Dodaj do ulubionych

Jak to kiedys na Gornym Slasku bylo

24.05.05, 17:40
Poniewaz niektorzy forumowicze nie potrafia pojac, ze Slazacy roznych
wyznan potrafili razem zyc na jednej ziemi, cieszyc sie z tych samych swiat
i prowadzic podobny tryb zycia, zeskanowalem kawalek ksiazki Antona Oskara
Klausmanna, warto przeczytac:

Ze świąt kościelnych największych wrażeń dostarczało zwykle wypadające
w czerwcu Boże Ciało. Podczas gdy normalnie wszystkie uroczystości kościelne
odbywały się wewnątrz świątyni, tego dnia wierni z rozwianymi sztandarami, z
muzyką i z całą pompą kościoła katolickiego wychodzili ze świątyni na miasto.
W różnych miejscach stały wcześniej wzniesione ołtarze, przy których
celebrowano nabożeństwo.
W procesji brały udział Bractwa Kurkowe i przy każdym ołtarzu oddawały po trzy
salwy w powietrze. Strzelano także z moździerzy i nawet protestanci i Żydzi
starali się pilnie przystroić swoje domy z okazji tego czysto katolickiego
święta girlandami, dywanami i chorągwiami. Żyło się bowiem wówczas, jak to
już wcześniej opowiadałem, w najpiękniejszej religijnej harmonii, w pokoju
Bożym.
Oficjalnym dniem świątecznym było także "Piotra i Pawła" (29 czerwca)

"Piotra i Pawła święcenie
łamie zbożu korzenie"

To porzekadło zawierało w sobie słuszną obserwację, gdyż w tym czasie
zaczynają obumierać korzonki gramineów, do których należą także nasze gatunki
zbóż.
Dnia 1 listopada wypadało Wszystkich Świętych, 2 listopada były Zaduszki.
Dzień 1 listopada jest urzędowo uznawanym świętem katolickim, Zaduszki
jedynie świętem kościelnym. W kościołach katolickich przed południem w
Zaduszki stał na ambonie któryś z księży i odczytywał imiona zmarłych. Po
domach sporządzano listę wszystkich bliskich, którzy zmarli w ostatnich
latach, a także zmarłych dawno temu, jes1i to byli rodzice czy dziadkowie.
Listę tę oddawano w zakrystii, płacono za odczytanie jej
srebrnego grosza, a kościelny transportował na ambonę ciągle nowe listy
odczytującemu je duchownemu. Gdy w taki sposób została odczytana pewna liczba
imion, mniej więcej ze sto, odmawiano wspólną modlitwę.
W wieczór zaduszkowy odwiedzano groby zmarłych na cmentarzach. Zapalano
też owego wieczora światła na grobach, ale o ile mi wiadomo, nie wszędzie ten
obyczaj panował.
W październiku, najpóźniej w listopadzie rozpoczynał się na CAŁYM Górnym
Śląsku czas szczególnie uroczysty: czas świniobicia. Z racji swoistych
warunków aprowizacyjnych wówczas panujących gospodyni zmuszona była
zaopatrzeć się na zimę w odpowiednią ilość prowiantu. Również te rodziny,
które nie hodowały żywca, kupowały na jesiennych targach bydlęcych wielką,
tłustą świnię. Jeśli się miało wielu znajomych i oczekiwano na liczne
odwiedziny, wtedy dokupywało się jeszcze mniejszą świnkę.
Ubojem świni zajmował się masarz, u którego zwykle kupowano mięso. Mistrz nie
otrzymywał za swoją robotę ani grosza i tylko towarzyszącemu mu pomocnikowi
płacono talara. Już w przeddzień usypywano całe góry pieprzu, ziela
angielskiego, soli, wszystko ładnie, drobno utarte, do tego dochodziły
pokrajane w kostki stare bułki, także drobne rodzynki koryntki. Masarz i jego
czeladnik, a także często uczeń (który naturalnie również z tej okazji
otrzymywał monetę ośmiogroszową), pojawiali się o świtaniu w domu. Świnię
albo świnie ogłuszano ciosami tępej strony topora, przebijano im grdykę,
wyłapywano do wielkiego gara krew, którą pilnie mieszano, by nie
skrzepła.



Obserwuj wątek
    • arnold7 Re: Jak to kiedys na Gornym Slasku bylo 24.05.05, 17:44
      Następnie ubite zwierzę kładziono do drewnianego, wklęsłego, wyciosanego
      z jednego pnia koryta, długiego mniej więcej na dwa do dwóch i pół metra, w
      którym zwykle prano bieliznę. Świnię parzono, zdzierano z Iliej szczecinę,
      zawieszano na drzwiach chlewika albo obok drzwi wejściowych na krzywulcu, po
      czym ją rozcinano, patroszono i ćwiartowano. Natychmiast też cały łeb,
      podgardle, resztki podbrzusza, a także nerki i płucka wkładano do wielkich,
      żeliwnych garów, by sporządzić tzw. welflajsz. Około 10.00 pojawiali się już
      pierwsi goście, znajomi, przybywali zaproszeni i nie zaproszeni. Wcinali
      welflajsz, pijąc do tego piwo i spore ilości żyta, by, jak się
      to mówiło, rozcieńczyć tłuszcz (tłuste). Goście odchodzili i powracali do
      swoich obowiązków, do swoich biur i interesów , masarz zaś pilnie pracował ze
      swoimi pomocnikami i wyrabiał kiełbasy. Robiono wątrobiankę, bułczankę czyli
      żymloki (zawierające krew, kilka drobnych kawałków mięsa i kostki z bułki, tu i
      tam również koryntki), kaszankę - krupnioki (składały się na nie: [krew - autor
      nie wspomina w oryginale o krwi], gotowana kasza gryczana, tłuszcz,
      rozdrobniona pokawałkowana słonina lub skwarki). Z żołądka sporządzano wielki
      salceson (preswuszt). Około 14.00 lub 15.00 zjawiali się pierwsi goście na
      świeżą kiełbasę. Każdy z nich otrzymywał filiżankę gorącej wursztzupy, po czym
      podawano świeżą, smażoną na maśle czy smalcu kiełbasę, do tego kwaśną kapustę i
      kartofle. Pani domu, córki i pomoc domowa aż do późnych godzin wieczornych
      miały pełne ręce roboty ze smażeniem kiełbasy, gdyż ciągle pojawiali się nowi
      goście na degustację. Pod wieczór gospodyni zaczynała na talerzach
      układać gościniec dla krewnych i przyjaciół. Na każdym talerzu znalazło się
      kilka wątrobianek, krwawych kiszek [odmiana salcesonu] i krupnioków, do tego
      obowiązkowo dochodził kawałek sadła. Dobrzy znajomi albo bliscy krewni
      dostawali czasami również kawałek mięsa na pieczeń (mięso z grzbietu w surowym
      stanie). Talerz zawijano w serwetę płócienną na przepisane tradycją węzełki, po
      czym służąca roznosiła jeszcze przed nocą kiełbasy, zgarniając u adresatów
      hojne napiwki. Dawano 4 lub 8 groszy napiwku nie dla osobistych zalet
      dziewczyny, lecz by nie stracić twarzy przed darczyńcami. Darowane kiełbasy i
      to co goście zjedli, równało się mniej więcej ilości mięsa z małej świni,
      dokupionej w tym przecież celu. W rezultacie już pod koniec dnia
      nic z niej nie pozostało. Goście siedzieli do późnej nocy, wypijali mnóstwo piwa
      i różnych gatunków wódek, czasami strzelili sobie partyjkę. Jeśli człowiek miał
      wielu znajomych, to zimą prawie codziennie był gościem na jakimś świniobiciu,
      zaproszo nym na welfłajsz i konsumpcję kiełbasy (biedy galicyjskiej to nie
      przypominalo - Arni).
      Naturalnie, mimo całego ugaszczania i obdarowywania, ze świniobicia pozostawa-
      ło mnóstwo mięsa i słoniny. Słoninę i mięso gospodynie zazwyczaj własnoręcznie
      peklowały z dodatkiem soli i saletry w wielkich cebrzyskach i odsyłały taki
      półprodukt, jeśli w ich miejscowości nie było wędzarni, do najbliższego miasta,
      gdzie je za opłatą wędzono. Wędzono także wątrobianki. Przechowywano jednak
      również świeżą kiełbasę, a zwłaszcza wątrobiankę przez dłuższy czas w chłodnych
      piwnicach, rozkładając je na stole na rozścielonej podściółce ze słomy.
      Dnia 6 grudnia przychodził święty Mikołaj ("NickeI"). Zawsze miał na sobie
      futro, którego owłosioną część wywracano na zewnątrz, trzymał wielką rózgę, w
      pasie owinięty był przeraźliwie dzwoniącymi łańcuchami. Kazał dzieciom się
      modlić i groził rózgą za wszystkie popełnione w ciągu roku grzechy, tak długo,
      póki matka nie wstawiła się za dziećmi. Często jednak szanowni rodzice
      pozwalali Mikołajowi solidnie przetrzepać latoroślom skórę za popełnione
      występki.
      • arnold7 Re: Jak to kiedys na Gornym Slasku bylo 24.05.05, 17:50
        Na koniec z wielkiego worka, który Mikołaj dźwigał na plecach, otrzymywało się
        jakieś prezenty, rzecz jasna, ufundowane przez rodziców. Mikołaj zjawiał się
        tylko na życzenie i za pozwoleniem rodziców. W wielu rodzinach niemieckich
        rezygnowano z jego wizyty, gdyż nie życzono sobie, by straszono ich dzieci.
        Czasami Mikołajowi towarzyszył diabeł, który wyczyniał różne okropne rzeczy.
        Gdy zbliżyły się święta Bożego Narodzenia, mężczyźni zaczynali obchód z "betlej-
        ką". Czasami byli to Trzej Królowie. Mężczyźni z betlejką dźwigali umieszczony
        na podobnym do mar nosidle coś w rodzaju lalkowego teatru marionetek. W głębi
        widoczna była scena narodzin Chrystusa w stajence betlejemskiej. Na pierwszym
        planie jednak odbywały się prawdziwe przedstawienia kukiełkowe: występowali Bóg
        Ojciec, Diabeł, kilka aniołów, Chrystus Zbawiciel i różni święci. Recytowano
        przy tym różne rymowanki i śpiewano pieśni. Trzema Królami byli zazwyczaj
        chłopcy z sąsiedniej osady albo i z tej samej miejscowości, którzy zamieniali
        się w świętych mężów za pomocą wciągniętych na ubranie białych koszul i koron z
        pozłacanej tektury. Jeden z nich miał twarz uczernioną, drugi - długi kij
        pasterski, z którym podczas występu tańczył dookoła pomieszczenia. Chłopcy
        śpiewali po niemiecku albo po polsku.
        Z niemieckich tekstów przypominam sobie jeszcze następujące wersy:
        Wyjrzał Herod przez okienko,
        I fałszywym pyta głosem:
        Zacni Mędrcy co was trzech,
        Gdzież to chcecie dostać się?

        Mord dzieci betlejemskich przedstawiony był symbolicznie w ten sposób, że jeden
        z Trzech Króli za pomocą wielkiego noża albo starej szabli odrąbywał lalce
        głowę. Ci święci Trzej Królowie chodzili po okolicy od połowy grudnia do połowy
        stycznia. Byli jednak również Trzej Królowie przedstawieni przez dorosłych,
        zwłaszcza z Galicji, którzy swe występy traktowali jako działalność zarobkową.
        Posiadali oni rzeczywiście imponujące kostiumy i zawsze nosili ze sobą gwiazdę,
        którą podczas występu żwawo obracano. Umocowane w środku światło przebłyskiwało
        przez papier oklejający przednią stronę gwiazdy. Święci Trzej Królowie mieli
        nadzieję na datki pieniężne.
        Na Boże Narodzenie znów odbywało się pieczenie ciast. Tym razem strucel
        był obligatoryjny. Choinki ustawiano tylko w domach rodzin niemieckich, a i to
        nie wszędzie.
        W wieczór wigilijny rozdawano prezenty - przede wszystkim dzieciom. Najważniej-
        szą rzeczą w Wigilię było wszakże jedzenie, składające się z zupy rybnej, karpia
        w polskim sosie (do niezbędnych składników sosu należały piwo, przecier
        śliwkowy, piernik i skórka z cytryny), a także szczególnie lubianych przez
        dzieci "makówek".
        Przypominam sobie, że w wieczór wigilijny bardzo często ulicami przeciągali męż-
        czyźni strzelający przed każdymi drzwiami z batów. Podług jednej wersji to
        strzelanie z biczy miało odganiać złe duchy. Mój ojciec opowiadał mi jednak, że
        w dawnych czasach na folwarkach schodzili się na dziedzińcu dworskim owczarze
        składający w ten sposób swojemu państwu wyrazy czci i szacunku.
        Tak oto podążyliśmy pokrótce śladem rocznego obiegu świąt i obyczajów; przejdź-
        my więc teraz do świeckich dni świątecznych.
        • arnold7 Re: Jak to kiedys na Gornym Slasku bylo 24.05.05, 17:56
          Tych nie było zbyt wiele. Na samym szczycie hierarchii ważności
          stały "uroczystości górnicze" - oficjalne doroczne święto górników 4 grudnia,
          dzień św. Barbary.
          Urzędnicy i robotnicy w pełnej górniczej gali, pod sztandarami swych kopalń i
          przy muzyce ściągali wtedy ze wszystkich stron do najbliższego kościoła
          parafialnego. Tuż po zakończeniu uroczystości kościelnych robotnicy wzmacniali
          się na mieście solidnym łykiem i bułką (żymłą) z kiełbasą, po czym maszerowali
          z powrotem na swoje kopalnie, gdzie na koszt zakładu odbywały się właściwe
          uroczystości. Naturalnie również podczas tego górniczego święta solidnie się
          popijało i przypominam sobie jeszcze dziś jedno z kazań powszechnie szanowanego
          i przez wszystkich kochanego prebendariusza Schmidta w Mysłowicach, który
          zebranym z okazji Barbórki gwarkom przedkładał w charakterystyczny dlań,
          humorystyczny sposób bezsens ich zachowania. Bezsens polegający na tym, iż rano
          wkraczają oni do kościoła pełni dumy i poczucia odpowiedzialności z racji
          wykonywania tak zaszczytnego i niebezpiecznego zawodu, po południu zaś w
          kompletnym pijackim zamroczeniu wymiatają paradnymi pióropuszami swych
          górniczych czak wszystkie okoliczne rowy przydrożne i przykopy.
          Prócz tego uroczystości górnicze miały miejsce tylko po zakończeniu określonych
          poważnych prac, np. po przeprowadzeniu poprzecznego chodnika łączącego dwie
          należące do tego samego konsorcjum kopalnie, po dotarciu do nowego pokładu wę-
          gla czy przy poświęcaniu nowych szybów. Z takiej okazji górników i ich rodziny
          ugaszczano jadłem i napojem. Na wzniesionych specjalnie w tym celu estradach
          tańczono przy dźwiękach dętej orkiestry. Urzędnicy i ich rodziny ucztowali w
          cechowni. Zdarzały się też, wcale nie tak rzadko, uroczystości odbywające. się
          na dole kopalni. Zapraszano na takie fety prominentne osobistości z sąsiedztwa,
          różnych wielmożnych panów i wielmożne damy. Kto tylko mógł, starał się wcisnąć
          na takie nadzwyczaj emocjonujące i interesujące przyjęcia głęboko pod ziemią.
          Znajomi spotykali się zimą na wspólnych zabawach tanecznych, latem - na pikni-
          kach, które urządzano w najbliższym lesie i na które każda z uczestniczących w
          nich rodzin przynosiła ze sobą jedzenie i napoje, potem wspólnie spożywane
          w "zaprzyjaźnionym " kręgu.
          Spotkania rodzinne odbywały się bardzo często. Starano się na nich pokazać
          z najlepszej strony. Rozwijano gościnność w najlepszym słowiańskim stylu,
          podając na stół wszystko, co było naj smaczniejsze w domu, w kuchni i w
          piwnicy. Mężczyźni dla rozrywki grali w karty. Najbardziej ulubioną grą
          było "Sześćdziesiątsześć". Grało się w tę grę w dwie, trzy lub cztery osoby. Od
          czasu do czasu wybierano preferansa.
          Bardzo często również grało się po domach w osławioną grę hazardową "Mauscheln.
          W restauracjach i knajpach grywano szczególnie ostro w dni wypłat. Zjawiali się
          wtedy w okolicy nie tylko sławni wirtuozi bilarda z Bytomia i Gliwic, wożący ze
          sobą własne "ogony" (Queues). Grali oni z urzędnikami partię bilarda po 5 i 10
          talarów. Trzymano również bank, bardzo chętnie grano w "Wesołą
          Siódemkę", "Moją "Twoją Ciotkę" i w faraona. Na usprawiedliwienie [takiej
          popularności gier hazardowych] przypominano za każdym razem, nie bez racji, że
          strawy dla ducha, nie mówiąc o rozkoszy, nie było w owym czasie na Górnym
          Śląsku żadnej, i że prócz jedzenia, picia, hazardu i kobiet nie było innych
          rozrywek.
          Świętami ludowymi stały się z czasem również doroczne tzw. spacery szkolne. Te
          szkolne parady odbywały się zawsze podług tego samego programu. Uczniowie gro-
          madzili się po południu po obiedzie na placu szkolnym albo na boisku, gdzie
          ustawiali się klasami. Chłopcy mieli przypasane do boku dziecięce szabelki, na
          głowach hełmy lub czaka, które można było nabyć w sklepach z zabawkami.




          • arnold7 Re: Jak to kiedys na Gornym Slasku bylo 24.05.05, 18:05
            Dziewczynki trzymały obręcze oplecione barwnymi wstęgami i małe kije służące do
            wyłapywania podrzucanych do góry obręczy. Ubrane były w białe lub kolorowe
            sukienki, chłopcy najczęściej występowali w strojach gimnastycznych. Całym
            orszakiem dowodził nauczyciel gimnastyki. Uczniowie z zespołu werblistów i
            flecistów ubrani byli w gimnastyczne spodenki i czapki gimnastyczne z płótna
            żaglowego oraz zielone bluzy dostarczane przez szkołę. Naturalnie na zielonych
            kitlach, jak zwykle te bluzy nazywano, nie brakoI wało tzw. jaskółczych gniazd
            z czerwonej albo białej włóczki. Prawie wszystkie szkoły poprzedzał sztandar,
            często nawet poszczególne klasy miały swoją chorągiew. Zespół muzyczny, zwykle
            miejska lub górnicza kapela w mundurach, ustawiał się na czele pochodu. Za nią
            szli werbliści, bębniści i fleciści, tuż za nimi ojcowie miasta, zarząd
            szkoły, starsi nauczyciele, potem w długim orszaku uczniowie, po prawej i lewej
            asystowani przez najbliższych. Doprawdy, było w tych szkolnych "spacerach" coś
            ujmująco patriarchalnego. Chyba niewiele zaryzykuję, jeśli rodowód tych
            szkolnych pochodów, organizowanych w najpiękniejszej porze roku wywiodę z
            prastarych pogańskich obrzędów starożytnych Germanów i Słowian, poświęconych
            kultowi natury. Orszakowi towarzyszył zwykle całkiem pokaźny tabor. Na wozach
            jechali starsi uczestnicy święta, którym ze względu na wiek nogi odmówiły
            posłuszeństwa. Mogły one też posłużyć najmłodszym uczniom, którzy nie
            wytrzymaliby całego marszu. Szło się bądź co bądź te trzy kwadranse albo i całą
            godzinę, nim się dotarło na polanę w środku lasu. Tam już wcześniej wszystko
            przygotowane było do zabawy. Większość chłopców przynosiła ze sobą dmuchawki. W
            czasie marszu przebiegającego w porządku jak najbardziej przypominającym
            wojskowy szyk, nieśli je na ramionach. Prawie natychmiast zaczynało się
            strzelanie do tarcz za pomocą tych dmuchawek. Posługiwano się w tym celu tzw.
            cwekami, które się samemu sporządzało. Brało się do tego idealnie
            prosty, żelazny gwóźdź, ostrzyło na kamieniu, a z kolorowych strzępków sukna two
            rzyło upierzenie takiego bolca.
            Każde dziecko otrzymywało po kilka kiełbasek i bułkę, starsi uczniowie także
            ciemne piwo. Uczestnicy zabawy, którzy nie oddawali się strzelaniu do tarczy,
            grali w "rycerzy i rozbójnika" pod opieką nauczycieli. Bardzo popularne i to
            zarówno wśród młodzieży, jak i dorosłych było celowanie do garnka, wyścigi w
            workach, ciuciubabka (ślepa krowa). Czasami organizowano zabawę polegającą na
            wdrapywaniu się na maszt w celu zdobycia zawieszonej na nim wysoko cennej
            nagrody, czasem urządzano skoki po kiełbasę, którą za pomocą sznurka podrywano
            w momencie, gdy zawodnik starał się ją złapać. Popularne były też zawody w
            jedzeniu wędliny, wyścigi i tym podobne zabawy. Dla dorosłych wyznaczano na
            równej trawie krąg taneczny, a czasami, dzięki uprzejmości dyrektora którejś z
            pobliskich kopalń, miało się do dyspozycji prawdziwą estradę do tańców zbitą z
            desek. Najlepsi wśród chłopców strzelcy - dmuchacze zostawali królami i
            marszałkami i dopiero pod sam wieczór zaczynano się zbierać do powrotu.
            W tym miejscu warto opisać ówczesne zabawy dziecięce. W końcu z tych dziecię-
            cych rozrywek, jak wiadomo, można wysnuć całkiem poprawne wnioski o charakte-
            rze mieszkańców jakiejkolwiek obserwowanej okolicy.
            Najczęściej bawiono się we wszystkie gry oparte na ucieczce i pogoni. Rzecz na
            ogół polegała na tym, że ktoś kto miał Loisa albo Loiska (czyżby pochodna
            imienia słowiańskiej bogini śmierci Liski?) powinien był jednemu z uciekających
            dać klapsa.
            Wtedy na uderzonego przechodziła Loisa i teraz on musiał gonić pozostałych.

            ------------------------------
            c.d.n. jesli macie na to ochote.
            Jeszcze chyba wazny szczegol - autor opisuje tu Gorny Slask taki, jakim go znal
            za mlodu, czyli w latach 50-tych i 60-tych XIX wieku.

    • amoremio Re: Jak to kiedys na Gornym Slasku bylo 24.05.05, 22:40
      Inny maly przyklad (ktory tu juz kiedys podawalem):

      Chorzow, Kosciol Sw.Antoniego (tzw.Antonik):
      Witraze zesponsorowali parafianie - osoby pojedyncze i ferajny.
      Wieksi fundatorzy tej sciepy, pardon: kolekty,
      zostali uwiecznieni napisem na witrazach, calkiem na dole.

      I co czytamy ? Na zmiane raz po polsku, raz po niemiecku.
      Ze ferajna taka a taka, daß so und so ein Verein.

      Czyli nie moglo byc - przynajmniej w tych sprawach -
      zawsze az tak zle na tym naszym kochanym Slasku.

      Zreszta pokrywa sie to tez z relacjami
      znajomych mi Osob Starszych.
      • Gość: super architekt Re: Jak to kiedys na Gornym Slasku bylo IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.05.05, 14:22
        bardzo ciekawe
        prosze o jeszcze :)
        • palec1 Re: Jak to kiedys na Gornym Slasku bylo 25.05.05, 15:06
          Kosciól w Chorzowie Starym:

          na dworze 3 groby zasluzonych(?) dla parafii osób - jesli sie nie myle:
          1)"polskiego" Slazaka po polsku
          2)"niemieckiego" Slazaka po niemiecku
          3)naplywowego Polaka z "dalekiego wschodu" (chyba inzyniera)

          Wprawdzie na Sw.Krzyzu - jak prawie wszedzie na Slasku -
          niemieckie chyba napisy zdrapane, a polski napis
          na niby-przedniej tylnej stronie, ale za to stojac
          przed grobami widac na scianie budynku obok (fara?)
          pobozny napis-aforyzm po niemiecku (u gory, ponizej dachu)

          (ktory nota bene skandalicznie(!) niczszeje - czy tam
          nie ma zadnej inicjatywy, kolka historycznego itp. ?)

          Ten przyklad wprawdzie nie zdradza duzo o harmoni wspolzycia,
          ale opowiada o zlozonosci slonskiej historii, tez relogijno-koscielnej,
          o tzw. "splocie" kultur u nas.
        • arnold7 Re: Jak to kiedys na Gornym Slasku bylo 25.05.05, 16:29
          Gość portalu: super architekt napisał(a):

          > bardzo ciekawe
          > prosze o jeszcze :)

          Jutro ciag dalszy:)
          • Gość: super architekt Re: Jak to kiedys na Gornym Slasku bylo IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.05.05, 17:31
            ok
            czytam , bo warto czytać :)
            i ciekawe to jest :)
            • arnold7 Re: Jak to kiedys na Gornym Slasku bylo 25.05.05, 17:34
              Ciekawe, a do tego autentyczne, bez nacjonalistycznej nakladki.
              • arnold7 Tyn Bürgschaft Ottego Schillera, übersetzowany ... 26.05.05, 12:09
                Bardzo popularne były na Górnym Śląsku w latach sześćdziesiątych i siedemdzie-
                siątych wasserpolskie trawestacje ballad Schillera. Najstarszą z nich była
                parodia pt. "Tyn Bürgschaft Ottego Schillera, übersetzowany od Kaplana Kohlera.
                Za nią pojawiły się: Rękawiczka i Nurek. [tu przypis: pewna liczba takich
                trawestacji wyszła nakładem Phonix - Verlag, Katowice, w cenie 30 fenigów].
                Trawestacje rozpowszechniane były najpierw w rękopisach i dopiero później
                zaczęto je drukować. Na Górnym Śląsku krążyło w ogóle całe mnóstwo
                przepisywanych ręcznie satyr i humorystycznych wierszy, związanych zwykle z
                jakimś lokalnym wydarzeniem albo skandalem, czasem odnoszących się do
                konkretnych osób. Odpisywano je z wielkim zapałem. Niestety, chyba nikt nie
                pomyślał o gromadzeniu tych rzeczy.
                • arnold7 Gornoslaski humor 26.05.05, 12:43
                  silesia26.fm.interia.pl/humor2.htm
    • palec1 Re: Jak to kiedys na Gornym Slasku bylo 25.05.05, 15:23
      Nie wiem, ale u mnie w Rodzinie tak jest
      tzn. w albumach/szufladach:

      sa swiete obrazki np. komunijne, bozonarodzeniowe, wigilijne, procesyjne
      - po niemiecku i po polsku

      sa medalioniki z perwszokominijne, procesyjne, wotywne itp.
      - po niemiecku i po polsku

      sa ksiazeczki koscielne piosenek koscielnych oraz modlitewniki
      - po niemiecku i po polsku

      a co dopiero mowic o koscielnych dokumentach, swiadectwach,
      dyplomach-pamiatkach, laurkach..........

      - podkreslam: i to Z TEGO SAMEGO okresu - tez tzw. miedzywojnia.


      Miejsce wydarzen i badan nad historia: Königshütte/KrólHuta/Chorzów
      ---> czyli sam abo tukej: forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=324
      • Gość: super architekt Re: Jak to kiedys na Gornym Slasku bylo IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.05.05, 17:34
        Najwyzszy czas sięgnąć po zapomniane już albumy
        Można tam znaleź to czego uszy nie słyszały :)
        pozdrawiam
      • Gość: Legniczanin J Ś IP: *.legnica.sdi.tpnet.pl 26.05.05, 00:13
        > Nie wiem, ale u mnie w Rodzinie tak jest
        > tzn. w albumach/szufladach:
        >
        > sa swiete obrazki np. komunijne, bozonarodzeniowe, wigilijne, procesyjne
        > - po niemiecku i po polsku
        >
        > sa medalioniki z perwszokominijne, procesyjne, wotywne itp.
        > - po niemiecku i po polsku
        >
        > sa ksiazeczki koscielne piosenek koscielnych oraz modlitewniki
        > - po niemiecku i po polsku
        >
        > a co dopiero mowic o koscielnych dokumentach, swiadectwach,
        > dyplomach-pamiatkach, laurkach..........
        >
        > - podkreslam: i to Z TEGO SAMEGO okresu - tez tzw. miedzywojnia.
        >
        W "języku" śląskim nic nie ma ?
        • palec1 Re: J Ś 26.05.05, 12:50
          Szkasz ukrainskich? - sa.
    • Gość: mysl302 Re: Jak to kiedys na Gornym Slasku bylo IP: *.cpe.net.cable.rogers.com 26.05.05, 23:57
      Identyczne wspomnienia na temat lokalnych spolecznosci przeczytalem wlasnie
      wczoraj na temat niektorych regionow Polski polnocno-wschodniej. Przed wojna w
      lokalnych spolecznosciach obchodzili tam swoje swieta nie tylko katolicy, zydzi
      i prawoslawni ale rowniez ewangelicy i muzulmanie. Ponoc zawsze sie cos dzialo.
      :) A potem przyszli Niemcy z Sowietami i wszystko sie zmienilo... :(
      • rico-chorzow Re: Jak to kiedys na Gornym Slasku bylo 27.05.05, 00:02
        Gość portalu: mysl302 napisał(a):

        > Identyczne wspomnienia na temat lokalnych spolecznosci przeczytalem wlasnie
        > wczoraj na temat niektorych regionow Polski polnocno-wschodniej. Przed wojna w
        > lokalnych spolecznosciach obchodzili tam swoje swieta nie tylko katolicy, zydzi
        > i prawoslawni ale rowniez ewangelicy i muzulmanie. Ponoc zawsze sie cos dzialo
        > .
        > :) A potem przyszli Niemcy z Sowietami i wszystko sie zmienilo... :(



        Które północno-wschodnie regiony Polski,może dokładniej.
        • arnold7 Re: Jak to kiedys na Gornym Slasku bylo 27.05.05, 00:09
          Polacy rowniez przyszli, nie zebym cos mial do Polakow, ale tragedia
          gornoslaska najwiekszy swoj rozkwit przezyla od 1945 roku.
          • nowycynik7 Re: Jak to kiedys na Gornym Slasku bylo 27.05.05, 12:01
            Poloki niy musieli przichodzic na Sloonsk my byli tukej od wiekow a niy od 45
            arni niy fandzol! Po 45 tragedia przechodzila wiynkszosc Polokow pod Ruskom
            okupacjom Sloonsk niy bou wyjontkiym choc tukej komunisty szalauy mocni!
            Sloonzoki tyz czasym zdradzauy jak Ziyntek i pomogauy komuchom!
            • amoremio Re: Jak to kiedys na Gornym Slasku bylo 27.05.05, 13:27
              nowynocnik :)
              uczy sie po slonsku, ale sie mynczy!
              • nowycynik7 Re: Jak to kiedys na Gornym Slasku bylo 27.05.05, 13:28
                kiedys trza zaczonc ;)
                • amoremio Re: Jak to kiedys na Gornym Slasku bylo 27.05.05, 13:38
                  smolic (czyli gupio godac i srac)
        • Gość: mysl303 Re: Jak to kiedys na Gornym Slasku bylo IP: *.cpe.net.cable.rogers.com 27.05.05, 00:41
          Nie mam tego artykulu przed soba ale chodzilo chyba o Podlasie.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka