Ponieważ lada dzień aparat stanie się wspomnieniem, chciałam napisać moje
krótkie wspomnienie z okresu leczenia, którego niestety nie wspominam dobrze.
Od drzwi do drzwi dziwnych ortodontów, a potem z deszczu pod rynnę... ale sami
przeczytacie. Ku przestrodze.
1. Lata 10 - 14 aparat ruchomy, jakieś wyciągi i cuda wianki. Nie wiem czy
byłoby dużo gorzej jakbym nie nosiła wcale - tego nie dowiem się nigdy. Ale
wizyty przebiegały następująco - pani patrzała mi w buzie, mówiła - dobrze i
kasowała 35zł. I tak 4 lata więc potem nie nosiłam aparatu i zęby zrobiły się
okropne.
Moja wada - u góry zęby stłoczone, pozwijane jak harmonijka. Dolne siekacze
wychylone w prawo, zgryz krzyżowy i jeden ząb w poziomie do wewnątrz, drugi na
zewnątrz, jak kieł mamuta. Okropność...
2. Ortodonta 2 - poszłam w wieku 20 lat. Diagnoza - wszystkie czwórki out,
wszystkie ósemki też. Razem 8 zębów. Hyrax - na kilka miesięcy, oba łuki
metalowe, całość po leczeniu do operacji. Mało z krzesła nie spadłam i
postanowiłam, że jak tak to ma wyglądać, wole mieć krzywe zęby całe życie.
3. Nie poddawałam się. Poszłam po 3 miesiącach czekania na konsultacje do
innego lekarza. Leczenie takie jak powyżej - bez operacji i hyraxa ale z
pomysłem - hit sezonu - usunięcia dolnej dwójki. Miałam mieć symetrycznie
ułożone te 3 małe ząbki na dole. Dla mnie ten pomysł był poroniony, o czym nie
omieszkałam powiedzieć, na co uzyskałam odpowiedź, że albo będzie wg schematu
ortodonty - albo wcale.
No więc nie było wcale.
4. Ostatnie koło ratunkowe. Mała klinika. Przy fotelu miła pani, która
wyraziła opinię (bez moich sugestii i wiedzy o poprzednich próbach leczenia)
że człowiek ma tyle zębów ile mu Bozia dała i tak ma pozostać - bez wyrywania.
No i byłam szczęśliwa. Ceny były cudne - bo za porcelanowy aparat zapłaciłam
niecale 3600 za oba łuki.
Orto miał całą masę estetycznych gumeczek, drucików itd więc faktycznie dbał o
to, żeby żelastwa było jak najmniej. Zęby zamiast hyraxem miałam poszerzane
sprężynkami - efekt super. Zamiast wyrywania miałam piłowane - co nadało im
ładny kształt i pozwoliło zachować miejsce.
Wydawałoby sie - sielanka. Do czasu.
Leczenie - przeprowadzane było na oko. Brak planu, brak pomiarów, brak zapisów
wizyt. Moja karta pacjenta czysta jak łza. Co akurat orto widział - to sobie
robił. Zęby powoli wracały do ładnego układu.
Po roku - miałam dopieszczony górny łuk, piękny. Pani mówi - zdejmujemy.
Przyszłam na zdjęcie aparatu - po czym siadam bez słowa, a orto coś sobie
dłubie i rzecze:
- Hyrax na 8 miesięcy.
Oczy miałam jak 5 złotych, i pytam - jakim cudem, przecież miałam mieć
zdejmowany?! Słyszę, że nie, że nie ma szans, że trzeba hyraxa dać bo będzie
katastrofa.
Załamana pojechałam do domu. Emocje opadły, więc przyszłam na wizytę za 6
tygodni na zakładanie tego cholerstwa, które miało rozwalić cały górny łuk,
który był prosty i dopieszczany ROK czasu. Ku mojemu zdziwieniu, ortodontka
już 5 razy zdążyła zapomnieć o hyraxie. Dłubała, robiła co innego. Temat
hyraxa umarł tak szybko jak się narodził, a że dokumentacji nie było - pomysł
funkcjonował tylko chwilę.
Na następnych wizytach pani orto zaczęła pytać, co bym chciała zmienić. I
właściwie każda następna wizyta polegała na tym, że mówiłam co mi się jeszcze
nie podoba - a ona to robiła. Wyglądało to po pewnym czasie tak - jakby
wykonywała moje polecenia, jak krawcowa albo fryzjer. Kompletna paranoja.
Wielokrotnie pewne rzeczy widziałam ja - a ona mówiła - a fakt, jest krzywo.
To Pani Irenko, prosze podać łańcuszek... i robiła.
Przebieg leczenia cieżki. Kiedyś szczypcami orto ucięła mi nie tylko drut ale
też kawałek policzka od wewnętrznej strony. Krew się lała, ciekło mi po
twarzy, popłakałam się i wyszłam. Dwa razy wbiła mi dłutko do dziąsła. Trzecim
razem narzędzie wypadło z ręki, spadło mi koło oka.
Niektóre zęby źle się prostowały z bardzo prostej przyczyny - miałam krzywo
naklejone zamki. Górna cześć zamka powinna być naklejona równolegle do korony
zęba - u mnie zamki były naklejone po kolei - prosto do dziąseł. To też ja
zauważyłam...
Ogólnie rzecz biorąc - za tydzień zdejmuje aparat. Pomimo tego, że zęby mam
piękne, mam zgryz krzyżowy od piątki do ósemek po jednej stronie. Reszta super
- na pewno w opinii innych mam idealne zęby. Jednak przypłaciłam to stresem,
bólem i strachem. Radość z pięknych zębów jest przysłonięta tym co pamiętam -
i pomimo, że warto było - niesmak pozostał. Nie podam nazwiska - ale to sławny
w swoim kręgu orto. Oczywiście w pozytywnym znaczeniu sławny. Ale widać
wyjątek potwierdza regułę, szkoda że mi przypadło być tym wyjątkiem.
Pozdrawiam zadrucikowanych!