Witam Was serdecznie!
Chciałam podzielić się z Wami radosną nowiną. Otóż 18 lipca przyszła na świat
moja córeczka - Marta (59 cm, 3480 g). Jest prześliczna! Ma długie, gęste,
czarne włoski i rzęsy jak falbanki

Zrobiła furorę wśród położnych! Jest
cudownym i grzecznym dzieckiem

Ładnie przesypia noce i ma coraz dłuższe
fazy aktywności w dzień. Praktycznie w ogóle nie płacze, bo gdy np. jest
głodna - bardzo głośno ssie swoje paluszki

) Oboje z mężem nie widzimy
świata poza Martą! Tak bardzo Ją kochamy!
Niestety nie wspominam miło porodu i dwóch tygodni po nim

Nie piszę tego
dlatego, aby straszyć przyszłe mamusie, tylko aby porzestrzec
dziewczyny,które jeszcze się wahają co do wyboru szpitala w Poznaniu.
Rodziłam na Polnej w Poznaniu. Poród trwał 17 h! O godzinie 24, odeszły mi
wody i w ciągu 15 min byliśmy w szpitalu. Ponieważ rozwarcie nie postępowało
(1,5 cm) mimo silnej akcji skurczowej, wstrzymywano się z podaniem
znieczulenia przez kilkanacie godzin! Rodziłam praktycznie tylko z mężem, a
może "aż", gdyż nie wiem jak bym to zniosła bez Niego. Położne wpadały "od
czasu do czasu". Dopiero po tzw. "rozmowie w cztery oczy" mojego męza z jedną
z położnych, podano mi oksytocynę na przyśpieszenie (po 12h). Znieczulenia
nie mogłam nadal dostać, aby nie zwolnić akcji porodowej. W 17 godzinie
porodu zaczęły się komplikacje, tętno Małej spadało, a ja mimo, że dzielnie
współpracowałam z lekarzami i położnymi, nie mogłam wyprzeć Małej. Dodam, że
zawsze miałam wysoki próg odporności na ból, ale to było straszne, gdy jakiś
100-kg facet kładł mi się na brzuch i wypierał dziecko!Miałam wrażenie, że to
trwało wieki. Zwołano konsylium, dewagacje na temat użycia kleszczy lub wakum
i dopiero gdy doszło do niedotlenienia Małej, zapadła decyzja o cc. Błagałam
aby wreszcue ją zrobili. Po porodzie widziałam Martę tylko przez ułamek
sekundy, te czarne włoski i szafirowe oczka, od razu Ją zabrali na
neonatologię. I dopiero wtedy rozpoczął się nasz koszmar. Liczne badania, jak
to krótkie bo krótkie, ale jednak niedotlenienie wpłynęło na Małą. Teraz mogę
juz spokojnie napisac, że jest wszytsko w porządku, ale to co przeżyliśmy z
mężem było straszne. Jak się okazało, nie urodziłabym Małej siłami natury,
gdyż była ułożno odgięciowo. Mam żal do lekarzy, bo czy na prawdę nie dało
się tego przwidzieć przez 17 h (??) i czy musiało dojść do niedotlenienia,
aby wykonali cc (??)Przez kilka dni Martusi nie było ze mną na sali, ale
chodziłam do Niej na oddział noworodków i karmiłam, tuliłam...
O opiece nie będę się już wypowiadała, była po prostu fatalna! Do domu
wypisano mnie z zapalniem rany. Gdy dostałam temp. 38 stopni i z rany zaczęła
tryskac krew z ropą wrócłam z powrotem do szpitala

W tym tygodniu z kolei
dostał pocztą nowy wypis ze szpitala(poprzedni był rzekomo błędny) z
informacją, że wycięto mi mięśniaka i mam się zgłosić po wyniki! Zadrżałam...
Dlaczego nikt mnie o tym nie powiadomił? Dziś odebraliśmy wynik - mięśniak
nie był zrakowiały, ale żeby się o tym dowiedzieć musiałm iść do swego gin.,
gdyż wynik był oczywiście po łacinie!
Staram się o tym wszystkim zapomnieć... Jest trudno, bo gdy pomyślę jak
opieszałość lekarzy mogła skrzywdzić Martunię, to serce się rozrywa...
Ale mimo tych przeżyć nie ma chyba obecnie szczęśliwszej mamusi ode mnie!
Marta jest całym naszym światem! Pozdrawiam Was gorąco!