panibovarytoja
15.10.11, 13:19
od 1,5 roku jestem w związku z facetem, o którym z początku myślałam że to "ten", poznaliśmy się jakiś rok po moim rozstaniu z pierwszą wielką miłością, cieszyłam się że poznałam kogoś starszego (o 4 lata), i że teraz to już będzie inaczej(bo jest wyższy, ma pasje, ciekawą pracę, jest dobrym człowiekiem który się mną zaopiekuje :-)) nasz związek zaczął się od friends with benefits, dopiero po pół roku przekształcił się w coś poważnego,
wszystko byłoby dobrze gdyby nie pewne rzeczy które zaczęłam dostrzegać dopiero później, seks od samego początku nie był dla niego ważny, można tez powiedzieć że nie jest w nim zbyt biegły, nie chce nowych rzeczy, ma ciągłe kompleksy na temat rozmiaru swojego penisa który rzeczywiście jest niewielki,(mój poprzedni partner był świetny w łóżku), w dodatku choć może to trochę śmieszne, ale nie jesteśmy w stanie nawet razem wieczorem filmu obejrzeć, ponieważ on po 15-20 min zasypia a jest np godz 22 ,
przez pierwsze kilka miesięcy można powiedzieć że ten seks jeszcze w ogóle istniał, ale z czasem było go co raz mniej, teraz nie mieliśmy seksu jakoś tak już od początku sierpnia, co dla mnie jest niesamowicie frustrujące,
mam 24 lata i chcę żyć a nie spać i się obżerać przed telewizorem, męczy mnie już strasznie ta sytuacja, nie ma dnia żebym nie myślała o swoim byłym i nie porównywała go z obecnym partnerem, codziennie tylko wysłuchuje kolejnych planów które i tak nie zostaną zrealizowane przez lenistwo i wygodnictwo
wprowadził się do mnie kilka miesięcy temu, myślałam że dzięki temu będzie lepiej, nie będzie musiał narzekać na dojazdy i że bez sensu wynajmuje mieszkanie skoro i tak non stop siedzi u mnie, świetnie się dogaduje z moją mamą, mamy mnóstwo wspólnych znajomych, wszyscy nam mówią że tak bardzo do siebie pasujemy i to juz na pewno skończy się ślubem, a mnie na takie słowa przechodzą ciarki- to znaczy że koniec z seksem na najbliższe 30-40 lat? i zawsze juz tak będziemy sobie leżeć i kwitnąć, patrzeć jak powoli mija dzień za dniem,
on jest na prawdę dobrym człowiekiem, wszyscy go lubią (to ja jestem tą wredną suką), szanuje mnie, kocha, ale czy to nie za mało? czy nie powinno być w tym jakiejś pasji? takiego poczucia pewności że z tym człowiekiem chcę budować swoją przyszłość i już nie mogę się doczekać jaka ona będzie? a może to problem tkwi we mnie bo za dużo bym chciała, a ludzie nigdy nie sa idealni?
nie wiem co mam dalej robić, ale czuję że muszę podjąć jakąś decyzję, męczę się strasznie
boję się kolejnego rozstania, samotności i niepewności co z tego może wyniknąć, ale z drugiej strony gdzie jest moje szczęście? jestem ślepa czy po prostu go nie ma?