IP: *.bydgoski.pl 06.09.01, 17:58
Szanowny Panie Doktorze, właściwie nie wiem, czy to co teraz powiem jest dla
Pana czy może bardziej dla psychoanalityka. Proszę o radę, gdyz coraz częściej
myślę o tym żeby skonsultować się ze specjalistą.

Mam 24 lata, super pracę, dużo podróżuje z dziewczyną, kolegami ale raz na
jakiś czas musze od wszystkiego odpocząć i wyjechać gdzieś sam. (informacja
ważna później)
Od dwóch lat spotykałem się z dziewczyną, którą kocham. (ładna, zgrabna,
inteligentna - jednym słowem "ty to masz gościu szczęście" - takie były
najczęściej reakcje kolegów) Nie jest to jakaś pierwsza szczenięca miłość,
miałem wcześniej różne wzloty i upadki i (wydaje mi się) ze jestem już dojrzały
emocjonalnie. Nasze wspólne plany sięgały już bardzo daleko, mieszkanie w
przeciągu najbliższych 6 m-cy, zaręczyny slub itp. M. była najważniejszą osobą
w moim zyciu, ze względu na trudną sytuację w moim domu rodzinnym, nie raz
podtrzymywała mnie na duchu i wyciągała psychicznych dołów.
Jestem raczej introwertykiem i tak jak mówiłem muszę czasem pobyć sam, więc
najpierw pojechaliśmy z M. w góry a potem postanowiłem spędzić tak jak co roku
sam 2 tygodnie tym razem we Francji. Nie był to pierwszy mój samotny wyjazd
odkąd byłem z M. także nie przeczuwałem nic złego. Dzwoniliśmy do siebie prawie
codziennie, list, kilka kartek, tak jak zakochani mają w zwyczaju...
Już we Francji czasami z nowopoznanymi kolegami z hotelu siadaliśmy sobie w
kąciku dla palaczy przy recepcji i obserwowaliśmy wchodzące i wychodzące
dziewczyny i kobiety komentując i oceniając tak jak to faceci mają w zwyczaju,
nie po chamsku, nie wulgarnie, tylko raczej dyskretnie, dla żartu i zabicia
czasu. Któregoś dnia wprowadziły się 4 ciemnoskóre dziewczyny. Od razu jednej z
nich przyznaliśmy 10 w naszej 10-punktowej skali i mianowaliśmy ją miss hotelu.
Po załatwieniu formalności w recepcji dziewczyny uśmiechnęły się do nas (mi
wydawało sie oczywiście, że najładniejsza tylko do mnie i poszły sobie do
pokojów)
Następnego dnia siedziałem w palarni tylko z jednym kolegą. Nasza "miss" (od
tej pory E.) zeszła schodami i usiadła 0,5 cm ode mnie pomimo, ze cała kanapa
była wolna, prosząc o papierosa i promiennie się uśmiechając. Chociaż nie
jestem nowicjuszem jeśli chodzi o stosunki damsko męskie trochę sie speszyłem,
tym bardziej ze kolega niejednoznacznie się uśmiechnął pokazując dyskretnie
głową na E. Po poczęstowaniu i wymianie kilku zdawkowych uprzejmości zeszła
reszta kolegów i wyszliśmy do miasta (bez E. oczywiście) - cała sytuacja trwała
może 2 minuty.
Minęły 4 dni na byczeniu się na plaży i robieniu niczego. Przedostatniego dnia,
leżąc nad oceanem i nie wiedząc już co ze sobą zrobić podniosłem się żeby kupić
coś do picia. Wtedy ktoś mnie zawołał, odwróciłem się, to była E. ze swoimi
koleżankami. Dosiadły się do nas. Kiedy wróciłem, chciałem wysmarować się
kremem, bo żar lał się z nieba. Z miejsca zaoferowała się E. już na sam widok
olejka. Po wysmarowaniu mi pleców, co z zewnątrz musiało wyglądać raczej jak
masaż erotyczny sądząc po szerokich oczach i minach kolegów, E. stwierdziła, że
chce za to buzi... Znalezienie się w pokoju i "przypieczętowanie" półgodzinnej
znajomości zajęło nam około 20 minut. Muszę przyznać, że nigdy nie było mi tak
dobrze z kobietą, to było zupełnie coś nowego. Wstając rano popatrzyliśmy się
na siebie trochę zawstydzeni i skrępowani i w tym samym momencie
stwierdziliśmy, że taka sytuacja zdarzyła nam się pierwszy raz w życiu. (co w
moim przypadku było prawdą, jak się później okazało w jej też, mimo, że jej
umiejętności raczej mówiły coś innego) Po południu E. spytała się czy w Polsce
się z kimś spotykam. Kłamiąc jej w żywe oczy stwierdziłem, że oczywiście nie,
co bardzo ja ucieszyło przytulając się do mnie jeszcze mocniej. Powoli
zaczynałem mieć moralnego kaca i zdawać sobie sprawę z tego co zrobiłem. Z
jednej strony moja fascynacja E. tłumiła jeszcze wyrzuty, ale z drugiej strony
nie byłem juz w stanie myślec o niczym innym jak o tym jak bardzo skrzywdziłem
M. Następne 3 dni spędzone w pociągu były najgorszymi dniami w moim zyciu.
Paląc prawie 3 paczki papierosów dziennie i pijąc jedynie czasem wodę
odchodziłem od zmysłow na myśl o spotkaniu z M. i spojrzeniu jej w oczy. Myślę
że ważną informacją w tym momencie będzie ta, że z M. zawsze wszystko sobie
mówiliśmy i nawet kiedyś hipotetycznie założyliśmy że taka sytuacja nas spotka
(zdrada) i wtedy bezwzględnie sobie o tym powiemy. Razem z M. należymy do osób
o silnych charakterach i zdecydowanych osobowościach odrzucających wszelkie
półprawdy, także dla mnie w pociągu było oczywistym, że musze się przyznać,
jednak świadomość tego sprawiała, że chodziłem półprzytomny ze strachu,
zdenerwowania i rozpaczy.
M. po pierwszych moich słowach przez telefon po powrocie zapytała czy coś się
stało, na co ja odpowiedziałem ze ściśniętym gardłem że musimy porozmawiać. W
sytuacjach zagrożenia można powiedzieć, że zakładam maskę obojętności i
absolutnie nie widać po mojej twarzy tego co się we mnie dzieje, co dodatkowo
zraniło M. kiedy beznamiętnym tonem wszystko jej opowiedziałem, mimo, że w
środku rozdzierała mnie rozpacz, bezsilność i wściekłość na samego siebie).
Od ponad 2 miesięcy nie spotykamy się, schudłem 6 kilo, palę ponad 2 paczki
papierosów dziennie (wcześniej 1 na miesiąc), po przyjściu z pracy leżę na
łóżku gapiąc się godzinami w okno i w sufit, coraz częściej sięgam po alkohol.
Całkowicie zdaje sobie sprawę tego, że bezpowrotnie skrzywdziłem najdroższą mi
osobę. Jednak najbardziej przeraża mnie myśl, czy jeśli będę w przyszłości
jeszcze w stanie z kimś związać, (podobno wszystkie rany się goją:() to czy
taka sytuacja moze sie powtórzyć?
Czy takie postępowanie może byc spowodowane oziembłością uczuciową wyniesiona z
domu, czy może przyczyna tkwi raczej we mnie. Jeśli tak, to gdzie?! Od momentu
w którym spotykałem się z pierwszą dziewczyną do tego feralnego wyjazdu zawsze
powtarzałem kolegom, którzy zdradzali swoje partnerki, że nigdy nie byłbym w
stanie zrobić czegoś takiego. Cała moja filozofia prysła jednak w przeciągu pół
godziny przy całkowicie nieznanej mi osobie. Chciałem też powiedzieć, że
(oczywiście nie chce wyjśc na bufona)zawsze miałem powodzenie u kobiet i
sytuacja w której kobieta niejednoznacznie i dosyć bezpośrednio daje mi do
zrozumienia że jest mną zainteresowana nie zdarzyła mi się po raz pierwszy.
jednak do tej pory bez problemu potrafiłem z czyms takim sobie poradzić.
Panie Doktorze, proszę mi powiedzieć czy mam iść z tym do specjalisty, czy może
wyolbrzymiam problem...
pozdrawiam
ps.
Z E. cały czas utrzymuję kontakt, spotykamy się raz na 3-4 tygodnie. E. nic nie
wie o M. Najprawdopodobniej wyprowadzę się do Francji, jednak tak jak mówiłem
przeraża mnie myśl, że będę w stanie powtórzyć taki "numer" lecz nie wiem czy
byłbym to w stanie drugi raz przetrzymać...
Obserwuj wątek
    • Gość: Bona Re: dlaczego IP: *.zgora.dialog.net.pl 06.09.01, 18:23
      W całej tej historii najśmieszniejsze jest to (ale to homor wisielczy, sorry!),
      że chcąc być w porządku wobec obu kobiet, jednocześnie robisz im obum najgorsze
      swiństwo. Nie jesteś szczery i nie jesteś w porządku wobec żadnej z nich. Nie
      można zjeść ciastka i mieć ciastko. Skoro masz taki silny charakter, jak
      twierdzisz, staw czoła sytuacji! W przeciwnym wypadku przyznaj, że nie jesteś
      taki, jak Ci się dotychczas wydawało. Tylko, na Boga, zrób z tym coś, bo
      wkrótce problem sam się rozwiąże, gdy przy tym trybie życia załatwisz
      sobie "kolejkę dla uprzywilejowanych" do łona Abrahama.
    • Gość: jimmy Re: dlaczego IP: *.net.external.hp.com 07.09.01, 09:11
      Czytam, ze uwazasz siebie za osobe dojrzala - jestem Twoim rowiesnikiem, ale
      czytajac Twoj post nie moge sie otrzasnac z wrazenia, jakby pisala go osoba
      sporo mlodsza. Sposob Twojego postepowania i opis zdarzenia, w moim skromnym
      przekonaniu, nijak na te dojrzalosc nie wskazuje. Zachowales sie jak 18-latek,
      wiec masz czas, by dojrzec. Oczywiscie to tylko moje zdanie.
      • Gość: tassman rozkminiony IP: *.pgnig.com.pl 07.09.01, 09:38
        Hej,

        Przeczytałem twój post, posiedziałem z nim w głowie i....Piszesz ze Ty i M.
        macie silne chraktery. Z tego co zrobiłes wynika jednak ze Ty silnego chrakteru
        nie masz (nie potrafiłes powiedziec nie.....). Dziwny był tez twój wyjazd -
        byłes tam sam czy z kolegami? Zdradziłeś to fakt - to był twój błąd. Dobrze że
        choć szczerze powiedziałes o tym M. i nie kłamałes z tym dalej....
        Zdrada i kłamstwo kosztuje. Twoje "czarne" 30 minut zapamietasz do końca zycia -
        i niech to bedzie dla Ciebie nauczką...
        A jesli M. ma silny charakter jak twierdzisz - to jest po grzybach...
        Czas leczy rany, ale blizny pozostają....Spróbuj sie jakos odnależć w
        tej ''nowej'' sytuacji - ale nie przez alkohol...

        Pozdrawiam
        tassman
        • Gość: lucki Re: rozkminiony IP: *.*.*.* 07.09.01, 10:15
          Gość portalu: tassman napisał(a):

          Pozwole sobie takze swoje trzy grosze wtracic.



          > Hej,
          >
          > Przeczytałem twój post, posiedziałem z nim w głowie
          i....Piszesz ze Ty i M.
          > macie silne chraktery. Z tego co zrobiłes wynika
          jednak ze Ty silnego chrakteru

          Co do silnego charakteru to troche autor pytania
          przesadzil, o tym przekonywac chyba nie musze. Zawsze
          twierdzilem, ze natura ludzka jest ulomna i tych
          wszystkich, ktorzy z pewnoscia twierdza iz nie zdradza
          swoich partnerow pietnuje, gdyz nigdy nie wiadomo co
          moze w zyciu sie przydazyc. Czasami wystarczy chwila,
          emocja, czasami wystarczy lampka koniaku, kieliszek
          wina, a sytuacja zmienia sie diametralnie i hamulce
          emocjonalne puszczaja.

          >
          > nie masz (nie potrafiłes powiedziec nie.....). Dziwny
          był tez twój wyjazd -
          > byłes tam sam czy z kolegami? Zdradziłeś to fakt - to
          był twój błąd.

          Zdrada raczej jest wkalkulowana w nature czlowieka.
          Chcialbym poznac prawdziwe dane dotyczace wiernosci
          malzonkow. Mysle, ze bylyby bardzo zaskakujace.

          Dobrze że
          > choć szczerze powiedziałes o tym M. i nie kłamałes z
          tym dalej....

          Najglupsza rzecz jaka zrobiles. Szczerosc dzisiaj
          niestety nie jest w ogole w cenie, a w takich
          przypadkach nie byla w cenie nigdy. Kazdy, bez wzgledu
          na plec, czujac milosc do swojego partnera, jego zdrada
          bedzie oszukany, upokorzony. Nigdy wiec o takich
          niecnych wystepkach nie wolno mowic. To powinna byc
          Twoja tajemnica do konca Twych dni. Pomijajac fakt, ze
          zdrada to raczej niemoralne zachowanie, ktore jednak
          towarzyszy ludzkosci od dnia jej poczecia.

          > Zdrada i kłamstwo kosztuje. Twoje "czarne" 30 minut
          zapamietasz do końca zycia

          Niestety zapamietasz, to prawda.

          > -
          > i niech to bedzie dla Ciebie nauczką...

          Wlasnie, niech bedzie nauczka, by zachowywac pewne
          intymne szczegoly swego zycia tylko dla samego siebie. I
          nie obnazac sie z nimi na pewno przed swoimi
          najblizszymi, a szczegolnie tymi, ktorych moze to w
          zasadniczy sposob dotknac.


          > A jesli M. ma silny charakter jak twierdzisz - to jest
          po grzybach...
          > Czas leczy rany, ale blizny pozostają....Spróbuj sie
          jakos odnależć w
          > tej ''''nowej'''' sytuacji - ale nie przez alkohol...

          Nie pij, posluchaj Tassmana. A czas rzeczywiscie wyleczy
          rany.

          >
          > Pozdrawiam
          > tassman

          Pozdrawiam
          lucki
          • Gość: jimmy Re: rozkminiony IP: *.net.external.hp.com 07.09.01, 12:54
            Gość portalu: lucki napisał(a):

            > Co do silnego charakteru to troche autor pytania
            > przesadzil, o tym przekonywac chyba nie musze. Zawsze
            > twierdzilem, ze natura ludzka jest ulomna i tych
            > wszystkich, ktorzy z pewnoscia twierdza iz nie zdradza
            > swoich partnerow pietnuje, gdyz nigdy nie wiadomo co
            > moze w zyciu sie przydazyc. Czasami wystarczy chwila,
            > emocja, czasami wystarczy lampka koniaku, kieliszek
            > wina, a sytuacja zmienia sie diametralnie i hamulce
            > emocjonalne puszczaja.

            Nie mowimy o hamulcach emocjonalnych a o uczuciu - to zazwyczaj nie pryska jak
            banka mydlana, a jesli tak sie dzieje, to raczej marne to uczucie.

            >
            > >
            >
            > Najglupsza rzecz jaka zrobiles. Szczerosc dzisiaj
            > niestety nie jest w ogole w cenie, a w takich
            > przypadkach nie byla w cenie nigdy. Kazdy, bez wzgledu
            > na plec, czujac milosc do swojego partnera, jego zdrada
            > bedzie oszukany, upokorzony. Nigdy wiec o takich
            > niecnych wystepkach nie wolno mowic. To powinna byc
            > Twoja tajemnica do konca Twych dni. Pomijajac fakt, ze
            > zdrada to raczej niemoralne zachowanie, ktore jednak
            > towarzyszy ludzkosci od dnia jej poczecia.

            Wiec jaki jest sens bycia razem i oklamywania sie? A jak Ty bys sie poczul, gdyby
            jednak, po latach wspolnego zycia, okazalo sie, ze partnerka kiedys Cie
            zdradzila? Z pewnoscia takie wyjscie oszczedziloby bolu M., lecz na miejscu
            autora nie moglbym spojrzec w lustro. M. znajdzie sobie kogos (sory!) bardziej
            wartosciowego, z pewnoscia na to zasluguje. Nie wszyscy zdradzaja.

            > Wlasnie, niech bedzie nauczka, by zachowywac pewne
            > intymne szczegoly swego zycia tylko dla samego siebie. I
            > nie obnazac sie z nimi na pewno przed swoimi
            > najblizszymi, a szczegolnie tymi, ktorych moze to w
            > zasadniczy sposob dotknac.

            Jak wyzej - nieszczery zwiazek, to zaden zwiazek.

            Konkludujac - nie zgadzam sie z przedmowca. Na czym wobec tego, drodzy Panowie,
            chcecie budowac zwiazek? Na usprawiedliwieniach, ze zdrada wpisana jest w geny
            mezczyzny? Bzdura! To byl zyciowy blad, ktorego mozna bylo uniknac, a za ktory
            trzeba gorzko zaplacic, a nie jeszcze wychodzic na swoje i trzymac to w
            tajemnicy. Wszystko zalezy od M., czy jest gotowa wybaczyc, ale nie macie prawa
            od niej wymagac, by byla oszukiwana, bo nie na tym opiera sie zwiazek, a na
            wzajemnym zaufaniu i szacunku. Po prostu czas dojrzec, a nie zastanawiac
            sie, "czy jeszcze kiedys zdradze i czy uda mi sie to zachowac w tajemnicy".
            • Gość: lucki Re: rozkminiony IP: *.*.*.* 07.09.01, 13:12
              Gość portalu: jimmy napisał(a):

              No coz, chyba sobie popolemizujemy chwileczke jesli
              pozwolisz.

              > Gość portalu: lucki napisał(a):
              >
              > > Co do silnego charakteru to troche autor pytania
              > > przesadzil, o tym przekonywac chyba nie musze.
              Zawsze
              > > twierdzilem, ze natura ludzka jest ulomna i tych
              > > wszystkich, ktorzy z pewnoscia twierdza iz nie
              zdradza
              > > swoich partnerow pietnuje, gdyz nigdy nie wiadomo co
              > > moze w zyciu sie przydazyc. Czasami wystarczy
              chwila,
              > > emocja, czasami wystarczy lampka koniaku, kieliszek
              > > wina, a sytuacja zmienia sie diametralnie i hamulce
              > > emocjonalne puszczaja.
              >
              > Nie mowimy o hamulcach emocjonalnych a o uczuciu - to
              zazwyczaj nie pryska jak
              > banka mydlana, a jesli tak sie dzieje, to raczej marne
              to uczucie.

              Uczucie to tez emocja. Nawet najsilniejsze uczucie moze
              zostac wystawione na trudna probe. Rozumiem ulomnosc
              czlowieka do zachowan irracjonalnych takich jak zdrada
              (choc z biologicznego punktu widzenia zdrada nie jest
              irracjonalna, ale to szczegol). Nawet w bardzo silnym
              uczuciowo zwiazku moze nastapic chwila slabosci. Nie
              wytykajmy tego palcami, bo wszystkich nas moze to
              spotkac.

              >
              > >
              > > >
              > >
              > > Najglupsza rzecz jaka zrobiles. Szczerosc dzisiaj
              > > niestety nie jest w ogole w cenie, a w takich
              > > przypadkach nie byla w cenie nigdy. Kazdy, bez
              wzgledu
              > > na plec, czujac milosc do swojego partnera, jego
              zdrada
              > > bedzie oszukany, upokorzony. Nigdy wiec o takich
              > > niecnych wystepkach nie wolno mowic. To powinna byc
              > > Twoja tajemnica do konca Twych dni. Pomijajac fakt,
              ze
              > > zdrada to raczej niemoralne zachowanie, ktore jednak
              > > towarzyszy ludzkosci od dnia jej poczecia.
              >
              > Wiec jaki jest sens bycia razem i oklamywania sie? A
              jak Ty bys sie poczul, gdy
              > by
              > jednak, po latach wspolnego zycia, okazalo sie, ze
              partnerka kiedys Cie zdradzila?

              Malzenstwo to nic innego jak pewnego rodzaju spolka.
              Brutalne to ale i prawdziwe. To umiejetnosc godzenia sie
              na kompromisy, to tolerancja to wyrozumialosc w stosunku
              do niejednokrotnie glupich zachowan tej drugiej strony.
              W malzenstwie trzeba wazyc slowa. Zupelna szczerosc
              niestety nie poplaca, chyba ze jest sie zupelnie
              swietym. Czlowiek w swej konstrukcji mimo zapewnien o
              checi otrzymywania nawet hiobowych wiesci od swojego
              partnera, z reguly nie akceptuje tego tak swobodnie jak
              w chwili skladania tych obietnic. Z reguly takie
              wiadomosci wywieraja bardzo silne pietno i pomimo
              zapewnien o swojej sile charakteru partnerzy nie sa w
              stanie poniesc ciezarku nieodpowiedzialnosci tego
              partnera ktory zdradzil. W najlepszym badz razie
              dochodzi od bardzo powaznego zaburzenia wewnetrznych
              relacji miedzy malzonkami. Jako psycholog uwazam wiec,
              ze w zadnym razie nie nalezy o takich niecnych
              wystepkach informowac. Jak lekarz, ktory nie mowi
              swojemu pacjentowi, ze ma raka.

              > Z pewnoscia takie wyjscie oszczedziloby
              bolu M., lecz na miejscu
              > autora nie moglbym spojrzec w lustro. M. znajdzie
              sobie kogos (sory!) bardziej
              > wartosciowego, z pewnoscia na to zasluguje. Nie
              wszyscy zdradzaja.

              Ale coraz wieksza grupa. Nad spogladaniem w lustro
              trzeba sie zastanawiac przed zdrada, a nie po zdradzie.
              Po zdradzie trzeba sie zastanowic, co przyniesie wieksza
              korzysc partnerowi. Czy oszczedzenie mu opisow, czy
              wywalenie kawy na lawe w postaci uswiadomienia go jakimi
              to jestesmy macho i ile to kobiet przewinelo sie przez
              nasze lozko.


              >
              > > Wlasnie, niech bedzie nauczka, by zachowywac pewne
              > > intymne szczegoly swego zycia tylko dla samego
              siebie. I
              > > nie obnazac sie z nimi na pewno przed swoimi
              > > najblizszymi, a szczegolnie tymi, ktorych moze to w
              > > zasadniczy sposob dotknac.
              >
              > Jak wyzej - nieszczery zwiazek, to zaden zwiazek.

              Jak wyzej. Prawda czasami rani te osoby, ktorych nie
              powinna.


              >
              > Konkludujac - nie zgadzam sie z przedmowca. Na czym
              wobec tego, drodzy Panowie,
              >
              > chcecie budowac zwiazek? Na usprawiedliwieniach, ze
              zdrada wpisana jest w geny
              > mezczyzny? Bzdura! To byl zyciowy blad, ktorego mozna
              bylo uniknac, a za ktory
              > trzeba gorzko zaplacic, a nie jeszcze wychodzic na
              swoje i trzymac to w
              > tajemnicy. Wszystko zalezy od M., czy jest gotowa
              wybaczyc, ale nie macie prawa
              >
              > od niej wymagac, by byla oszukiwana, bo nie na tym
              opiera sie zwiazek, a na
              > wzajemnym zaufaniu i szacunku. Po prostu czas dojrzec,
              a nie zastanawiac
              > sie, "czy jeszcze kiedys zdradze i czy uda mi sie to
              zachowac w tajemnicy".

              Nie rozumiemy sie chyba. Ja uwazam, ze zdrada nie jest
              czyms dobrym. Ale uwazam, ze opowiadanie o zdradzie
              partnerowi (nawet wtedy, gdy sobie poprzysiegli mowienie
              calej prawdy) nie jest wlasciwe. Psychika czlowieka
              reaguje w zupelnie rozny sposob, gdy problem kogos nie
              dotyczy bezposrednio (czyli w chwili skladania sobie
              deklaracji zupelnej szczerosci), a zupelnie inaczej, gdy
              zostaje postawiona przed faktem dokonanym, ze taka
              czynnosc zaistniala.
              Konkludujac: mowienie o swych wystepkach jest brakiem
              taktu i brakiem szacunku dla partnera (w wiekszosci
              przypadkow - nie mowie o malzenstwach otwartych).

              Pozdrawiam
              • Gość: jimmy Re: rozkminiony IP: *.net.external.hp.com 07.09.01, 14:42
                Gość portalu: lucki napisał(a):

                > No coz, chyba sobie popolemizujemy chwileczke jesli
                > pozwolisz.

                Faktycznie, chyba popolemizujemy.

                > Uczucie to tez emocja. Nawet najsilniejsze uczucie moze
                > zostac wystawione na trudna probe. Rozumiem ulomnosc
                > czlowieka do zachowan irracjonalnych takich jak zdrada
                > (choc z biologicznego punktu widzenia zdrada nie jest
                > irracjonalna, ale to szczegol). Nawet w bardzo silnym
                > uczuciowo zwiazku moze nastapic chwila slabosci. Nie
                > wytykajmy tego palcami, bo wszystkich nas moze to
                > spotkac.
                >

                Uczucie jest tez swego rodzaju miernikiem - bylo slabe, jezeli nie stac Cie bylo
                na chlodny prysznic w imie milosci do partnerki.

                > Malzenstwo to nic innego jak pewnego rodzaju spolka.
                > Brutalne to ale i prawdziwe. To umiejetnosc godzenia sie
                > na kompromisy, to tolerancja to wyrozumialosc w stosunku
                > do niejednokrotnie glupich zachowan tej drugiej strony.
                > W malzenstwie trzeba wazyc slowa. Zupelna szczerosc
                > niestety nie poplaca, chyba ze jest sie zupelnie
                > swietym. Czlowiek w swej konstrukcji mimo zapewnien o
                > checi otrzymywania nawet hiobowych wiesci od swojego
                > partnera, z reguly nie akceptuje tego tak swobodnie jak
                > w chwili skladania tych obietnic. Z reguly takie
                > wiadomosci wywieraja bardzo silne pietno i pomimo
                > zapewnien o swojej sile charakteru partnerzy nie sa w
                > stanie poniesc ciezarku nieodpowiedzialnosci tego
                > partnera ktory zdradzil. W najlepszym badz razie
                > dochodzi od bardzo powaznego zaburzenia wewnetrznych
                > relacji miedzy malzonkami. Jako psycholog uwazam wiec,
                > ze w zadnym razie nie nalezy o takich niecnych
                > wystepkach informowac. Jak lekarz, ktory nie mowi
                > swojemu pacjentowi, ze ma raka.

                Oczywiscie, moze od razu spisywac intercyzy? Malzenstwo przede wszystkim opiera
                sie na uczuciu i wzajemnym zaufaniu. Sorry, ale smieszy mnie, jezeli mowisz mi,
                ze nie powinienem mowic o zdradzie w TROSCE O DOBRO PARTNERKI (?!?!?!).
                Partnerki? Rzeklbym raczej - w trosce o wlasne siedzenie! Bo to partnerka bedzie
                zyla w "blogiej" nieswiadomosci, a ukrywanie tego to zwykle wyrachowanie. Jezeli
                takie rzeczy mowi mi psycholog, to ja przepraszam - chyba pukam do niewlasciwych
                drzwi.

                > Ale coraz wieksza grupa. Nad spogladaniem w lustro
                > trzeba sie zastanawiac przed zdrada, a nie po zdradzie.
                > Po zdradzie trzeba sie zastanowic, co przyniesie wieksza
                > korzysc partnerowi. Czy oszczedzenie mu opisow, czy
                > wywalenie kawy na lawe w postaci uswiadomienia go jakimi
                > to jestesmy macho i ile to kobiet przewinelo sie przez
                > nasze lozko.

                Piszesz, jakby swiat dal ciche przyzwolenie na zdrady, a zwiazki byly wynikiem
                dzialan matematycznych, ograniczonych jakims marginesem bledu. O ile nie
                wyszlismy za margines (nie powiedzielismy partnerowi o zdradzie), to wszystko
                jest OK. DLA MNIE jest OK, znaczy sie. Po zdradzie to juz po ptokach! Kochasz -
                nie zdradzasz. Zdradziles - to TYLKO od drugiej osoby zalezy, czy Ci wybaczy, czy
                nie. Nie Tobie o tym decydowac. Ty zawiniles, Ty poniesiesz konsekwencje. Druga
                strona zadecyduje, czy jestes wart przebaczenia, czy nie. Ukrywanie tego jest
                skrajnym egoizmem, przyslonietym "dbaloscia o zwiazek", "zrozumieniem"
                i "miloscia". Smieszne. Rzeklbym - zalosne.

                > Jak wyzej. Prawda czasami rani te osoby, ktorych nie
                > powinna.

                O tym nalezalo pomyslec ZANIM do tego doszlo. Przeciez to oczywiste, ze zdrada
                uderza najbardziej w druga osobe. W ta, w ktora nie powinna.

                > Nie rozumiemy sie chyba. Ja uwazam, ze zdrada nie jest
                > czyms dobrym. Ale uwazam, ze opowiadanie o zdradzie
                > partnerowi (nawet wtedy, gdy sobie poprzysiegli mowienie
                > calej prawdy) nie jest wlasciwe. Psychika czlowieka
                > reaguje w zupelnie rozny sposob, gdy problem kogos nie
                > dotyczy bezposrednio (czyli w chwili skladania sobie
                > deklaracji zupelnej szczerosci), a zupelnie inaczej, gdy
                > zostaje postawiona przed faktem dokonanym, ze taka
                > czynnosc zaistniala.
                > Konkludujac: mowienie o swych wystepkach jest brakiem
                > taktu i brakiem szacunku dla partnera (w wiekszosci
                > przypadkow - nie mowie o malzenstwach otwartych).
                >
                > Pozdrawiam

                Przepraszam, ale usmialem sie z tego "szacunku dla partnera". W tym kontekscie to
                JEST smieszne.

                Rowniez pozdrawiam
                • Gość: lucki Re: rozkminiony IP: *.*.*.* 07.09.01, 16:35
                  Gość portalu: jimmy napisał(a):

                  No to polemizujemy dalej.


                  > Gość portalu: lucki napisał(a):
                  >

                  > Uczucie jest tez swego rodzaju miernikiem - bylo
                  slabe, jezeli nie stac Cie byl
                  > o
                  > na chlodny prysznic w imie milosci do partnerki.

                  Nie zgadzam sie. Czlowiek ma przyplywy chwil slabosci.
                  Tak bylo w przypadku biarirtza. Teraz tego bardzo
                  zaluje. Mowisz tak, jakbys byl pewny, ze zadna inna
                  kobieta nie bylaby w stanie uwiesc Cie. Zapewniam, ze
                  dalbys sie uwiesc. Pytanie tylko, jak dlugo ona
                  musialaby sie starac i jaka musialaby byc. I jakie inne
                  czynniki musialyby sie zlozyc na fakt, bys choc na
                  chwile zapomnial o swojej ukochanej osobie. To troche
                  jak z twierdzeniem o tym, ze sa ludzie nieprzekupni,
                  ktoremu z ktorym niestety nie moge sie zgodzic. Zawsze
                  jest tylko jedno pytanie? Za jaka cene moge danego
                  czlowieka przekupic. Swiat jest troszeczke bardziej
                  brutalny od Twoich idealistycznych wyobrazen. Niestety.

                  >
                  > > Malzenstwo to nic innego jak pewnego rodzaju spolka.
                  > > Brutalne to ale i prawdziwe. To umiejetnosc godzenia
                  sie
                  > > na kompromisy, to tolerancja to wyrozumialosc w
                  stosunku
                  > > do niejednokrotnie glupich zachowan tej drugiej
                  strony.
                  > > W malzenstwie trzeba wazyc slowa. Zupelna szczerosc
                  > > niestety nie poplaca, chyba ze jest sie zupelnie
                  > > swietym. Czlowiek w swej konstrukcji mimo zapewnien
                  o
                  > > checi otrzymywania nawet hiobowych wiesci od swojego
                  > > partnera, z reguly nie akceptuje tego tak swobodnie
                  jak
                  > > w chwili skladania tych obietnic. Z reguly takie
                  > > wiadomosci wywieraja bardzo silne pietno i pomimo
                  > > zapewnien o swojej sile charakteru partnerzy nie sa
                  w
                  > > stanie poniesc ciezarku nieodpowiedzialnosci tego
                  > > partnera ktory zdradzil. W najlepszym badz razie
                  > > dochodzi od bardzo powaznego zaburzenia wewnetrznych
                  > > relacji miedzy malzonkami. Jako psycholog uwazam
                  wiec,
                  > > ze w zadnym razie nie nalezy o takich niecnych
                  > > wystepkach informowac. Jak lekarz, ktory nie mowi
                  > > swojemu pacjentowi, ze ma raka.
                  >
                  > Oczywiscie, moze od razu spisywac intercyzy?

                  Moze i spisywac. Zauwaz, ze tylko w naszym kregu
                  kulturowym sa jakies dziwne obiekcje przed zawieraniem
                  intercyzy podczas zawierania zwiazku malzenskiego. W USA
                  czy w krajach Europy Zachodniej to standard. Raczej
                  dziwnym jest tam zawieranie malzenstw bez sporzadzania
                  aktu znoszacego wspolwlasnosc. Bo to oszczedza wielu
                  problemow, ktore moga zaistniec pozniej.


                  Malzenstwo przede wszystkim opiera
                  >
                  > sie na uczuciu i wzajemnym zaufaniu. Sorry, ale
                  smieszy mnie, jezeli mowisz mi,
                  >
                  > ze nie powinienem mowic o zdradzie w TROSCE O DOBRO
                  PARTNERKI (?!?!?!).
                  > Partnerki? Rzeklbym raczej - w trosce o wlasne
                  siedzenie!

                  Nie, nie masz racji. Zdecydowanie w trosce o dobro
                  partnerki. Ona juz i tak zostala skrzywdzona. Krzywdy
                  nie da sie naprawic opowiadajac o swoim niecnym
                  wystepku. Po co mowic? By uzyskac rozgrzeszenie? Nie,
                  skoro sie na taki krok zdecydowalo, to trzeba ponosic
                  konsekwencje tego czynu samodzielnie, a nie szukac
                  wspolczucia i rozgrzeszenia u partnerki.

                  Bo to partnerka bedzi
                  > e
                  > zyla w "blogiej" nieswiadomosci, a ukrywanie tego to
                  zwykle wyrachowanie.

                  Nie, ukrywanie to rozsadek, by z powodu wlasnej glupoty
                  nie niszczyc zycia drugiemu czlowiekowi.

                  Jezel
                  > i
                  > takie rzeczy mowi mi psycholog, to ja przepraszam -
                  chyba pukam do niewlasciwyc
                  > h
                  > drzwi.

                  No coz, rozumiem, ze bardziej nadawalbys sie ode mnie do
                  udzielania porad innym ludziom. Byc moze. Osad
                  pozostawiam innym forumowiczom.

                  >
                  > > Ale coraz wieksza grupa. Nad spogladaniem w lustro
                  > > trzeba sie zastanawiac przed zdrada, a nie po
                  zdradzie.
                  > > Po zdradzie trzeba sie zastanowic, co przyniesie
                  wieksza
                  > > korzysc partnerowi. Czy oszczedzenie mu opisow, czy
                  > > wywalenie kawy na lawe w postaci uswiadomienia go
                  jakimi
                  > > to jestesmy macho i ile to kobiet przewinelo sie
                  przez
                  > > nasze lozko.
                  >
                  > Piszesz, jakby swiat dal ciche przyzwolenie na zdrady,
                  a zwiazki byly wynikiem
                  > dzialan matematycznych,

                  Ten swiat jest niestety w ten sposob skonstruowany, ze
                  zdrady byly, sa i beda. A zwiazki sa wynikiem zycia
                  biologicznego i hormonalnego czlowieka. Rozsadek tylko
                  podpowiada, ktorego partnera wybrac. Choc i to nawet nie
                  dokonca, jesli zwazymy na role feromonow.

                  ograniczonych jakims
                  marginesem bledu. O ile nie
                  > wyszlismy za margines (nie powiedzielismy partnerowi o
                  zdradzie), to wszystko
                  > jest OK. DLA MNIE jest OK, znaczy sie. Po zdradzie to
                  juz po ptokach! Kochasz -
                  >
                  > nie zdradzasz. Zdradziles - to TYLKO od drugiej osoby
                  zalezy, czy Ci wybaczy, c
                  > zy
                  > nie. Nie Tobie o tym decydowac. Ty zawiniles, Ty
                  poniesiesz konsekwencje.

                  Zgadzam sie w pelni. To osoba zdradzajaca powinna
                  poniesc pelne konsekwencje. Ale Ty, nakazujac
                  powiedzenie prawdy, starasz sie w te konsekwencje ubrac
                  takze partnera "zdradzacza". Czy rozumiesz, ze ten
                  partner bedzie cierpial z powodu glupoty "zdraczacza"
                  najbadziej? A wcale nie musi, jesli wystepek nie
                  zostanie mu przedstawiony. Skrajna glupota jest pelna
                  szczerosc w tej materii. To skrajny brak szacunku dla
                  partnera, to ekshibicjonizm emocjonalny i brak
                  umiejetnosci samodzielnego poradzenia sobie z dosc duzym
                  problemem.

                  Druga
                  >
                  > strona zadecyduje, czy jestes wart przebaczenia, czy
                  nie. Ukrywanie tego jest
                  > skrajnym egoizmem, przyslonietym "dbaloscia o
                  zwiazek", "zrozumieniem"
                  > i "miloscia". Smieszne. Rzeklbym - zalosne.

                  To co napisalem wyzej. Infantylne jest ubieranie w
                  problem wspolmalzonka. Infantylne jest nakazywanie mu
                  cierpiec z powodu wlasnej glupoty, bezmyslnosci i
                  egoizmu. Ciekawe, czy gdyby Tobie przydarzyla sie taka
                  "lozkowa" historia bylbys na tyle szczery, by opowiadac
                  swojej partnerce o tym, ze zdradziles ja, a nawet jak
                  sam wczesniej podkresliles, ze Twoje uczucie nie jest
                  chyba na tyle mocne, skoro dales sie poniesc emocjom.
                  Zrozum, ze kazdy z nas ma chwile slabosci. Moze jeszcze
                  Twoja chwila nie nadeszla. Moze wartosci ktore zostaly
                  Tobie wpojone na razie dosc mocno Cie chronia przed
                  oddaniem sie zdradzie. Ale hipotetycznie zaloz, ze nagle
                  Twoja partnerka zaczyna cierpiec na dlugotrwala
                  ozieblosc plciowa. Twoja frustracja z tego powodu trwa
                  rok, dwa lata, ale jak dlugo mozna to znosic. Zalozmy,
                  ze terapia przynosi mizerne efekty, a Twoje libido jest
                  na tyle silne, ze kaze Ci rozladowywac napiecia. I co,
                  bedziesz sie masturbowal do konca zycia? Uwierz mi, ze
                  Ty tez mozesz stanac przed dylematem. Moze nie dzisiaj,
                  moze nie za rok tylko za 10 lat. Ale wydaje mi sie, ze
                  kazdy czlowiek z takim problemem sie spotyka, a
                  wiekszosc z nas pokusom ulega.

                  >
                  > > Jak wyzej. Prawda czasami rani te osoby, ktorych nie
                  > > powinna.
                  >
                  > O tym nalezalo pomyslec ZANIM do tego doszlo. Przeciez
                  to oczywiste, ze zdrada
                  > uderza najbardziej w druga osobe. W ta, w ktora nie
                  powinna.

                  A jeszcze bardziej rani wiklanie ja w te sprawy. Powiem
                  raz jeszcze: lekarze tez nie mowia swoim pacjentom, ze
                  maja raka.

                  >
                  > > Nie rozumiemy sie chyba. Ja uwazam, ze zdrada nie
                  jest
                  > > czyms dobrym. Ale uwazam, ze opowiadanie o zdradzie
                  > > partnerowi (nawet wtedy, gdy sobie poprzysiegli
                  mowienie
                  > > calej prawdy) nie jest wlasciwe. Psychika czlowieka
                  > > reaguje w zupelnie rozny sposob, gdy problem kogos
                  nie
                  > > dotyczy bezposrednio (czyli w chwili skladania sobie
                  > > deklaracji zupelnej szczerosci), a zupelnie inaczej,
                  gdy
                  > > zostaje postawiona przed faktem dokonanym, ze taka
                  > > czynnosc za
                  • Gość: jimmy Re: rozkminiony IP: 10.129.130.* / *.acn.pl 07.09.01, 23:33
                    Gość portalu: lucki napisał(a):
                    > No to polemizujemy dalej.

                    Niewatpliwie!

                    > Nie zgadzam sie. Czlowiek ma przyplywy chwil slabosci.
                    > Tak bylo w przypadku biarirtza. Teraz tego bardzo
                    > zaluje. Mowisz tak, jakbys byl pewny, ze zadna inna
                    > kobieta nie bylaby w stanie uwiesc Cie. Zapewniam, ze
                    > dalbys sie uwiesc. Pytanie tylko, jak dlugo ona
                    > musialaby sie starac i jaka musialaby byc. I jakie inne
                    > czynniki musialyby sie zlozyc na fakt, bys choc na
                    > chwile zapomnial o swojej ukochanej osobie. To troche
                    > jak z twierdzeniem o tym, ze sa ludzie nieprzekupni,
                    > ktoremu z ktorym niestety nie moge sie zgodzic. Zawsze
                    > jest tylko jedno pytanie? Za jaka cene moge danego
                    > czlowieka przekupic. Swiat jest troszeczke bardziej
                    > brutalny od Twoich idealistycznych wyobrazen. Niestety.

                    Slaboscia moge nazwac kupno rzeczy, na ktora normalnie bym sobie nie pozwolil.
                    Zjedzenie o jedno ciastko za duzo. Tu mowimy o czyms, co wazy na calym zyciu.
                    Rownie dobrze mozna to porownac do zabicia czlowieka - tez sie moze zdarzyc i tez
                    mozna to, w strachu przed reakcja innych, trzymac w tajemnicy. Takze uczciwe? A
                    jakie wygodne (szkoda, ze tylko dla zabojcy)!

                    > Moze i spisywac. Zauwaz, ze tylko w naszym kregu
                    > kulturowym sa jakies dziwne obiekcje przed zawieraniem
                    > intercyzy podczas zawierania zwiazku malzenskiego. W USA
                    > czy w krajach Europy Zachodniej to standard. Raczej
                    > dziwnym jest tam zawieranie malzenstw bez sporzadzania
                    > aktu znoszacego wspolwlasnosc. Bo to oszczedza wielu
                    > problemow, ktore moga zaistniec pozniej.

                    Nie porownujmy nas do Stanow, o ktorych mam dosc niskie mniemanie - tam nawet za
                    umycie nowonarodzonej corki mozna isc do pierdla za napastowanie. Mowimy o
                    CYWILIZOWANYCH krajach.

                    > Nie, nie masz racji. Zdecydowanie w trosce o dobro
                    > partnerki. Ona juz i tak zostala skrzywdzona. Krzywdy
                    > nie da sie naprawic opowiadajac o swoim niecnym
                    > wystepku. Po co mowic? By uzyskac rozgrzeszenie? Nie,
                    > skoro sie na taki krok zdecydowalo, to trzeba ponosic
                    > konsekwencje tego czynu samodzielnie, a nie szukac
                    > wspolczucia i rozgrzeszenia u partnerki.

                    Zostala skrzywdzona i ma prawo decydowac o tym, co zrobi. Zycie z oszustem, to
                    gowniane zycie - wybacz. Skoro jedno sie pojawilo, na jednym sie nie skonczy. Nie
                    mowie o kolejnych zdradach, ale mnostwie okazji do innych "bialych klamstewek".

                    > Nie, ukrywanie to rozsadek, by z powodu wlasnej glupoty
                    > nie niszczyc zycia drugiemu czlowiekowi.

                    Rozsadek to tez wyrachowanie. Ten czlowiek zasluguje na kogos, kto go NIE
                    zdradzi. Moze wiec niszczeniem zycia jest pozostanie przy osobie, ktora zdradzila?

                    > No coz, rozumiem, ze bardziej nadawalbys sie ode mnie do
                    > udzielania porad innym ludziom. Byc moze. Osad
                    > pozostawiam innym forumowiczom.

                    Tego nie powiedzialem, ale gleboko wierze w uczciwosc i sprawiedliwosc.
                    Przynajmniej ja staram sie taki byc. Brzydze sie klamstwem i jestem uczciwy wobec
                    siebie i innych. Po co laczysz sie z druga osoba - zeby odgrywac swietoszka,
                    ktorym nie jestes? Po co przed Bogiem i swiadkami slubujesz jej "wiernosc, milosc
                    i uczciwosc malzenska", patrzac jej przy tym prosto w oczy? Potem w zywe oczy
                    klamiesz, wyciagajac kamienie, na ktorych budowales zwiazek. Klamstwo ma krotkie
                    nogi, a wtedy dopiero zranisz partnerke. Poki co, M. jest mloda - ma czas znalezc
                    sobie kogos wartosciowego, kto bedzie ja kochal i szanowal. A Ty bys ja tej
                    szansy pozbawil, skazujac na towarzystwo kogos, kto mysli tylko o sobie ("oby sie
                    nie wydalo, bo ja strace, bo ja zranie"). Tak! Zranisz! I ona zadecyduje, czy
                    zechce z Toba zostac, czy poszuka sobie kogos bardziej wartosciowego. Ni cholery
                    nie moge sie w Twoim rozumowaniu doszukac altruizmu, lecz egoizm pierwszej
                    kategorii.

                    > Ten swiat jest niestety w ten sposob skonstruowany, ze
                    > zdrady byly, sa i beda. A zwiazki sa wynikiem zycia
                    > biologicznego i hormonalnego czlowieka. Rozsadek tylko
                    > podpowiada, ktorego partnera wybrac. Choc i to nawet nie
                    > dokonca, jesli zwazymy na role feromonow.

                    Coz, moze jestem idealista - ja od swojej partnerki wymagam wiernosci,
                    zakladajac, ze ona wymaga tego samego ode mnie. W koncu na tym polega miedzy
                    innymi bycie razem. Ty tymczasem podchodzisz do zwiazku bardzo
                    przedmiotowo: "umowa miedzyludzka...", "zdradzic, ale nie ranic partnera...". Czy
                    jest chociaz jakas swietosc, w ktora wierzysz?

                    > Zgadzam sie w pelni. To osoba zdradzajaca powinna
                    > poniesc pelne konsekwencje. Ale Ty, nakazujac
                    > powiedzenie prawdy, starasz sie w te konsekwencje ubrac
                    > takze partnera "zdradzacza". Czy rozumiesz, ze ten
                    > partner bedzie cierpial z powodu glupoty "zdraczacza"
                    > najbadziej? A wcale nie musi, jesli wystepek nie
                    > zostanie mu przedstawiony. Skrajna glupota jest pelna
                    > szczerosc w tej materii. To skrajny brak szacunku dla
                    > partnera, to ekshibicjonizm emocjonalny i brak
                    > umiejetnosci samodzielnego poradzenia sobie z dosc duzym
                    > problemem.

                    To jest zwykle KLAMSTWO. Glupota z punktu widzenia egoisty, odwaga, z punktu
                    widzenia drugiej strony, ktora ma prawo decydowac, czy zyc z nieuczciwym
                    czlowiekiem, czy nie. Ludzie po to sie wiaza ze soba, zeby razem przezyc zycie,
                    dzielic radosci, troski i zmartwienia, a nie zyc jedno obok drugiego, ale kazde z
                    osobna. Czy mozesz powiedziec, ze dobrze znasz osobe, ktora - delikatnie mowiac -
                    wstawia kit w zywe oczy? Ja bym takiej nie chcial znac. A skoro winowajca robi
                    wszystko, zeby druga strone omamic, to jest to pieprzone wyrachowanie i egoizm. I
                    NIC i NIKT mnie nie przekona, ze jest inaczej.

                    > To co napisalem wyzej. Infantylne jest ubieranie w
                    > problem wspolmalzonka. Infantylne jest nakazywanie mu
                    > cierpiec z powodu wlasnej glupoty, bezmyslnosci i
                    > egoizmu. Ciekawe, czy gdyby Tobie przydarzyla sie taka
                    > "lozkowa" historia bylbys na tyle szczery, by opowiadac
                    > swojej partnerce o tym, ze zdradziles ja, a nawet jak
                    > sam wczesniej podkresliles, ze Twoje uczucie nie jest
                    > chyba na tyle mocne, skoro dales sie poniesc emocjom.
                    > Zrozum, ze kazdy z nas ma chwile slabosci. Moze jeszcze
                    > Twoja chwila nie nadeszla. Moze wartosci ktore zostaly
                    > Tobie wpojone na razie dosc mocno Cie chronia przed
                    > oddaniem sie zdradzie. Ale hipotetycznie zaloz, ze nagle
                    > Twoja partnerka zaczyna cierpiec na dlugotrwala
                    > ozieblosc plciowa. Twoja frustracja z tego powodu trwa
                    > rok, dwa lata, ale jak dlugo mozna to znosic. Zalozmy,
                    > ze terapia przynosi mizerne efekty, a Twoje libido jest
                    > na tyle silne, ze kaze Ci rozladowywac napiecia. I co,
                    > bedziesz sie masturbowal do konca zycia? Uwierz mi, ze
                    > Ty tez mozesz stanac przed dylematem. Moze nie dzisiaj,
                    > moze nie za rok tylko za 10 lat. Ale wydaje mi sie, ze
                    > kazdy czlowiek z takim problemem sie spotyka, a
                    > wiekszosc z nas pokusom ulega.

                    Czlowiek po to zostal obdarowany umiejetnoscia mowienia, by ROZMAWIAC. Infantylne
                    jest ukrywanie rzeczy, ktorych nie powinno bylo sie zrobic. Nie powie Ci o swoim
                    wystepku dziecko, ktore ukradlo cukierka. Oznaka dojrzalosci jest prowadzenie
                    dialogu, wspolne rozwiazywanie problemow. A klamstwo, jakim raczysz partnera...?
                    Bez komentarza. Jezeli tak postepujesz, to wspolczuje. To jest dopiero infantylne.

                    > A jeszcze bardziej rani wiklanie ja w te sprawy. Powiem
                    > raz jeszcze: lekarze tez nie mowia swoim pacjentom, ze
                    > maja raka.

                    Kazdy kij ma dwa konce - takie zycie mozna przezyc w zalamaniu albo korzystajac
                    najlepiej, jak tylko mozna, z czasu, jaki nam pozostal. M. ma prawo korzystac z
                    zycia, bedac kochana przez dojrzalego, uczciwego faceta.

                    Tak mozemy w kolko - Ty masz swoje poglady i wedlug nich zyjesz. Ja mam swoje,
                    wedlug ktorych zyje. Zaczynamy powtar
                    • Gość: jimmy Re: rozkminiony IP: 10.129.130.* / *.acn.pl 07.09.01, 23:47
                      Ucielo mi wypowiedz, wiec dokoncze jedynie mysl: Zaczynamy powtarzac swoje
                      argumenty i tak mozemy w koleczko - Ty masz swoj swiat, ja mam swoj. Twoj swiat
                      mi nie pasuje, wiec nie probuj juz mnie do niego przekonywac, bo i tak Ci sie to
                      nie uda. Z mojej strony koniec dyskusji - pozwol, ze pozostane frajerem-
                      dinozaurem, ktory wierzy w szczerosc i uczciwosc.
          • Gość: rico Re: rozkminiony IP: 195.136.25.* 07.09.01, 12:56
            Zachowałeś się jak smarkaty nastolatek a nie dojrzały mężczyzna. Nie chodzi mi
            wcale o zdradę, bo to sie może zdarzyć naprawdę każdemu nawet w najbardziej
            kochającej się parze, ale feralnie zrobiłeś, że o wszystkim powiedziłeś
            kochanej osobie. To błąd nie do wybaczenia! Rzadko która kobieta wybaczy
            zdradę. W twoim wypadku tak właśnie jest. Pamiętaj na przyszłość, że takich
            rzeczy się nie gada naprawdę NIKOMU a już tym bardziej partnerce. Jeżeli
            przeżyłeś piękne chwile z inną kobietą to zostaw to wyłącznie w swej pamięci,
            żadnego chwalenia się przed kumplami, żadnej "spowiedzi" przed partnerką, bo
            ona cię nie rozgrzeszy a tylko poczuje się skrzywdzona. A to chyba nie jest dla
            nikogo miłe. Zrobiłeś poważny błąd i teraz za to musisz zapłacić odejściem
            kobiety i kacem moralnym. Przykro mi ale sam spaprałeś sobie życie.
              • Gość: Dave Re: rozkminiony IP: 195.117.238.* 07.09.01, 14:24
                Zgadzam sie, ze biaritz, nie powinien mowic partnerce o
                zdradzie, szczegolnie gdy byla to jednorazowa "wpadka".
                Chociaz wyznaje w zyciu staroceltycka zasade "Prawda
                przeciw swiatu".
                Uwazam tez, ze jesli zdradza sie kilkakrotnie, to czy
                sie o tym powie, czy nie to nic nie zmienia, bo i tak
                jest sie palantem (niezaleznie czy jest mezczyzna czy
                kobieta). W takim wypadku zadne argumenty, juz nie
                tlumacza zdrady.
                Pozatym uwazam, ze nawet w tym wypadku tlumaczenie
                zdrazy biaritz''a jest sliskie (bo czlowiek to nie
                krolik, ze ma tylko kwiknac na koncu). Pomimo apelu o
                nie oskarzanie, potepiam takie zachowanie (byc moze
                dlatego, ze Ja nigdy nie zdradzilem wiec nie potrafia
                zidentyfikowac sie z biaritz''em, a potepia sie wlasnie
                przez brak identyfikacji z osoba, ktora sie oskarza, bo
                kazdy z nas popelnia bledy i krzywdzi innych swiadomie
                badz nieswiadomie (o premedytacji nie wspomne).
                Czesc.
          • Gość: Anka Re: Do lucki IP: 10.1.10.* / 195.116.28.* 11.09.01, 13:26
            Rady od parady. Zawsze lepsza jest najgorsza prawda. Zrobił to niech ma odwagę
            powiedzieć i niech cierpi. Wcale nie jest mi szkoda naszego "bohatera".
            Muszę przyznać że nigdy nie zrobiłam żadnemu facetowi takiego świństwa jak
            zdrada. Jeżeli nie ma się ochoty na wierność i chce się być z kimś innym to
            kończy się znhajomość.
            Lucki , prawda zawsze wyjdzie na światło dzienne a wtedy nie ma litośći i
            miłości tym bardziej.
            Anka
    • Gość: Wit Re: dlaczego IP: *.*.*.* 07.09.01, 15:20
      Mysle, ze mimo wszystko dobrze o Tobie swiadcza wyrzuty sumienia, ktore Cie
      mecza. Nie znaczy to, ze Cie rozgrzeszam. Po jednym liscie trudno cos radzic,
      tym bardziej, ze nie jestem psychologiem. Wydaje mi się jednak, ze z M. to byla
      prawdziwa milosc, a E. to jest wakacyjna przygoda. Powinienes przeprosic M.,
      prosic ja o wybaczenie i przyrzec wiernosć. Na Twoja korzysc przemawia fakt, ze
      nie ukrywales tego i naprawde sie tym przejales. Moze Ci wybaczy. Jesli nie, to
      i tak daj sobie spokoj z E. Zawsze beda Cie dreczyc mysli, ze to przez nia
      straciles wspaniala dziewczyne (tak naprawde to jest Twoja wina).
      • Gość: biarritz Re: dlaczego IP: *.bydgoski.pl 07.09.01, 15:48
        "silny charakter" tak, to było raczej niefortunne sformułowanie. Używając tego
        określenia chciałem powiedzieć, że jestem bardzo stanowczy i uparty i że mam
        (miałem) zdecydowane poglądy, co czasem może zakrawać nawet o egoizm, z czego
        zdaje sobie sprawę.
        Ktoś powiedział, że zachowałem się jak 18-latek. I miał całkowitą rację, ale
        chcę właśnie wiedzieć DLACZEGO tak się zachowałem.
        pozdr
    • Gość: knockout Za bledy sie placi? IP: *.piekary.oho.com.pl 10.09.01, 16:07
      czesc,

      kiedys mialem podobna sytuacje (ale z kobieta o tym samym kolorze skory :)) i
      nie owijajac w bawelne powiedzialem o tym swojej stalej dziewczynie, z ktora
      jestem juz kupe (5 lat) czasu. I jak mi sie dobrze wydaje dobrze zrobilem.
      Ale z drugiej strony to co wielkiego sie stalo? Mala przygoda i to wszystko.
      Moja rada - albo idziesz na calosc i sie ''przyznajesz'' albo nie i wtedy dopada
      cie relatywizm moralny, nihilizm i inne izmy i zaczynasz sie wciagac, po czym
      zostajesz podrywaczem-erotomanem-donzuanem-itp. Ktora pastylke wybierasz?
      Czerwona czy niebieska :)
      • Gość: Yola Re: Knockout IP: *.plock.sdi.tpnet.pl 11.09.01, 09:02
        Piszesz, że to tylko "mała przygoda". A czy tak samo traktowałbys, gdyby to
        Twoja dziewczyna przyznała Ci się do takiej przygody z jakimś przystojnym
        Murzynem, Arabem czy innym ezgotycznym mężczyzną. Spróbuj Ją sobie wyobrazić w
        intymnej sytacji, jak ten obcy facet piesci ja, dotyka, całuje, głaszcze, jak
        doprowadza Ja do rozkoszy..... Czy to tez tylko przygoda ? Potrafiłbyś wybaczyć
        i żyć dalej, jakby nic się nie stało ?
        • Gość: lucki Re: Knockout IP: *.*.*.* 11.09.01, 09:19
          Zawsze proponowalem mojej ukochanej zonie, zeby sprobowala jak to jest z
          Murzynem. Ona zawsze fantazjuje na ten temat, ja natomiast posunalem sie dalej
          i zaproponowalem, ze zaakceptuje jej skok w bok dla sprawdzenia jak to jest z
          osobnikiem rasy czarnej. Ale ona nie moze sie zdecydowac. -----
          • Gość: ula Re: pytanie do luckiego IP: *.hartford-05rs.ct.dial-access.att.net 11.09.01, 10:55
            Gość portalu: lucki napisał(a):

            lucki podales troche wczesniej info ze jestes psychologiem i dlatego chcialabym
            ci zadac pytanie zakladajac ze poradnictwo malzenskie jest twoja specjalnoscia i
            przyjmujac zalozenie ze nie rekomendujesz szczerego przyznania sie do zdrady lecz
            jej ukrywanie.
            Pytanie brzmi - ile malzenstw, par, udalo ci sie uratowac stosujac twoja metode?
            I jaki te malzenstwa stanowia procent wszystkich zwiazkow przez ciebie leczonych.
            Nie ukrywam ze moim celem jest sprawdzenie skutecznosci twojej metody.
            pzdr
            u


            > Zawsze proponowalem mojej ukochanej zonie, zeby sprobowala jak to jest z
            > Murzynem. Ona zawsze fantazjuje na ten temat, ja natomiast posunalem sie dalej
            > i zaproponowalem, ze zaakceptuje jej skok w bok dla sprawdzenia jak to jest z
            > osobnikiem rasy czarnej. Ale ona nie moze sie zdecydowac. -----
            • Gość: lucki Re: pytanie do luckiego IP: *.*.*.* 11.09.01, 13:18
              Gość portalu: ula napisał(a):

              > Gość portalu: lucki napisał(a):
              >
              > lucki podales troche wczesniej info ze jestes psychologiem i dlatego chcialabym
              >
              > ci zadac pytanie zakladajac ze poradnictwo malzenskie jest twoja specjalnoscia
              > i
              > przyjmujac zalozenie ze nie rekomendujesz szczerego przyznania sie do zdrady le
              > cz
              > jej ukrywanie.
              > Pytanie brzmi - ile malzenstw, par, udalo ci sie uratowac stosujac twoja metode
              > ?
              > I jaki te malzenstwa stanowia procent wszystkich zwiazkow przez ciebie leczonyc
              > h.
              > Nie ukrywam ze moim celem jest sprawdzenie skutecznosci twojej metody.
              > pzdr
              > u
              >
              Ula, niestety nie prowadze statystyk. Jestem bardziej psychologiem rodzinnym niz
              malzenskim i nie zawsze moimi pacjentami (choc jak wole slowo Klientami) sa
              malzenstwa, choc i tacy klienci sie zdarzaja. Z reguly do gabinetu przychodza
              osoby pojedynczo, gdyz (co przykro przyznac) brak jest jeszcze w Polsce kultury
              wspolnego rozwiazywania rodzinnych problemow. Moja efektywnosc? Nie wiem, ale
              milo jest czasami wysluchac od swojego Klienta milych slow w dowod uznania za
              kilka cennych rad. Wyznaje raczej zasade, ze do wypracowania rad powinienem
              dochodzic wspolnie z Klientem, nie narzucajac mu swojej woli. Staram sie jego tok
              myslenia ujednolicic ze swoim. Owszem, czasami moje rady (ktore takze tutaj
              staram sie zupelnie luzno prezentowac) sa mocno ekscentryczne, ale poparte nie
              tylko wiedza natury psychologicznej, ale w szczegolnosci wiedza natury
              spolecznej. Nigdy nie poradzilbym Klientowi, by zaczal wprost opowiadac swojej
              partnerce czy partnerowi o zdradzie, gdyz wiem ze odsetek ludzi, ktorzy zniesliby
              ta szczerosc jest naprawde marginalny. Jesli moja rada w 3-5% okaze sie chybiona,
              zalicze to jako wypadek przy pracy. Generalnie 95% partnerow na taka wiesc
              reaguje w sposob latwy do przewidzenia, a mianowicie: rozstanie, ew. powazny
              kryzys i grozba rozstania. Dlatego nakazuje swoim Klientom ukrywanie tego typu
              informacji, chocby jako pokute dla wlasnego sumienia za zly postepek.---
          • Gość: Yola Re: Do Lucky IP: *.plock.sdi.tpnet.pl 11.09.01, 12:55
            Ale nie odpowiedziałeś na moje pytanie: co czujesz wyobrażając sobie Ją w
            konkretnych intymnych sytuacjach z innym facetem?
            Poza tym - fantazje ma każdy, ale to nie znaczy, że należy je wprowadzać w
            czyn, bo można tym kogos zranić. Jeżeli zrealizuje się jedną fantazję - to
            pojawiają się następne. Czy za każdym razem pozwolisz JEJ na ich spełnienie?
            • Gość: lucki Re: Do Lucky IP: *.*.*.* 11.09.01, 13:06
              Gość portalu: Yola napisał(a):

              > Ale nie odpowiedziałeś na moje pytanie: co czujesz wyobrażając sobie Ją w
              > konkretnych intymnych sytuacjach z innym facetem?
              > Poza tym - fantazje ma każdy, ale to nie znaczy, że należy je wprowadzać w
              > czyn, bo można tym kogos zranić. Jeżeli zrealizuje się jedną fantazję - to
              > pojawiają się następne. Czy za każdym razem pozwolisz JEJ na ich spełnienie?

              Odpowiadam wiec na Twoje pytanie: czuje wielkie podniecenie.
              Czy za kazdym razem pozwolilbym jej na ich spelnienie?: w mojej obecnosci tak, w
              przypadku braku mojej obecnosci nie, gdyz mogloby to doprowadzic do nieswiadomego
              (z jej strony) zaangazowania emocjonalnego. Inne fantazje oczywiscie tez moglaby
              realizowac, chyba ze graniczylyby z dobrym smakiem i bylyby wbrew prawu.---
        • Gość: knockout Re: Knockout IP: *.piekary.oho.com.pl 13.09.01, 22:38
          czesc,
          takie ''momenty'' na pewno nie sa latwe do wyobrazenia
          ani strawienia. Ale pojawia sie pytanie: co da mi
          rozpatrywanie w te i we wte takiej ''hipotetycznej''
          sytuacji poza tzw. kwur@$%@$#% sie? Nic. Wiec nawet
          jesli taki fakt zaistnieje (mam nadzieje, ze nie) to
          napewno nie bede sie dopytywal ''jak bylo'' ani
          rozpamietywal latami. Nie powiem, ze trzeba przejsc do
          porzadku dziennego, ale bez przesady. Jesli to byl seks
          bez wiekszych pozniejszych (emocjonalnych i
          uczuciowych) konsekwencji, to trudno. Druga sprawa -
          nie chcesz chyba zebym przykladal dwie miarki do tych
          samych czynow polepnionych przez dwie rozne osoby?
    • Gość: nimfa Re: dlaczego IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 11.09.01, 01:45
      Jak ja zdradzilam milosc swojego zycia, to postanowilam nic mu nie mowic, zeby
      nie zadawac mu bolu. Udlawilam sie ta swoja tajemnica. Kwestia winy wyzarla mi
      dusze. Tony lez, kilometry wierszy. Koszmar. Rozpierdolilam tym milczeniem
      zwiazek. Tak jak ty rozstalam sie ze swoim M., lecz co jakis czas sie widzimy i
      drże na jego widok. Nawet probowalismy wrocic, tyle ze jego rana jest zbyt
      gleboka, a moje poczucie winy zbyt mocne, po zatym czas mija, ludzie sie
      zmieniaja. I tak jak ty utrzymywalam kontkat z moim E. I tak lawirowalam miedzy
      jednym a drugim, raniac siebie i ich. Tez mialm dni gapienia sie w sufit, puste
      noce, krzyk serca. Lecz zrozumialam, ze starego nie wroce, moze byc tylko nowe
      ( ale sprobowalam - tez mozesz, ale czy umiesz sobie wybaczyc?), i zblirzylam
      sie do E. Tyle, ze ja bylam z nim szczera, az do bólu. I on wiedzial o moich
      uczuciach do M. Z czasem kontakty sie zaciesnily i ludzie sie do siebie
      zblizyli, moze narodzi sie nawet milosc (co jest procesem dlugofalowym). Do
      Ciebie: zamykanie sie w pokoju i rozpacz to masochizm, nie pomagasz tak ani
      sobie ani im. Wyjdz z czterech scian do ludzi. Pojedz do M. i obsyp ja
      radosciami swiata ( tylko nie rozpamietujcie tego co bylo, bo to nie ma sensu,
      skupcie sie na budowaniu nowego), albo zacznij rozgladac sie za innymi, moze
      ktoras okaze sie interesujaca. Nie zamykaj sie. Nowe uczucie moze sie zrodzic,
      to kwestia czasu i CHECI. Nie zadreczaj sie, bo to nie uleczy duszy. Cierpienie
      moze wzbogacic tylko sztuke, ale czy warto? Sprobuj zyc. Eskapizm w butelke
      jest zwodniczy, lepszy jest eskapizm w innego czlowieka. Sprobuj z kimkolwiek.
      W kazdym razie COS ZROB!!!!
    • Gość: Yola Re: Do Biarritz IP: *.plock.sdi.tpnet.pl 11.09.01, 13:06
      Oceny Twojego postepowania były rózne. Ja skłaniam się do tych, które traktują
      Ciebie jako osobę nieodpowiedzialną. A to właśnie dlatego, że przyznałeś się M.
      do tego, co zrobiłeś. Po prostu zrzuciłeś na Nią cała odpowiedzialność -
      kazałes JEJ podjąć decyzje, co do dalszej WASZEJ przyszłości. Odeszła: chyba
      bardzo dobrze zrobiła, tym bardziej, że... nie widzę w twoim obecnym
      postępowaniu ani odrobiny skruchy, ani żalu, że Ją zdradziłeś. A co więcej -
      nadal utrzymujesz kontakty z E !
      W ten sposób utrzymujesz Ja tylko w przeświadczeniu, że jej decyzja odejścia od
      Ciebie była prawidłowa, a Twoja znajomość z E. nie była jednorazową przygodą
      tylko czymś więcej.
      Powinieneś sam sobie odpowiedziec na pytanie CZY TY W OÓLE KOGOŚ KOCHASZ !
      Chciałbyś mieć i M. i E. - niestety, tak się nie da!
      A przy tym nie robisz nic, aby odzyskac zaufanie M.
      I jakich Ty porad oczekujesz ?????
      • Gość: kwieto JEJU jak wy Pieprzycie! IP: *.cza.warszawa.supermedia.pl 11.09.01, 14:11
        Moze to brutalne, ale tak to wyglada... Zastanawiacie sie czy to sluszne, ze
        powiedzial, czy nie, zamiast zajac sie na prawde problemem. Lucky, jesli
        rzeczywiscie jestes psychologiem, to wybacz, ale bede uciekal od Twoich porad,
        chocby na kraniec swiata! (podobno wiekszosc psychologow studiuje na tym
        kierunku, bo ma problemy ze soba samym?)

        No ale do rzeczy:
        Biarritz - troche nie chce wierzyc w Twoje wywody, bo z jednej strony piszesz,
        ze jestes introwertykiem, a z drugiej strony, ze spedzasz duzo czasu z
        kumplami, itp. Albo ze jestes osoba zdecydowana i uparta (konsekwentna?), ale
        zanim powiedziales M. co zrobiles czules sie co najmniej zagubiony (tak wynika
        z posta), albo ze jestes dojrzaly, a zachowujesz sie jak gowniarz.

        No ale jesli jest to prawda to:
        Jesli kochales M., to dlaczego poszedles do luzka z E.?? Nie wiem jak Ty, ale
        ja po prostu nie potrafilbym zrobic czegos takiego. Po prostu nie potrafie
        pojsc z dziewczyna do lozka "dla sportu", chocby wygladala na 11 w 10 punktowej
        skali. Wasza znajomosc trwala pol godziny - albo to byla "milosc od pierwszego
        wejrzenia", albo po prostu miales ochote "zaliczyc panienke". I nie wmawiaj mi,
        ze to sie stalo samo, a Ty nie chciales. Jesli to byla milosc od pierwszego
        wejrzenia, wtedy po prostu powinienes delikatnie zakonczyc zwiazek z M. Wiem ze
        to trudne, i krzywdzi taka osobe, ale (caly czas zakladam, ze nie tylko
        przeleciales E., ale sie w niej zakochales) tylko takie wyjscie jest sensowne.

        Zaznaczam - nie wykluczam, ze ktos moze zdradzic ukochana, ale zakladam, ze
        robi to dlatego, ze zakochal sie w tej drugiej. W kazdym innym przypadku jest
        to po prostu seks dla sportu, i dla takiego zachowania nie ma usprawiedliwienia.

        Wnioski:
        Albo nie kochales tak na prawde M.
        Albo jestes po prostu gowniazem (sorry, ale inaczej tego nie potrafie okreslic)
        Albo zakochales sie w E. od pierwszego wejrzenia (wtedy powinienes zrozumiec,
        ze odejscie od M. to byl jedyny sposob na - brzydko mowiac "zalatwienie
        problemu"

        Jestes na tyle inteligentny, ze zalapales, ze cala sytuacja wynikla przez
        Ciebie, wiec zastanow sie doberze DLACZEGO TAK NA PRAWDE poszedles do lozka z
        E., i wyciagnij odpowiednie wnioski...
        • Gość: lucki Re: Moim zdaniem to Ty pieprzysz bez sensu IP: *.*.*.* 11.09.01, 15:00
          Gość portalu: kwieto napisał(a):

          > Moze to brutalne, ale tak to wyglada... Zastanawiacie sie czy to sluszne, ze
          > powiedzial, czy nie, zamiast zajac sie na prawde problemem. Lucky, jesli
          > rzeczywiscie jestes psychologiem, to wybacz, ale bede uciekal od Twoich porad,
          > chocby na kraniec swiata! (podobno wiekszosc psychologow studiuje na tym
          > kierunku, bo ma problemy ze soba samym?)

          Na razie na brak Klientow nie narzekam, wiec pozwolisz ze nie przejme sie Twoim
          stwierdzeniem, ze bedziesz uciekal ode mnie na koniec swiata.
          Mysle, ze wielu psychologow ma problemy ze soba, bo uswiadamiaja sobie rzeczy,
          ktore dla prawnika, slusarza, piekarza, kierowcy, bankiera sa niepojete, bo
          dostrzegaja zachowania, ktore innym z pozoru wydaja sie prostymi. Tak wlasnie
          widzisz zachowanie Biaritza Ty. Zdradzil i ukamienowac go. A inni, ktorzy
          zastanawiaja sie nad mechanizmami jego czynu, determinantami warunkujacymi jego
          zachowanie, zwyczajnie dla Ciebie pieprza.

          >
          > No ale do rzeczy:
          > Biarritz - troche nie chce wierzyc w Twoje wywody, bo z jednej strony piszesz,
          > ze jestes introwertykiem, a z drugiej strony, ze spedzasz duzo czasu z
          > kumplami, itp. Albo ze jestes osoba zdecydowana i uparta (konsekwentna?), ale
          > zanim powiedziales M. co zrobiles czules sie co najmniej zagubiony (tak wynika
          > z posta), albo ze jestes dojrzaly, a zachowujesz sie jak gowniarz.
          >
          > No ale jesli jest to prawda to:
          > Jesli kochales M., to dlaczego poszedles do luzka z E.?? Nie wiem jak Ty, ale
          > ja po prostu nie potrafilbym zrobic czegos takiego. Po prostu nie potrafie
          > pojsc z dziewczyna do lozka "dla sportu", chocby wygladala na 11 w 10 punktowej
          >
          > skali.

          Widac jestes idealnym czlowiekiem, ktory nie ma chwil slabosci w swoim zyciu.
          Tyko pogratulowac. Jesli mielibysmy tak chlubnych przykladow wiecej na swiecie,
          pewnie nie byloby problemow. A ja z mila checia przetestowalbym Twoje morale, np.
          po 5 piwach w towarzystwie milych dziewczat, ktore prowokacyjnie staralyby sie
          nakusic Cie do zdrady. Ciekawy bylbym wtedy Twoich reakcji. I walk wewnetrznych,
          ktore musialbys staczac ze swoim drugim ja.


          Wasza znajomosc trwala pol godziny - albo to byla "milosc od pierwszego
          > wejrzenia", albo po prostu miales ochote "zaliczyc panienke". I nie wmawiaj mi,
          >
          > ze to sie stalo samo, a Ty nie chciales. Jesli to byla milosc od pierwszego
          > wejrzenia, wtedy po prostu powinienes delikatnie zakonczyc zwiazek z M. Wiem ze
          >
          > to trudne, i krzywdzi taka osobe, ale (caly czas zakladam, ze nie tylko
          > przeleciales E., ale sie w niej zakochales) tylko takie wyjscie jest sensowne.
          >
          > Zaznaczam - nie wykluczam, ze ktos moze zdradzic ukochana, ale zakladam, ze
          > robi to dlatego, ze zakochal sie w tej drugiej. W kazdym innym przypadku jest
          > to po prostu seks dla sportu, i dla takiego zachowania nie ma usprawiedliwienia
          > .
          >
          > Wnioski:
          > Albo nie kochales tak na prawde M.
          > Albo jestes po prostu gowniazem (sorry, ale inaczej tego nie potrafie okreslic)
          > Albo zakochales sie w E. od pierwszego wejrzenia (wtedy powinienes zrozumiec,
          > ze odejscie od M. to byl jedyny sposob na - brzydko mowiac "zalatwienie
          > problemu"

          Brawo, co za zdiagnozowanie problemu. Rozumiem przez to, ze Ty nigdy nie
          wyrzadziles przez swoja zwykla glupote krzywdy nikomu innemu. Jestes stworzony na
          boskie podobienstwo i Twoja nieskazitelnosc jest nie do podwazenia. A nie
          myslisz, ze autor mial po prostu moze chwile zwatpienia w milosc, moze sie upil,
          moze pomimo swojej wielkiej milosci do M. odkryl nature samca zdobywcy. Moglbym
          Ci jeszcze wyliczac dziesiatki przypadkow dla ktorych sie zachowal tak a nie
          inaczej. Spojrz prosze na swiat i zobacz, ze jest on troszeczke bardziej
          skomplikowany niz Tobie sie wydaje. A zdrada nie tylko jest warunkowana glupota
          osoby ktora sie tego dopuszcza. Czasami los sam rezyseruje nasze zycie. A pozniej
          tego zalujemy.


          >
          > Jestes na tyle inteligentny, ze zalapales, ze cala sytuacja wynikla przez
          > Ciebie, wiec zastanow sie doberze DLACZEGO TAK NA PRAWDE poszedles do lozka z
          > E., i wyciagnij odpowiednie wnioski...

          PO co ma sie zastanawiac, skoro Ty juz mu przedstawiles trzy sluszne przyczyny.
          On powinien tylko wybrac jedna z nich.

          Biaritz, nie przejmuj sie. Oni wszyscy sa swieci, dopoki naprawde nie wyjdzie na
          swiatlo dzienne ich toksycznosc. Wszyscy nie zdradzaja, nie bija zon, chodza do
          kosciola i sa przykladnymi mezami. A pozniej okazuje sie ze: dziecko wagaruje,
          albo jest narkomanem, zona szuka pocieszenia w ramionach innego, bo tym
          wspanialym facetom wydawalo sie, ze przeciez to oni maja monopol na wspanialosc,
          na wiedze, na nieomylnosc. Oni wspaniale postepowali, bo nie zdradzali. Tylko nie
          zauwazali, ze: nie zajmowali sie domem, wychowaniem dzieci etc.etc. Wystarczy, ze
          powstrzymali sie od zdrady.


          Pozdrawiam
          • Gość: kwieto Re: Moim zdaniem to Ty pieprzysz bez sensu IP: *.cza.warszawa.supermedia.pl 11.09.01, 15:37
            Wybacz lucki, ale mnie kompletnie nie zrozumiales...

            Nigdzie nie powiedzialem, ze jestem swietym, nieprawdaz?
            Nigdzie nie powiedzialem, ze nie mam chwil slabosci, nieprawdaz?

            Powieszialem tylko, ze nie poszedlbym do lozka z panna dla samego seksu, a w
            kazdym razie nie w momencie, kiedy mialbym "oficjalna" dziewczyne.

            Co do 5 piw i kilku "milych" dziewczyn - co prawda uwazam, ze traktujesz w tym
            momencie kobiety instrumentalnie, jako sex-maszyny - ale dobrze! Powiedz tylko
            kiedy i gdzie ten eksperyment ma sie odbyc, jestem do dyspozycji.
            • Gość: ula Re: do biarritz, luckiego i innych zainteresowanych IP: *.hartford-06-07rs.ct.dial-access.att.net 12.09.01, 04:31
              a ja mam wrazenie ze biarritz ciagle nie uzyskal odpowiedzi lub przynajmniej
              jej proby na nurtujace go pytanie...cytuje: "Czy takie postępowanie może byc
              spowodowane oziebłością uczuciową wyniesiona z domu, czy może przyczyna tkwi
              raczej we mnie. Jeśli tak, to gdzie?!" Wlasnie gdzie? Dlaczego nikt nie zwrocil
              uwagi na te ozieblosc? Jak do tej pory ocenialiscie lub usprawiedliwialiscie
              jego zachowanie a nikt nie postaral sie zanalizowac i scharakteryzowac jego
              wewnetrznego swiata i przyczyn jego sklonnosci do niewiernosci/jednorazowej
              slabosci? - ja sklaniam sie raczej do stwierdzenia ze to jest trwala cecha jego
              nieuswiadomionego ego uksztaltowana przez ? nie wiem przez co? I do tego ta
              ozieblosc oraz, jak sie wyrazil sam, upartosci w pogladach/mysleniu - to tez o
              czyms swiadczy - lucky a moze ty masz cos na ten temat do powiedzenia?
              jimmy(wybacz jesli przekrecilam twoj nick) jestem ciekawa twojego zdania
              rowniez - tak jak i wszystkich pozostalych
              pzdr
              u
              • Gość: lucki Re: do biarritz, luckiego i innych zainteresowanych IP: *.*.*.* 12.09.01, 09:41
                Wobec tak krotkiego i lakonicznego opisu Biaritza (choc niektorym moze sie
                wydawac ow opis pelnym szczegolow) nie podejmuje sie oceny takich zachowan.
                Przyczyny moga byc bardzo rozne: surowe wychowanie w domu, brak wzorcow do
                nasladowania w rodzinie (albo zle wzorce), kompleksy etc. etc. Bez spotkania z
                taka osoba nigdy nie podjalbym sie wystawienia notki wskazujacej na
                bezposrednia przyczyne takiego wystepku.------
                • Gość: Bona Eeeeeeeeeeee........... IP: *.zgora.dialog.net.pl 12.09.01, 23:39
                  Może to tylo burza w szklance wody? Która bierze się z przyjęcia postaw
                  ekstremalnych, bez żadnych stanów pośrednich. Sorry za bardzo dosadne
                  określenie tematu - ale to jest "robienie z dupy ołtarza". Nie bądżcie wszyscy
                  tacy niezłomni w deklaracjach, bo założę się, że większość z Was w podobnej
                  sytuacji postąpiłaby podobnie, tylko efekty byłyby zróżnicowane. Miejcie trochę
                  świadomości tego, skąd biorą się nasze wzorce kulturowe. Bądżcie na tyle
                  dojrzali, żeby je rozumieć i stosować świadomie. Wierność została wymyślona z
                  pewnych przyczyn praktycznych i stąd pochodzą postawy moralne. I dobrze, bo
                  taka ich rola. Ale mając trochę tej świadomości można chyba podejść do nich
                  racjonalnie. Jeśli ktoś kogoś zdradził, czy naprawdę aż tak istotny
                  jest "bilans ilościowy"? Jeśli związek dwojga ludzi jest związkiem prawdziwie
                  głębokim, opartym na wzajemnym zrozumieniu, szacunku, tolerancji i czym tam
                  jeszcze - a najważniejsze: na miłości - to jedna zdrada ma go pogrzebać? Nie
                  znaczy to, że popieram zdradę. Chociaż bardzo dobrze rozumiem problem z obu
                  stron. A gdzie empatia i wybaczenie? Czyż i tym nie jest miłość? Jakby zdradzał
                  tylko w myślach, to już byłoby dobrze?
                  • Gość: kaja Re: Eeeeeeeeeeee........... IP: 192.168.1.* / *.slp.pl 13.09.01, 12:10
                    Gość portalu: Bona napisał(a):

                    >Jeśli związek dwojga ludzi jest związkiem prawdziwie
                    > głębokim, opartym na wzajemnym zrozumieniu, szacunku, tolerancji i czym tam
                    > jeszcze - a najważniejsze: na miłości - to jedna zdrada ma go pogrzebać? Nie
                    > znaczy to, że popieram zdradę. Chociaż bardzo dobrze rozumiem problem z obu
                    > stron. A gdzie empatia i wybaczenie?

                    Myślę, że masz rację. Poza tym dużo łatwiej jest teoretyzować, a trudniej jest
                    być osobą bezpośrednio zainteresowaną w sytuacji zdrady. A taka sytuacja właśnie
                    mnie dotknęła - mój mąż zdradził mnie z przypadkowo spotkaną dziewczyną, sytuacja
                    bardzo podobna do tej, którą opisuje Biarritz, z tą różnicą, że mąż mi o tym nie
                    powiedział. Ale i tak się dowiedziałam, a on się przyznał.
                    Oczywiście moją reakcją był gniew, żal, wściekłość i inne uczucia, których nawet
                    nie potrafię nazwać. Ale czy to jedno zdarzenie ma całkowicie przekreślić
                    wszystko, co nas do tej pory łączyło? Jesteśmy razem 10 lat. Nasz związek
                    przetrwał wiele trudnych chwil i z jak narazie każde z takich doświadczeń nasz
                    związek umacniało i w ostatecznym efekcie wychodziło nam na dobre.
                    Nie jest mi łatwo (sprawa jest, że tak powiem, "z ostatniej chwili"), ale staram
                    się wybaczyć - zobaczymy czy mi się uda, mam nadzieję, że tak. Podkreślam, że nie
                    robię tego ze względów materialnych - finansowo jestem niezależna - ale dlatego,
                    że,jak napisałaś, związek oparty na "wzajemnym zrozumieniu, szacunku, tolerancji
                    i czym tam jeszcze - a najważniejsze: na miłości" opiera się jeszcze na jednej
                    rzeczy: na umiejętności wybaczania.
                    Tak mi się w każdym razie wydaje.
                    Pozdrawiam.

              • Gość: jimmy Re: do biarritz, luckiego i innych zainteresowanych IP: 10.129.130.* / *.acn.pl 12.09.01, 23:31
                Gość portalu: ula napisał(a):

                > a ja mam wrazenie ze biarritz ciagle nie uzyskal odpowiedzi lub przynajmniej
                > jej proby na nurtujace go pytanie...cytuje: "Czy takie postępowanie może byc
                > spowodowane oziebłością uczuciową wyniesiona z domu, czy może przyczyna tkwi
                > raczej we mnie. Jeśli tak, to gdzie?!" Wlasnie gdzie? Dlaczego nikt nie zwrocil
                >
                > uwagi na te ozieblosc? Jak do tej pory ocenialiscie lub usprawiedliwialiscie
                > jego zachowanie a nikt nie postaral sie zanalizowac i scharakteryzowac jego
                > wewnetrznego swiata i przyczyn jego sklonnosci do niewiernosci/jednorazowej
                > slabosci? - ja sklaniam sie raczej do stwierdzenia ze to jest trwala cecha jego
                >
                > nieuswiadomionego ego uksztaltowana przez ? nie wiem przez co? I do tego ta
                > ozieblosc oraz, jak sie wyrazil sam, upartosci w pogladach/mysleniu - to tez o
                > czyms swiadczy - lucky a moze ty masz cos na ten temat do powiedzenia?
                > jimmy(wybacz jesli przekrecilam twoj nick) jestem ciekawa twojego zdania
                > rowniez - tak jak i wszystkich pozostalych
                > pzdr
                > u
                >

                Hmmmm... Podzielam zdanie Kwieto - gdzie jest uczucie, nie ma zdrady, gdzie jest
                zdrada - nie ma uczucia. Przynajmniej tego uczucia przed wielkie "U". Problem
                wydaje mi sie prostszy, niz jest w rzeczywistosci - zamiast drazyc glebie
                osobowosci, moze po prostu zalozyc, ze sie jeszcze nie dojrzalo do powaznych
                zwiazkow. Rozni ludzie dojrzewaja do tego w roznym wieku, niektorzy w ogole.
                Niewatpliwie roznie sie od Lucky''ego. Coz, ja nie dalbym dotknac nikomu kobiety,
                ktora kocham, nawet w imie jej zachcianek. Jezeli takie sa, sa sprzeczne z moimi,
                a to rodzi konflikty. "Milosc" znaczy patrzec razem w tym samym kierunku - jezeli
                nasze oczekiwania rozmijaja sie, uczucie przeminie, bo kazdy bedzie dazyl do
                czego innego. To jest kwestia poszukiwan - szukasz, az znajdziesz kogos, kto ma w
                zyciu te same cele. Jezeli widze pokuse - odwracam glowe, w imie uczucia, ktorym
                darze Najwspanialsza Osobe na Swiecie. Wedlug mnie zdrada jest oznaka
                niedojrzalosci lub checi zakonczenia zwiazku.

                Do Lucky''ego - pliz, daruj sobie komentarze, schodza na psy.
                • Gość: ula Re: do biarritz, luckiego i innych zainteresowanych IP: *.hartford-06-07rs.ct.dial-access.att.net 13.09.01, 06:01
                  jimmy, Twoje poglady sa bardzo bliskie moim wlasnym, i ja tez nie rozumiem jak
                  mozna mowic o milosci jednoczesnie kogos zdradzajac. A do tego twierdzic ze tak
                  naprawde nic sie nie stalo oraz nawolywac do traktowania zdrady/zdradzajacych z
                  empatia. A gdzie jest empatia zdradzajacego do zdradzanego, ktorego swiat zostal
                  nagle wywrocony do gory nogam, przeciez postawa typu eeee..... przesadzacie,to
                  tylko zdrada, trzeba ja wybaczyc jesli sie kocha, swiadczy o zupelnym jej braku
                  Przeciez nawet jesli dwie osoby mieszkaja ze soba tylko jako roommates, bez
                  powiazan emocjonalnych, z czysto praktycznych wzgledow, to tez ustalaja pewne
                  zasady wspolzycia biorac pod uwage dobro obojga i staraja sie ich przestrzegac.
                  Wiec nawet jesli wiernosc i wylacznosc seksualno/emocjonalna jest tylko umowa to
                  nalezaloby jej dotrzymac a jesli sie do tego nie dojrzalo to lepiej sie w pore
                  wycofac i zyc samemu, a nie narazac kogos na utrate zaufania i emocjonalny
                  galimatias.
                  pzdr,ula




                  Gość portalu: jimmy napisał(a):

                  > Gość portalu: ula napisał(a):
                  >
                  > > a ja mam wrazenie ze biarritz ciagle nie uzyskal odpowiedzi lub przynajmni
                  > ej
                  > > jej proby na nurtujace go pytanie...cytuje: "Czy takie postępowanie może b
                  > yc
                  > > spowodowane oziebłością uczuciową wyniesiona z domu, czy może przyczyna tk
                  > wi
                  > > raczej we mnie. Jeśli tak, to gdzie?!" Wlasnie gdzie? Dlaczego nikt nie zw
                  > rocil
                  > >
                  > > uwagi na te ozieblosc? Jak do tej pory ocenialiscie lub usprawiedliwialisc
                  > ie
                  > > jego zachowanie a nikt nie postaral sie zanalizowac i scharakteryzowac jeg
                  > o
                  > > wewnetrznego swiata i przyczyn jego sklonnosci do niewiernosci/jednorazowe
                  > j
                  > > slabosci? - ja sklaniam sie raczej do stwierdzenia ze to jest trwala cecha
                  > jego
                  > >
                  > > nieuswiadomionego ego uksztaltowana przez ? nie wiem przez co? I do tego t
                  > a
                  > > ozieblosc oraz, jak sie wyrazil sam, upartosci w pogladach/mysleniu - to t
                  > ez o
                  > > czyms swiadczy - lucky a moze ty masz cos na ten temat do powiedzenia?
                  > > jimmy(wybacz jesli przekrecilam twoj nick) jestem ciekawa twojego zdania
                  > > rowniez - tak jak i wszystkich pozostalych
                  > > pzdr
                  > > u
                  > >
                  >
                  > Hmmmm... Podzielam zdanie Kwieto - gdzie jest uczucie, nie ma zdrady, gdzie jes
                  > t
                  > zdrada - nie ma uczucia. Przynajmniej tego uczucia przed wielkie "U". Problem
                  > wydaje mi sie prostszy, niz jest w rzeczywistosci - zamiast drazyc glebie
                  > osobowosci, moze po prostu zalozyc, ze sie jeszcze nie dojrzalo do powaznych
                  > zwiazkow. Rozni ludzie dojrzewaja do tego w roznym wieku, niektorzy w ogole.
                  > Niewatpliwie roznie sie od Lucky''''ego. Coz, ja nie dalbym dotknac nikomu kobiet
                  > y,
                  > ktora kocham, nawet w imie jej zachcianek. Jezeli takie sa, sa sprzeczne z moim
                  > i,
                  > a to rodzi konflikty. "Milosc" znaczy patrzec razem w tym samym kierunku - jeze
                  > li
                  > nasze oczekiwania rozmijaja sie, uczucie przeminie, bo kazdy bedzie dazyl do
                  > czego innego. To jest kwestia poszukiwan - szukasz, az znajdziesz kogos, kto ma
                  > w
                  > zyciu te same cele. Jezeli widze pokuse - odwracam glowe, w imie uczucia, ktory
                  > m
                  > darze Najwspanialsza Osobe na Swiecie. Wedlug mnie zdrada jest oznaka
                  > niedojrzalosci lub checi zakonczenia zwiazku.
                  >
                  > Do Lucky''''ego - pliz, daruj sobie komentarze, schodza na psy.

                  • Gość: kwieto. Re: do biarritz, luckiego i innych zainteresowanych IP: *.cza.warszawa.supermedia.pl 13.09.01, 11:00
                    Lucki, powiem po prostu... zycia nie znasz...

                    Widzisz - ja na przyklad protestuje przeciwko zdradzie, mowie o milosci itd.,
                    ale np. wiem, ze jestem w stanie kochac dwie kobiety jednoczesnie i nie czuc,
                    ze zdradzam ktoras z nich, albo byc w zwiazku wylacznie dla seksu (o ile druga
                    osoba zaakceptuje, ze nie bedziemy sie angazowac emocjonalnie)

                    Mimo wszystko - dla mnie jest roznica pomiedzy kochaniem dwoch kobiet w tym
                    samym czasie, a pojsciem do lozka z jakas panienka, "z przyczyn wlasciwie
                    niezaleznych od siebie" jak to gdzies ujales.... Czyli uwazasz, ze jesli pojde
                    do lozka z jakas seksbomba, bo byla pelnia a ja mialem na sobie czerwone
                    skarpetki, juz mnie usprawiedliwia, trzeba mnie zrozumiec, ze "jestem
                    czlowiekiem ulomnym", a jedyna zasada jakiej powinienem sie trzymac, to "nie
                    mowic o tym tej pierwszej"???

                    Moze w Twoim pojeciu jestem "niedojrzalym idealista", ale zdecydowanie wole
                    swoja "niedojrzalosc" od Twojej "dojrzalosci"

                    Czy przypadkiem nie mylisz dojrzalosci z egoizmem i brakiem szacunku/olewactwem
                    do innych (partnerow)?

                    Acha, tylko dodam, zeby nie bylo nieporozumien. Celowo zdrade okreslilem
                    jako "pojscie do lozka", dla lepszego zrozumienia. Zeby potem nie bylo
                    argumentow, ze pojscie do lozka to niekoniecznie zdrada, itp.
                • Gość: kika Re: do biarritz, luckiego i innych zainteresowanych IP: 195.164.13.* 13.09.01, 11:30
                  Stanowczo się nie zgadzam, że zdrada to koniec miłości.Gdyby tak było sprawy
                  były by dużo łatwiejsze . Nasz bohater nie miałby oczym rozmawiać z M. Po
                  prostu powiedziałby "Złotko już cię nie kocham".Ci któży myślą że zdradzić =
                  niekochać , są pewnie bardzo młodzi bo tylko wtedy miłość jest tak wspaniale
                  jednoznaczna. Po latach szarego życia , kłopotów małych i dużych , prawie każdy
                  ma wielką ochotę żeby znów mieć 16 lat i być zakochanym. To strasznie
                  kuszące!!! Czy to nie piękne być zakochanym?!!!Każda zdrada ma też swoje
                  przyczyny w jakimś braku w kontaktach ze "zdradzonym". Jeśli nowa "miłość" to
                  rekompensuje...Ale nie zgadzam się że nie wolno mówić o swojej zdradzie. To
                  jedyny prognostyk naprawy istniejącego związku, symptom tego że chcemy coś
                  zmienić , że chcemy ten stary związek kontynuować, że jeszcze w wierzymy ,że
                  możemy być razem. Oczywiście to się może nie udać;bo druga strona niezechce
                  wybaczyć, nie będziemy umieli znaleźć , zbudować nowych relacji ze starym
                  partnerem itp.itd. Próbować trzeba i warto jeśli kochamy(choć zdradziliśmy).
                    • Gość: orzeszek Re: Do Kiki i Kaji IP: *.gazeta.pl 13.09.01, 14:28
                      Popieram w calej rozciaglosci! Milosc jest czyms wiecej niz przyjemnym stanem
                      posiadania. Jesli rzeczywiscie istnieje, nie poddaje sie wydumanym (czy
                      odziedziczonym po przodkach) zasadom wiernosci/niewiernoasci. Zadna logika nie
                      moze wplynac na stan uczuc. Twierdzenie "zdradziles mnie wiec juz Cie nie
                      kocham" jest absurdalne. Ci tzw idealisci (ktorzy tak ochoczo wyznaczaja ramy
                      uczucia przez duze U) zatrzymuja sie w pol drogi, radze odswiezyc pamiec i
                      przeczytac jeszcze raz Piesn nad Piesniami.
                      Kaju, do Ciebie pare slow: sama trzy lata temu wadzilam sie z ogromna zloscia,
                      zalem, bezsilnoscia, brakiem sensu itd, itp. Wtedy czulam, ze moja milosc do
                      czlowieka, ktory mnie zdradzil umiera, ze umiera cos we mnie. Schudlam 10 liko
                      i chodzac w goraczce usilowalam decydowac za czym pojsc: za przysiega,
                      wsciekloscia, wartosciami jakie wyznaje, miloscia (ogromna, ktora konala i na
                      nowo sie odradzala kazdego dnia!). W moim przypadku (w przypadku mojego faceta)
                      to nie byl jednorazowy skok w bok, to bylo uczucie (zreszta ze wzajemnoscia do
                      bardzo bliskiej mi osoby-dodatkowy bol). Musialam w koncu pogodzic sie ze soba,
                      z nim i z nia, bo nie umiem i nie chce nienawidzic. Zapewniam, ze niczego z
                      siebie nie poswiecilam na zadnym oltarzu, nie jestem typem cierpietnicy ani
                      swieta. A jednak moja milosc trwa, bo to milosc. Kocham czlowieka, takim jaki
                      on jest i jestesmy razem juz 13 lat.
                      Jestem myslami z Toba, bo w masie postow pretendujacych do objawiania na
                      forum "lepszej wiary" w nienaruszalne zasady, Twoj byl dla mnie bliski, pelnej
                      prawdziwego zaangazowania i nieklamanego uczucia.
                      Wszystkim opowiadajacym o prawdziwej dojrzalosci polecam doglebne przemyslenie
                      takiej oto kwestii: na ile dojrzala i odpowiedzialna osoba jest ta, ktora
                      konstatujac, ze jej wybranek zdradzil ja i tym samym wystawil na wielka probe
                      (np slabe ego, poczucie wlasnej wartosci, lojalnosc, tolerancje i co jeszcze
                      chcecie) podejmuje przynajmniej staranie o to, zeby sprostac wymogom sytuacji,
                      a nie zabiera zabawki i idzie do domu, jak pewnie byloby latwiej. I dodam, ze
                      robi to dla siebie glownie, bo kocha tego osobnika i widzi w nim czlowieka, a
                      nie eksponat do podziwiania, taki co to nigdy z niczym nie wyskoczy.
                      Ciekawa jestem Kaju i Kiki waszych pogladow na temat tego czym jest prawdziwe
                      uczucie, pozdrawiam
                      • Gość: kika odpowiedz na odpowiedzi IP: 195.164.13.* 13.09.01, 15:00
                        Nie znajduję się w stanie zwycięstwa nad tym co się stało.Boli jak jasna
                        cholera, że nie byłam tą jedyną, ale Kaju miła, wiem to napewno że chciałam
                        wiedzieć i że dobrze że wiem. Samokrytycznie przyznaję , ze przez 15 lat
                        sądziłam że jestem połówką jabłka a on drugą. Dziś wiem że jestem osobnym
                        człowiekiem , mam prawo wymagać ale też muszę myśleć o "swojej połówce" jak o
                        osobnym człowieku a nie o przedłużeniu mnie samej.Nie wiem czy moje staranie
                        teraz , zastąpi staranie przedtem. Nie usprawiedliwiam jego zdrady , ale wiem
                        że nie jestem bez winy. Staram się "odciąć" od uczuć które mną miotają i
                        budować a nie burzyć , ale bywają dni gdy brak zaufania, ambicja , zraniona
                        miłość własna podpowiadają , żeby to wszystko rzucić . Wtedy pada z jego strony
                        jakieś słowo czy gest , który mnie powstrzymuje. Myślę patrząc jak je kanapkę ,
                        że nie mogłabym być z nikim innym. To chyba miłość!!! Będę próbować jak długo
                        tak będę czuć i jak długo On będzie ze mną "współpracował".
                        • Gość: kaja Re: odpowiedz na odpowiedzi IP: 192.168.1.* / *.slp.pl 14.09.01, 09:20
                          Dziękuję Ci za Twój post. Myślę, że czuję się podobnie jak Ty. Kocham mojego
                          faceta i on mnie też (wbrew temu, co piszą niektóre osoby na tym forum - że
                          osoba, która zdradziła, nie kocha). Wiem, że on żałuje tego, co się stało.
                          Oboje chcemy, żeby było znów tak jak dawniej. A właściwie nie tak jak dawniej,
                          bo tak już nie będzie, będzie inaczej. Ale "inaczej" może znaczyć "lepiej".
                          To nie jest łatwe. Uczucia, które są we mnie - gniew, żal, zazdrość, urażona
                          duma pomieszane z miłością - tworzą taką mieszankę wybuchową, że cudem chyba
                          jeszcze mnie nie rozsadziły. Ale i tak to wolę niż chwile, które się zdarzają,
                          że czuję już tylko obrażoną obojętność.---------Wiem, że ludzie popełniają
                          błędy tylko dlatego, że są ludźmi właśnie.Wiem, że w innej sytuacji może to ja
                          popełniłabym ten błąd.
                          Pozdrawiam Cię, Kika i życzę Wam powodzenia w odbudowaniu tego, co zostało
                          zburzone.
                      • Gość: Kaja Re: Do Kiki i Kaji IP: 192.168.1.* / *.slp.pl 14.09.01, 08:59
                        Gość portalu: orzeszek napisał(a):

                        > Popieram w calej rozciaglosci! Milosc jest czyms wiecej niz przyjemnym stanem
                        > posiadania. Jesli rzeczywiscie istnieje, nie poddaje sie wydumanym (czy
                        > odziedziczonym po przodkach) zasadom wiernosci/niewiernoasci. Zadna logika nie
                        > moze wplynac na stan uczuc. Twierdzenie "zdradziles mnie wiec juz Cie nie
                        > kocham" jest absurdalne. Ci tzw idealisci (ktorzy tak ochoczo wyznaczaja ramy
                        > uczucia przez duze U) zatrzymuja sie w pol drogi, radze odswiezyc pamiec i
                        > przeczytac jeszcze raz Piesn nad Piesniami.
                        > Kaju, do Ciebie pare slow: sama trzy lata temu wadzilam sie z ogromna zloscia,
                        > zalem, bezsilnoscia, brakiem sensu itd, itp. Wtedy czulam, ze moja milosc do
                        > czlowieka, ktory mnie zdradzil umiera, ze umiera cos we mnie. Schudlam 10 liko
                        >
                        > i chodzac w goraczce usilowalam decydowac za czym pojsc: za przysiega,
                        > wsciekloscia, wartosciami jakie wyznaje, miloscia (ogromna, ktora konala i na
                        > nowo sie odradzala kazdego dnia!). W moim przypadku (w przypadku mojego faceta)
                        >
                        > to nie byl jednorazowy skok w bok, to bylo uczucie (zreszta ze wzajemnoscia do
                        > bardzo bliskiej mi osoby-dodatkowy bol). Musialam w koncu pogodzic sie ze soba,
                        >
                        > z nim i z nia, bo nie umiem i nie chce nienawidzic. Zapewniam, ze niczego z
                        > siebie nie poswiecilam na zadnym oltarzu, nie jestem typem cierpietnicy ani
                        > swieta. A jednak moja milosc trwa, bo to milosc. Kocham czlowieka, takim jaki
                        > on jest i jestesmy razem juz 13 lat.
                        > Jestem myslami z Toba, bo w masie postow pretendujacych do objawiania na
                        > forum "lepszej wiary" w nienaruszalne zasady, Twoj byl dla mnie bliski, pelnej
                        > prawdziwego zaangazowania i nieklamanego uczucia.
                        > Wszystkim opowiadajacym o prawdziwej dojrzalosci polecam doglebne przemyslenie
                        > takiej oto kwestii: na ile dojrzala i odpowiedzialna osoba jest ta, ktora
                        > konstatujac, ze jej wybranek zdradzil ja i tym samym wystawil na wielka probe
                        > (np slabe ego, poczucie wlasnej wartosci, lojalnosc, tolerancje i co jeszcze
                        > chcecie) podejmuje przynajmniej staranie o to, zeby sprostac wymogom sytuacji,
                        > a nie zabiera zabawki i idzie do domu, jak pewnie byloby latwiej. I dodam, ze
                        > robi to dla siebie glownie, bo kocha tego osobnika i widzi w nim czlowieka, a
                        > nie eksponat do podziwiania, taki co to nigdy z niczym nie wyskoczy.
                        > Ciekawa jestem Kaju i Kiki waszych pogladow na temat tego czym jest prawdziwe
                        > uczucie, pozdrawiam

                        Myślę, że takiej sytuacji, o której piszesz, ja bym nie zniosła i wątpię, czy
                        potrafiłabym wybaczyć. Ale podziwiam Cię, Orzeszku, za siłę twojej miłości. Masz
                        rację, że prawdziwa miłość to nie tylko branie, to też dawanie. Łatwo jest kochać
                        wtedy, gdy wszystko układa się świetnie ale myślę, że sprawdzianem miłości jest
                        właśnie tego typu trudna sytuacja.-----------Nie twierdzę, że OBOWIĄZKIEM osoby
                        zdradzonej jest wybaczyć. Ale jej prawem jest walka - z samym sobą - o to, co do
                        tej pory było najważniejsze.------------Z tego, co piszesz, wynika, że dałaś
                        sobie radę z tym, co Cię spotkało i że twoja miłość nadal twa - podziwiam Cię za
                        to i życzę Ci szczęścia.
                        Pozdrawiam

    • Gość: Maur Re: dlaczego IP: *.chello.pl 13.09.01, 20:32
      Gość portalu: biarritz napisał(a):

      > Szanowny Panie Doktorze, właściwie nie wiem, czy to co teraz powiem jest dla
      > Pana czy może bardziej dla psychoanalityka. Proszę o radę, gdyz coraz częściej
      > myślę o tym żeby skonsultować się ze specjalistą.
      >
      > Mam 24 lata, super pracę, dużo podróżuje z dziewczyną, kolegami ale raz na
      > jakiś czas musze od wszystkiego odpocząć i wyjechać gdzieś sam. (informacja
      > ważna później)
      > Od dwóch lat spotykałem się z dziewczyną, którą kocham. (ładna, zgrabna,
      > inteligentna - jednym słowem "ty to masz gościu szczęście" - takie były
      > najczęściej reakcje kolegów) Nie jest to jakaś pierwsza szczenięca miłość,
      > miałem wcześniej różne wzloty i upadki i (wydaje mi się) ze jestem już dojrzały
      >
      > emocjonalnie. Nasze wspólne plany sięgały już bardzo daleko, mieszkanie w
      > przeciągu najbliższych 6 m-cy, zaręczyny slub itp. M. była najważniejszą osobą
      > w moim zyciu, ze względu na trudną sytuację w moim domu rodzinnym, nie raz
      > podtrzymywała mnie na duchu i wyciągała psychicznych dołów.
      > Jestem raczej introwertykiem i tak jak mówiłem muszę czasem pobyć sam, więc
      > najpierw pojechaliśmy z M. w góry a potem postanowiłem spędzić tak jak co roku
      > sam 2 tygodnie tym razem we Francji. Nie był to pierwszy mój samotny wyjazd
      > odkąd byłem z M. także nie przeczuwałem nic złego. Dzwoniliśmy do siebie prawie
      >
      > codziennie, list, kilka kartek, tak jak zakochani mają w zwyczaju...
      > Już we Francji czasami z nowopoznanymi kolegami z hotelu siadaliśmy sobie w
      > kąciku dla palaczy przy recepcji i obserwowaliśmy wchodzące i wychodzące
      > dziewczyny i kobiety komentując i oceniając tak jak to faceci mają w zwyczaju,
      > nie po chamsku, nie wulgarnie, tylko raczej dyskretnie, dla żartu i zabicia
      > czasu. Któregoś dnia wprowadziły się 4 ciemnoskóre dziewczyny. Od razu jednej z
      >
      > nich przyznaliśmy 10 w naszej 10-punktowej skali i mianowaliśmy ją miss hotelu.
      >
      > Po załatwieniu formalności w recepcji dziewczyny uśmiechnęły się do nas (mi
      > wydawało sie oczywiście, że najładniejsza tylko do mnie i poszły sobie do
      > pokojów)
      > Następnego dnia siedziałem w palarni tylko z jednym kolegą. Nasza "miss" (od
      > tej pory E.) zeszła schodami i usiadła 0,5 cm ode mnie pomimo, ze cała kanapa
      > była wolna, prosząc o papierosa i promiennie się uśmiechając. Chociaż nie
      > jestem nowicjuszem jeśli chodzi o stosunki damsko męskie trochę sie speszyłem,
      > tym bardziej ze kolega niejednoznacznie się uśmiechnął pokazując dyskretnie
      > głową na E. Po poczęstowaniu i wymianie kilku zdawkowych uprzejmości zeszła
      > reszta kolegów i wyszliśmy do miasta (bez E. oczywiście) - cała sytuacja trwała
      >
      > może 2 minuty.
      > Minęły 4 dni na byczeniu się na plaży i robieniu niczego. Przedostatniego dnia,
      >
      > leżąc nad oceanem i nie wiedząc już co ze sobą zrobić podniosłem się żeby kupić
      >
      > coś do picia. Wtedy ktoś mnie zawołał, odwróciłem się, to była E. ze swoimi
      > koleżankami. Dosiadły się do nas. Kiedy wróciłem, chciałem wysmarować się
      > kremem, bo żar lał się z nieba. Z miejsca zaoferowała się E. już na sam widok
      > olejka. Po wysmarowaniu mi pleców, co z zewnątrz musiało wyglądać raczej jak
      > masaż erotyczny sądząc po szerokich oczach i minach kolegów, E. stwierdziła, że
      >
      > chce za to buzi... Znalezienie się w pokoju i "przypieczętowanie" półgodzinnej
      > znajomości zajęło nam około 20 minut. Muszę przyznać, że nigdy nie było mi tak
      > dobrze z kobietą, to było zupełnie coś nowego. Wstając rano popatrzyliśmy się
      > na siebie trochę zawstydzeni i skrępowani i w tym samym momencie
      > stwierdziliśmy, że taka sytuacja zdarzyła nam się pierwszy raz w życiu. (co w
      > moim przypadku było prawdą, jak się później okazało w jej też, mimo, że jej
      > umiejętności raczej mówiły coś innego) Po południu E. spytała się czy w Polsce
      > się z kimś spotykam. Kłamiąc jej w żywe oczy stwierdziłem, że oczywiście nie,
      > co bardzo ja ucieszyło przytulając się do mnie jeszcze mocniej. Powoli
      > zaczynałem mieć moralnego kaca i zdawać sobie sprawę z tego co zrobiłem. Z
      > jednej strony moja fascynacja E. tłumiła jeszcze wyrzuty, ale z drugiej strony
      > nie byłem juz w stanie myślec o niczym innym jak o tym jak bardzo skrzywdziłem
      > M. Następne 3 dni spędzone w pociągu były najgorszymi dniami w moim zyciu.
      > Paląc prawie 3 paczki papierosów dziennie i pijąc jedynie czasem wodę
      > odchodziłem od zmysłow na myśl o spotkaniu z M. i spojrzeniu jej w oczy. Myślę
      > że ważną informacją w tym momencie będzie ta, że z M. zawsze wszystko sobie
      > mówiliśmy i nawet kiedyś hipotetycznie założyliśmy że taka sytuacja nas spotka
      > (zdrada) i wtedy bezwzględnie sobie o tym powiemy. Razem z M. należymy do osób
      > o silnych charakterach i zdecydowanych osobowościach odrzucających wszelkie
      > półprawdy, także dla mnie w pociągu było oczywistym, że musze się przyznać,
      > jednak świadomość tego sprawiała, że chodziłem półprzytomny ze strachu,
      > zdenerwowania i rozpaczy.
      > M. po pierwszych moich słowach przez telefon po powrocie zapytała czy coś się
      > stało, na co ja odpowiedziałem ze ściśniętym gardłem że musimy porozmawiać. W
      > sytuacjach zagrożenia można powiedzieć, że zakładam maskę obojętności i
      > absolutnie nie widać po mojej twarzy tego co się we mnie dzieje, co dodatkowo
      > zraniło M. kiedy beznamiętnym tonem wszystko jej opowiedziałem, mimo, że w
      > środku rozdzierała mnie rozpacz, bezsilność i wściekłość na samego siebie).
      > Od ponad 2 miesięcy nie spotykamy się, schudłem 6 kilo, palę ponad 2 paczki
      > papierosów dziennie (wcześniej 1 na miesiąc), po przyjściu z pracy leżę na
      > łóżku gapiąc się godzinami w okno i w sufit, coraz częściej sięgam po alkohol.
      > Całkowicie zdaje sobie sprawę tego, że bezpowrotnie skrzywdziłem najdroższą mi
      > osobę. Jednak najbardziej przeraża mnie myśl, czy jeśli będę w przyszłości
      > jeszcze w stanie z kimś związać, (podobno wszystkie rany się goją:() to czy
      > taka sytuacja moze sie powtórzyć?
      > Czy takie postępowanie może byc spowodowane oziembłością uczuciową wyniesiona z
      >
      > domu, czy może przyczyna tkwi raczej we mnie. Jeśli tak, to gdzie?! Od momentu
      > w którym spotykałem się z pierwszą dziewczyną do tego feralnego wyjazdu zawsze
      > powtarzałem kolegom, którzy zdradzali swoje partnerki, że nigdy nie byłbym w
      > stanie zrobić czegoś takiego. Cała moja filozofia prysła jednak w przeciągu pół
      >
      > godziny przy całkowicie nieznanej mi osobie. Chciałem też powiedzieć, że
      > (oczywiście nie chce wyjśc na bufona)zawsze miałem powodzenie u kobiet i
      > sytuacja w której kobieta niejednoznacznie i dosyć bezpośrednio daje mi do
      > zrozumienia że jest mną zainteresowana nie zdarzyła mi się po raz pierwszy.
      > jednak do tej pory bez problemu potrafiłem z czyms takim sobie poradzić.
      > Panie Doktorze, proszę mi powiedzieć czy mam iść z tym do specjalisty, czy może
      >
      > wyolbrzymiam problem...
      > pozdrawiam
      > ps.
      > Z E. cały czas utrzymuję kontakt, spotykamy się raz na 3-4 tygodnie. E. nic nie
      >
      > wie o M. Najprawdopodobniej wyprowadzę się do Francji, jednak tak jak mówiłem
      > przeraża mnie myśl, że będę w stanie powtórzyć taki "numer" lecz nie wiem czy
      > byłbym to w stanie drugi raz przetrzymać...

      Jestem ... pod wrazeniem

      Biarritz, nie rozumiem. Chetnie spytalbym sie >dlaczego<, ale sam powiedziales,
      ze sie nad tym zastanawiasz. To moze spytam sie o cos innego, czego chcesz teraz?
      M, czy E?
      Nie wiem jak to jest z taka zdrada, ale powiedz mi, dlaczego nadal spotykasz sie
      z E, a jednoczesnie oczywiste jest to, ze cala ta sytuacja ma na ciebie
      destrukcyjny wplyw. No wiec, dlac
      • Gość: Bona Re: dlaczego IP: *.zgora.dialog.net.pl 13.09.01, 21:43
        Gość portalu: Maur napisał(a):

        To moze spytam sie o cos innego, czego chcesz teraz?
        > M, czy E?
        > Nie wiem jak to jest z taka zdrada, ale powiedz mi, dlaczego nadal spotykasz si
        > e
        > z E, a jednoczesnie oczywiste jest to, ze cala ta sytuacja ma na ciebie
        > destrukcyjny wplyw. No wiec, dlac

        Tak sobie teorytezujemy, a chyba to jest sedno problemu.
        Zatem - dlaczego Biarritz podtrzymuje związek z E? A już właściwie zdecydował, że
        jednak M (prawie postanowił, że przeprowadza się do Francji). Dla mnie to znaczy,
        że nie potrafi kochać dwu kobiet jednocześnie, lub one obie (jednocześnie) nie
        potrafią zaakceptować "dzielenia się " mężczyzną. Albo jedno i drugie. I nic
        dziwnego, bo w naszym kręgu kulturowym nie jest to przyjęte i z tego powodu
        takie "zjawiska" są unikalne - a w tym wypadku chyba niemożliwe. Cóż, nie ma więc
        sensu pytać dlaczego i pochłaniać hektolitry alkoholu. Taką metodą konflikt sam
        się rozwiąże, bo Biarritz sam się wykończy. Jeszcze raz proponuję zweryfikować
        najpierw własną postawę, oraz samoocenę i po pogodzeniu się z faktami coś
        postanowić. A skoro już chyba postanowione, skierować enrgię na znalezienie
        takiego sposobu rozzstania z jedną z pań, żeby przyniosło to pierwszemu związkowi
        jak najmniej szkód przy rozstaniu i jak najmniej rzutowało na nowy. Czyli -
        trzeba znależć tzw. mniejsze zło. Pzdr!

        • Gość: kwieto Re: dlaczego IP: *.ipartners.pl 14.09.01, 20:25
          I to jest wlasnie jakies rozwiazanie. Watek zszedl na temat zdrady, bo na pytanie
          "Dlaczego" ktore zadal Biarritz nie jest w stanie tak na prawde nikt odpowiedziec, poza
          nim samym. Tyle ze zamiast "wypijac hektolitry alkoholu i palic 2 paczki dziennie"
          musialby sie zastanowic nad samym soba, zweryfikowac poglady o sobie samym...

          Wroce jeszcze na chwile do zdrady - odsylam do watku "zdrada nie ma o czym mowic!".
          Mowicie, ze dojrzala osoba wybacza zdrade, bo nie zaprzepasci milosci w imie jednego
          skoku w bok. Problem tylko w tym, ze zdrada nie pojawia sie sama z siebie, jest efektem
          wzajemnych niedomowien, niezrozumienia dwojga. No i dojrzala osoba rozwiaze te
          problemy zanim one przerodza sie w zdrade - wiec jej nigdy nie bedzie! I nie dlatego, ze
          to "niemoralne", czy niewlasciwe, tylko dlatego, ze taka potrzeba nigdy sie nie pojawi...
          Moze to idealistyczne, ale da sie. Moze za czesto chcielibysmy, aby milosc byla caly czas
          podniecajaca, piekna, zmyslowa itd., a nie zauwazamy tego, ze milosc to rowniez pranie
          skarpetek, gotowanie obiadow, siedzenie w pracy by miec z czego utrzymac dom...
          Problem tylko jak utrzymac te dwie strony milosci w rownowadze. Ja osobiscie znam
          takich, ktorym ta sztuka sie udaje. Przebywam z takimi ludzmi, i dlatego dla mnie
          naturalne jest, ze zdrada nie ma prawa zaistniec - bo nie ma ku temu zwyczajnie
          powodow.

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka