdziła rozwarcie,
pogmerała trochę palpacyjnie sprawdzając jak ułożona jest główka i gdy zapis
pokazał, że Hanka w brzuchu owszem dycha i ma się dobrze, przeniosłam się na
piłkę. Warto zaznaczyć, że to wszystko działo się przy niezmiennym udziale
regularnych jak diabeł skurczy: 30 sek co ok 2 minuty. Ja na piłce, Maciek
asekurował mnie z jednej strony uzbrojony w butelkę z wodą a położa siedziała
za mną i bujała mi biodra. Bardzo to było miłe, serio. Podczas skurczu
odchylałam się do tyłu, ona masowała mi plecy i oddychała ze mna, żebym nie
gubiła rytmu. I tak z godziny 4.30 rano zrobiła się 7 - a ja z gracja słonia
wypróbowałam na łożu Madeja wszystkie pozycje Kamasutry. W miedzy czasie przy
któryms tam gmyraniu we mnie pękł pęcherz płodowy i chlusnęło jak z wiadra w
śmingus-dyngus.
Najwygodniejsza okazała się pozycja na kolanach: kleczałam na łóżku tułów i
ręce opierając na tym podnoszonym oparciu. I wcale nie musiałam sie o te
klęczki wykłócać, połozna sama proponowała najbardziej wymyslne i wertykalne z
wertykalnych pozycji. Gdzies koło 7 zrobiło sie trochę monotonnie i przy
niemal pełnym rozwarciu, które ze spokojem stwierdziła połozna, nadeszł
skórcze parte. mniej wiecej co minutę, 90 sek, nieprzerwanie trwając 30 sek.
Położna malowniczo kazała "przeć jak na kupę". Ciagle na kleczkach, bo tak
było mi po prostu wygodnie. No i tu okazało się, że nie wszystko idzie po
naszej myśli. Mimo rzetelnego parcia z mojej strony - główka Hani, wielką
będąc - nie chciała schodzic w dół. Cos tam się zaklinowało i Hanka nie mogła
zrobic któregos z tych waznych "zwrotów". Koło 8 zmieniły sie połozne,
skurcze nie chciały sie wydłuzyć, zrobiło sie bardziej bolesnie i odrobinke
nerwowo, zwlaszcza, ze zaistniala koniecznosc zastosowania pozycji "na
boczku". To naprawdę bolało. Ale ta pozycja miała pomóc główce obrócić się
właśnie. Trochę na boczku, trochę na klęczkach, prąc te biedniutkie 30 sek
stękałam jeszcze godzinę, zanim usłyszałam magiczne: "No, widac główkę." - co
wcale jednak nie oznaczało końca.
I powiem Wam teraz dwie rzeczy. Na tych moich klęczkach to parłabym pewnie do
dzisiaj. natomiast co kilka skurczy położna układała mnie na plecach, z wysoko
ustawionym oparciem, poduszka pod głową, tak zeby broda dociskała do klatki
piersiowej, z nogami na podpórce z jednej strony i na jej własnym boku z
drugiej. I tak prąc dopiero udało sie ruszyć główke dalej w kanale rodnym. To
było juz naprawdę niełatwe ze względu na krótkie skurcze w czasie których
starczyło czasu na dwa poparcia i trzecie juz na sucho, bez skurczu. Nie wiem,
co musiałabym zrobić stojąc, klecząc czy kucając, żeby dać parciu taką siłę,
jaka miałam w tamtej własnie pozycji. Cała para szła w tłocznie brzuszna i
wypychanie dzidziusia kanałem rodnym.
To jedna rzecz. Druga to ochrona krocza. Położna stawała na głowie, żeby
chronić krocze, uszanowała moja prosbe i choc szło powowli - nie nalegała na
nacięcie. Po 40 minutach takiego intensywnego parcia z wychodzaca i cofajaca
sie niestety główką - przyszła dr ginekolog. I powiem Wam szczerze, ze gdy
tamte połozne - dwa białe anioły, przemawiały do mnie słodko cały poród, były
ciepłe wyrozumiałe i kochane - to urodziłam chyba dzięki tej lekko zimnawej i
zasadniczej lekarce. Podczas kolejnego parcia huknęła na mnie tak zdrowo "No
wyprzyjże jeszcze!!!", z taką złoscią że główka juz się nie cofnęła. Potem
kolejne dwa skurcze nic nie szło. Krocze trzymało główkę mocno jak rzemień. Ze
mna było juz dość kiepsko. Ledwo je słyszałam, nie mogłam otworzyć oczu, nie
miałam siły, w przerwach miedzy skurczami - zapadałam w jakis półsen. I ta
lekarka po tych dwóch pustych skurczach zdecydowanie powiedziała "Pani
Natalio, tak dalej nie pójdzie nacinamy, już!" Nabrałam powietrza oczekujac
jakiejs masakry, gdy nagle usłyszałam, jak 6 osób (bo czekał juz pediatra,
ginekolog z patologii, nie wiem po co, jakieś inne położne, salowa i Maciek
krzyczą "JEST!". I koniec, jedno ciachniecie i czterokilowa klucha z potężną
głową leżała juz na moim brzuchu.
Przez mój upór, by nie nacinac do końca - mała urodziła się bladosina,
napompowana wodami płodowymi jak gąbka, dostała 9 pkt. Boże, gdyby skończyło
się gorzej, to w zyciu bym sobie nie wybaczyła. A z nacięciowymi opowieściami
to lipa. Siadanie wiadomo - troche bolało, wiec siadałam na kółko. Siusiu,
kupka - dało się, mimo szwów. W piatej dobie (czyli wczoraj) szwy zostały
zdjęte, siedze normalnie, psikam sie Tantum Rosa, z toalety korzystam
normalnie. Słowem - wszystko gra, nic nie boli.
Kochane, to strasznie długi opis, ale nie potrafiłabym skrótowo opisać tego
gigantycznie ultra pierwotnego przezycia jakim jest poród. Hania pompuje we
mnie tyle miłości, bez mrugnięcia zrobiłabym dla niej to jeszcze raz.
Nie było łatwo ani szybko, ale dało się - spokojem, ciepłm po