arnold7
24.05.05, 17:40
Poniewaz niektorzy forumowicze nie potrafia pojac, ze Slazacy roznych
wyznan potrafili razem zyc na jednej ziemi, cieszyc sie z tych samych swiat
i prowadzic podobny tryb zycia, zeskanowalem kawalek ksiazki Antona Oskara
Klausmanna, warto przeczytac:
Ze świąt kościelnych największych wrażeń dostarczało zwykle wypadające
w czerwcu Boże Ciało. Podczas gdy normalnie wszystkie uroczystości kościelne
odbywały się wewnątrz świątyni, tego dnia wierni z rozwianymi sztandarami, z
muzyką i z całą pompą kościoła katolickiego wychodzili ze świątyni na miasto.
W różnych miejscach stały wcześniej wzniesione ołtarze, przy których
celebrowano nabożeństwo.
W procesji brały udział Bractwa Kurkowe i przy każdym ołtarzu oddawały po trzy
salwy w powietrze. Strzelano także z moździerzy i nawet protestanci i Żydzi
starali się pilnie przystroić swoje domy z okazji tego czysto katolickiego
święta girlandami, dywanami i chorągwiami. Żyło się bowiem wówczas, jak to
już wcześniej opowiadałem, w najpiękniejszej religijnej harmonii, w pokoju
Bożym.
Oficjalnym dniem świątecznym było także "Piotra i Pawła" (29 czerwca)
"Piotra i Pawła święcenie
łamie zbożu korzenie"
To porzekadło zawierało w sobie słuszną obserwację, gdyż w tym czasie
zaczynają obumierać korzonki gramineów, do których należą także nasze gatunki
zbóż.
Dnia 1 listopada wypadało Wszystkich Świętych, 2 listopada były Zaduszki.
Dzień 1 listopada jest urzędowo uznawanym świętem katolickim, Zaduszki
jedynie świętem kościelnym. W kościołach katolickich przed południem w
Zaduszki stał na ambonie któryś z księży i odczytywał imiona zmarłych. Po
domach sporządzano listę wszystkich bliskich, którzy zmarli w ostatnich
latach, a także zmarłych dawno temu, jes1i to byli rodzice czy dziadkowie.
Listę tę oddawano w zakrystii, płacono za odczytanie jej
srebrnego grosza, a kościelny transportował na ambonę ciągle nowe listy
odczytującemu je duchownemu. Gdy w taki sposób została odczytana pewna liczba
imion, mniej więcej ze sto, odmawiano wspólną modlitwę.
W wieczór zaduszkowy odwiedzano groby zmarłych na cmentarzach. Zapalano
też owego wieczora światła na grobach, ale o ile mi wiadomo, nie wszędzie ten
obyczaj panował.
W październiku, najpóźniej w listopadzie rozpoczynał się na CAŁYM Górnym
Śląsku czas szczególnie uroczysty: czas świniobicia. Z racji swoistych
warunków aprowizacyjnych wówczas panujących gospodyni zmuszona była
zaopatrzeć się na zimę w odpowiednią ilość prowiantu. Również te rodziny,
które nie hodowały żywca, kupowały na jesiennych targach bydlęcych wielką,
tłustą świnię. Jeśli się miało wielu znajomych i oczekiwano na liczne
odwiedziny, wtedy dokupywało się jeszcze mniejszą świnkę.
Ubojem świni zajmował się masarz, u którego zwykle kupowano mięso. Mistrz nie
otrzymywał za swoją robotę ani grosza i tylko towarzyszącemu mu pomocnikowi
płacono talara. Już w przeddzień usypywano całe góry pieprzu, ziela
angielskiego, soli, wszystko ładnie, drobno utarte, do tego dochodziły
pokrajane w kostki stare bułki, także drobne rodzynki koryntki. Masarz i jego
czeladnik, a także często uczeń (który naturalnie również z tej okazji
otrzymywał monetę ośmiogroszową), pojawiali się o świtaniu w domu. Świnię
albo świnie ogłuszano ciosami tępej strony topora, przebijano im grdykę,
wyłapywano do wielkiego gara krew, którą pilnie mieszano, by nie
skrzepła.