zlopacz.kawy
16.04.10, 00:33
Obraz przygotowań do wizyty głów państw w Krakowie dramatycznie
kontrastuje z przygotowaniem lotu do Katynia.
W tym świetle wyprawa kilkudziesięciu spośród najważniejszych
urzędników państwowych, z udziałem Prezydenta RP przedstawia się jak
nie przymierzając szkolna wycieczka.
Plan wizyty wyglądał mniej więcej tak: wsiadamy i lecimy, jakoś to
będzie. Nikt się nawet nie zastanawiał, co robić, jeśli się
wylądować w Smoleńsku nie da. Nikt nawet nie sprawdzał, czy się da,
bo i po co. Przecież planu awaryjnego i tak nie było. Bóg nas
prowadzi, alleluja i do przodu.
A kiedy wszystko się sprzysięgło przeciw - mgła, niekompatybilne
systemy radiowe, nawet standardy komunikacji (pilot czeka na
koordynaty z wieży, wieża na meldunki pilota) - wtedy nagle cała
odpowiedzialność spada na barki jednego pilota. Pilota, który ma
nieznośną świadomość, że zależy od niego zdecydowanie zbyt dużo.
Uczeń wybierający się na egzamin maturalny wychodzi z domu pół
godziny wcześniej, niż zwykle. Bo może tramwaj odjedzie wcześniej,
albo będa korki. W kieszeni ma (na wszelki wypadek) 100 złotych na
taksówkę, a bateria w komórce musi być naładowana.
Natomiast urzędnicy organizujący wizytę głowy państwa w obcym, ponoć
nieprzyjaznym kraju planują, że o 6:50 prezydent przybywa na
lotnisko, o 7:00 jest start samolotu, a o 9:30 zaczynają się
uroczystości. Żadnej rezerwy czasowej. Żadnej możliwości zmiany
planów. Musi się udać, bo to my lecimy. Tyle razy się udało
przecież. Tak dalece zlekceważyli swoje obowiązki, że nawet nie było
aktualnej listy osób na pokładzie. Bliscy i znajomi ambasadora Bahra
i J. Sasina przez kilka godzin są przekonani o ich śmierci.
Wielu ludzi zawaliło robotę, czyniąc odpowiedzialnym za powodzenie
misji jednego człowieka, który w dodatku pracuje w podwójnym
stresie. Widzi, że nie będzie lekko. Może nawet nie informuje
nikogo, że ma kłopot z podjęciem decyzji. Przeczuwa przecież, co by
się stało, gdyby ogłosił zmianę miejsca lądowania. Ci za jego
plecami muszą się znaleźć na ziemi za kilka minut. Alternatywa nie
istnieje.
Krąży nad lotniskiem, wypatrując pasa. Ale nie może przecież krążyć
przez godzinę. Presja rośnie. Niezależnie od profesjonalizmu, emocje
dają znać o sobie. To nie jest jak strzelanie karnego w finale
mistrzostw świata. To jest tysiąc razy gorzej. Każdy w takim
momencie chciałby mieć to już za sobą.
Dlaczego ten człowiek został postawiony w takiej sytuacji? Kto
zdecydował o tym, że była tylko jedna opcja?
Pomyślmy o tym, kiedy ukaże się komunikat: "przyczyną katastrofy
był błąd pilota"..