Dodaj do ulubionych

Software from Polska

29.07.06, 01:33
Polska nie jest IT
Zbigniew Domaszewicz, Tomasz Grynkiewicz 29-07-2006,
ostatnia aktualizacja 28-07-2006 20:14

Polska wydaje mistrzów informatyki, ale w światowym biznesie IT ma problem z
wyrobieniem sobie silnej marki. A czasu na to jest coraz mniej, bo za kilka
lat zachodni rynek zaleją tańsi informatycy z Chin i Indii


Przez ponad 15 lat "P" znaczyło Poland. Young Digital Poland, w skrócie YDP,
gdańska spółka produkująca multimedialne oprogramowanie edukacyjne, jako
jedna z niewielu krajowych firm technologicznych z powodzeniem zaistniała ze
swoją marką na światowych rynkach.

- Niestety, marketingowo "Poland" nie pomaga - ubolewał już trzy lata temu w
rozmowie z "Gazetą" wiceprezes YDP Piotr Mróz. - Na świecie "Poland" i nowe
technologie to bynajmniej nie jest automatyczne skojarzenie. Ale mamy za duży
sentyment do nazwy, by ją zmieniać.

Sentyment sentymentem, a biznes biznesem. W tym roku właściciele YDP podjęli
męską decyzję - od niedawna "P" w YDP znaczy już... Planet. - Nie chodziło o
to, by pozbyć się Polski z nazwy, chcieliśmy ujednolicić nasz wizerunek jako
firmy globalnej - zastrzega Waldemar Kucharski, prezes YDP. - Ale, powiedzmy
szczerze, na pewno ta zmiana wizerunkowo nam nie zaszkodzi.

Leczymy się z kompleksu

Co roku młodzi polscy informatycy zwyciężają w prestiżowych światowych
konkursach. Można odnieść wrażenie, że jesteśmy informatyczną potęgą. W
sensie intelektualnym - pewnie tak. W sensie ekonomicznym - wprost
przeciwnie. Wartość eksportu oprogramowania z Polski wynosiła w 2002 r. około
400 mln zł, w ub.r. według szacunków magazynu "Computerworld" około 650 mln
zł. Nawet jeśli liczby te są niedoszacowane (brak w pełni miarodajnych
danych), to jak na kraj tej wielkości są to kwoty marginalne.

Sami menedżerowie polskich firm IT potrafią z autoironią skonstatować, że
więcej jest wart eksport żarówek i lamp. W odróżnieniu od np. Finlandii z jej
Nokią Polska nie ma też żadnej powszechnie znanej w świecie firmy kojarzonej
z high-tech. W rankingach konkurencyjności technologicznej lądujemy na samym
końcu.

To wszystko odbija się na wizerunku. - Na Zachodzie pokutuje przekonanie, że
w tworzeniu oprogramowania brylują firmy amerykańskie, niemieckie czy
izraelskie, a Polska może dostarczyć wódkę, owoce, może ubranie - mówi Paweł
Przewięźlikowski, wiceprezes krakowskiego Comarchu, największego (według
rankingu "Computerworld") polskiego producenta oprogramowania do zarządzania.

Co więcej, myślą tak też polskie instytucje. - Bywa, że w kraju jesteśmy
gorzej postrzegani niż np. IBM, Oracle czy SAP. Jest takie przekonanie, że
zachodnia firma przyniesie ze sobą nie wiadomo jaki know-how, zaawansowaną
technologię, z którą firma z Polski nie jest w stanie się równać. Leczymy się
z tego kompleksu, ale potrwa to jeszcze wiele lat - mówi Przewięźlikowski.

Jego zdaniem jest jeszcze jedna przyczyna słabej marki polskiego IT. -
Bywało, że osoby odpowiedzialne za informatykę np. w bankach odcinały nas od
decydentów, przekonując ich: "obiecują dużo, ale jest ryzyko, że nie wiedzą,
o czym mówią. Lepiej zostańmy przy niemieckich czy francuskich dostawcach" -
opowiada Przewięźlikowski. - Bali się bardziej efektywnej konkurencji ze
Wschodu.

Kropla w morzu

Mimo to kilku polskim firmom IT udało się ze sprzedaży zagranicznej uczynić
główne źródło utrzymania. W tym są stosunkowo mało znane w Polsce spółki
produkujące specjalistyczne oprogramowanie dla różnych gałęzi przemysłu, jak
np. warszawskie firmy Transition Technologies czy Qwed. AdRem, producent
oprogramowania do monitorowania sieci komputerowych w przedsiębiorstwach,
gdyby nie eksport, nie miałby szans na jakikolwiek rozwój. Z polskiego rynku
ma tylko 10 proc. przychodów. - Szkielet naszej działalności to USA, Kanada i
kraje Europy Zachodniej - mówi Piotr Józefiak z krakowskiej spółki. Wśród jej
klientów jest m.in. Airbus, Bayer, amerykańska administracja, francuski
Canal+ czy amerykański oddział Gillette.

YDP z eksportu czerpie 35 proc. przychodów. Swoje multimedia sprzedaje m.in.:
w Holandii, Francji, Wielkiej Brytanii, a nawet w Malezji. Comarch, który
wyeksportował w zeszłym roku software i usługi za 67 mln zł, ma na koncie
kontrakty m.in. z Nokią czy amerykańską administracją i działa nawet w tak
egzotycznych miejscach jak Nikaragua, Belize, Wenezuela czy Meksyk. Jak
szacuje Paweł Przewięźlikowski, w tym roku eksport będzie stanowił 30 proc.
przychodów firmy, w roku 2008 - już 40 proc.

Polscy specjaliści potrafią udowodnić swą przydatność dla międzynarodowej
korporacji, nawet gdy ta tego nie oczekuje. Ale muszą przebijać się sami.

Sztuka ta udała się zespołowi informatyków w polskiej filii szwedzkiego
koncernu IFS (systemy informatyczne do zarządzania przedsiębiorstwami). Ich
zadaniem była głównie pomoc polskim klientom przy wdrożeniu i utrzymaniu
sprzedawanego przez IFS systemu. Czyli - działalność typowo odtwórcza.
Ambitniejsze prace rozwojowe koncern prowadził w swojej siedzibie w Szwecji.

- Z własnej inicjatywy postanowiliśmy uzupełnić oferowany przez IFS system do
zarządzania kadrami o aplikację płacową - mówi Aneta Chuda, szefowa zespołu.
Z pominięciem szwedzkiej centrali poleciała do Anglii i zaprezentowała
oprogramowanie menedżerom koncernu odpowiadającym za tamtejszy rynek. Ci z
powodzeniem sprzedali je licznym brytyjskim klientom IFS i droga na inne
zagraniczne rynki stanęła otworem. Jeden z najnowszych kontraktów IFS to
wielkie przedsiębiorstwo energetyczne w Libii. - Teraz od polskiego
oprogramowania zależą pensje 35 tys. pracowników libijskiego monopolisty -
żartuje Aneta Chuda.

Stereotypy kompromitują

Andrew Rybicki, pochodzący z Poznania szef światowej grupy ADB, która oferuje
sprzęt do odbioru telewizji cyfrowej, nie ma problemów z tym, że projektują
go inżynierowie w Zielonej Górze. - Nie przeszkadza nam to w biznesie.
Przeciwnie, po świecie roznosi się już przekonanie, że Polacy są świetnymi
specjalistami od oprogramowania. Czasem można spotkać kogoś, kto myśli
stereotypami, ale to go kompromituje jako kontrahenta - mówi Rybicki.

Tyle że ADB to światowa firma, z centralą w Szwajcarii i biurami na Dalekim
Wschodzie. Klientom nie kojarzy się automatycznie z Polską. Podobnie jak
wywodząca się z Koszalina firma Psiloc, która produkuje i sprzedaje na
świecie (m.in. na Bliskim Wschodzie) oprogramowanie na zaawansowane telefony
komórkowe, tzw. smartfony. Na witrynie internetowej Psiloca nie ma ani słowa
po polsku, nie licząc nazwisk pracowników. Wyłącznie język angielski i
globalny adres internetowy (.com) budują typowo kosmopolityczny wizerunek
firmy.

Zagraniczną promocją polskich atutów ekonomicznych ma zajmować się Polska
Agencja Informacji i Inwestycji Zagranicznych (PAIiIZ). Ale akurat polskiej
informatyki nie promuje niemal w ogóle. Tylko w zestawie materiałów
informacyjnych "Why Poland?" (tłumaczą dlaczego warto inwestować w Polsce)
pojawiają się fragmenty poświęcone polskiej informatyce i technologii. -
Rozsyłamy to do osób, instytucji i ośrodków opiniotwórczych mających wpływ na
promocję Polski za granicą - mówi Krystyna Skrzyńska z PAIiIZ.


Walczyć kulturą i jakością, nie ceną

Jak nasze firmy walczą o zagraniczne rynki? Comarch, choć konkuruje z firmami
niemieckimi czy hiszpańskimi, nie chce być od nich dwa-trzy razy tańszy. -
Taka strategia miałaby krótkie nogi - mówi Przewięźlikowski. - W ciągu kilku
lat rynek zaleją nisko wykwalifikowani informatycy z Chin i Indii.
Zadeptaliby nas, gdybyśmy konkurowali tylko ceną. A teraz mamy kilka lat, by
na Zachodzie stworzyć silną markę.

Wiceprezes Comarchu dodaje, że barierą w rozwoju jest też stosunkowo
niewielka liczba informatyków w Polsce. - Jeśli chcemy skutecznie konkurować
na Zachodzie, kierunki informatyczne musi kończyć dwa-trzy razy tyle osób co
teraz - mówi.

- W konk
Obserwuj wątek
    • wilhelm4 Re: Software from Polska 29.07.06, 01:40
      - W konkurencji z taki krajami jak Indie czy Chiny atutem Polski nie jest cena,
      ale przynależność do kultury Zachodu - uważa Waldemar Kucharski z YDP. - To
      pomaga w kontaktach i ułatwia zrozumienie potrzeb klienta. Kraje Europy
      Wschodniej powinny to wykorzystywać.

      Andrew Rybicki, ADB: - Słabością polskich przedsiębiorców jest brak dbałości o
      szczegóły i źle rozumiana oszczędność. Spotykałem bardzo mądrych ludzi, którzy
      nie potrafili docenić np. roli ładnego opakowania, bo uważali, że inteligentny
      klient nie będzie zwracał uwagi na drobiazgi. A to nieprawda.

      Firmy liczące na rynki zagraniczne powinny być też przygotowane na konieczność
      otwierania za granicą oddziałów. Nie tylko w celach handlowych, ale także
      wizerunkowych. - Dla Amerykanów nie ma znaczenia, czy produkt jest polski. Ale
      aby być wiarygodnym na rynku amerykańskim, trzeba zarejestrować swoją
      działalność na miejscu - uważa Piotr Józefiak z AdRem, która ma biura m.in. w
      Nowym Jorku i Londynie.

      - Na świecie fachowcy z branży stopniowo uświadamiają sobie potencjał polskich
      specjalistów. Przekonuje ich m.in. to, że takie firmy jak Intel mają tu swoje
      ośrodki badawcze. Coraz rzadziej zdarza się, że przed podpisaniem umowy z firmą
      informatyczną z Polski kontrahentowi drży ręka - mówi Kucharski. - Gorzej jest
      w przypadku indywidualnego klienta, który kupuje np. oprogramowanie w pudełku.
      Jeszcze długo poczekamy, nim będziemy mu mogli sprzedawać polski software
      swobodnie i z otwartą przyłbicą.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka