maras3
29.05.02, 11:38
Jestem 26-letnią, zdrową kobietą, chyba dość atrakcyjną. Jestem w stałym
związku 7 lat. Nie mieszkamy ze sobą, ale spędzamy ze sobą bardzo dużo czasu.
Od jakigoś dłuższego czasu (tj. dwa lata) zaczęliśmy mieć problemy seksualne.
To ja zwykle musiałam inicjować nasze kontakty seksualne, mojemu partnerowi
zdarzało się to naprawdę rzadko. Jednak od pewnego momentu zaczęło być tak, że
kontakty były bardzo sporadyczne(raz na miesiąc) i moj partner w ogóle już nie
inicjował zbliżeń. Od 8 miesięcy nie kochamy się wcale. Rozmawialiśmy o tym i
on stwierdza, że nic nie sprawia mu w życiu przyjemności i że nic go nie
cieszy. Mówi, że jak zamieszkamy razem to, to wszystko ulegnie radykalnej
zmianie (poprawie). Każda inna sfera naszego życia jest ok, dość dobrze się
rozumiemy, mogę na nim polegać w 100% i jest bardzo lojalny.
Jednak taka sytuacja trwa i nie zapowiada się, żeby mogło coś się zmienić,
ponieważ on nie wykazuje nawet zwykłej ochoty na pocałunek.
Zaczęłam się zastanawiać, że nawet jeśli doszłoby do zbliżenia, to czy on nie
robiłby tego z obowiązku. Gdy mu mówiłam, że tego potrzebuję, to mi powiedział,
że nie jesteśmy zwierzętami i że sex nie jest najważniejszy. On zdaje sobie
sprawę, że mamy problem, ale jednocześnie nie chce go rozwiązać (proponowałam
mu wizytę u seksuologa).
Mam pewność, że nie ma kochanki.
I mam pytanie, czy rzeczywiście mogę wierzyć, że wspólne zamieszkanie (tak jak
mówi mój partner) zmieni naszą sytuację na lepsze?
Z czego to wszystko może wynikać?
Pozdrawiam