mitako
18.02.06, 01:54
Duże, renomowane i zamożne wydawnictwo książek informatycznych, a dokładniej
jego dział ekonomiczno-biznesowy, wymaga od tłumaczy nie tylko znajomości
języka, lecz również wiedzy specjalistycznej. W zamian oferuje jednak dość
specyficzne warunki. Otóż gdy tłumacz, po przetłumaczeniu próbek,
zakwalifikuje się na listę, to wówczas:
„Na początku proponujemy do przetłumaczenia jeden rozdział z książki (ok. 30-
40 stron) za stawkę 13 zł brutto za stronę (1800 znaków bez spacji). Jeżeli
to tłumaczenie przejdzie pozytywnie przez korekty, wówczas podpisujemy umowę
na całość książki renegocjując stawkę”.
Dla uściślenia: 13 złotych za 1800 bez spacji to ok. 11 złotych za 1800 ze
spacjami, a jeśli firma podpisze umowę na całość książki, to za ten pierwszy
rozdział i tak zapłaci 11 złotych. Nawet jeśli okazałby się on arcydziełem
sztuki translatorskiej. „Normalna” stawka wynosi natomiast (w przeliczeniu na
cywilizowaną miarę 1800 ze spacjami) 15-16 złotych
Ludzie, KTO GODZI SIĘ NA TAKIE WARUNKI???!!! Przecież w ten sposób nasza
praca niedługo będzie warta tyle, co zamiatanie ulic (przy całym szacunku dla
sprzątających), a ludzie o mentalności właścicieli tego wydawnictwa będą
jeszcze bardziej nabijać sobie kabzę naszym kosztem!!!
Pracuję dla dwóch biur tłumaczeń i jednego wydawnictwa ekonomicznego. Dostaję
26-30 złotych za stronę. Napisałam do w/w wydawnictwa, bo chciałabym
tłumaczyć więcej książek o tej tematyce. Gdy 5 lat temu zaczynałam jako
freelancer, dostawałam 20-24 złote. Czy rynek przez ten czas naprawdę aż tak
zszedł na psy, czy trafiłam na fatalny wyjątek?