anuteczek
28.03.04, 14:26
Chciałam opowiedzieć Wam moją historię, trochę ku przestrodze. Wszystko
działo się po tuż świętach bożego Narodzenia. Pojechaliśmy w odwiedziny do
teściów. Źle się poczułam, pojawiło się plamienie, ni czułam ruchów
zadzwoniłam do mojej pani doktor, kazała mi zrobić betaHCG i USG. Niestety
okazało się, że serduszko przestało bić i dzidzi się nie da uratować.
Krwawienie się nasiliło. Oczywiście przez cały czas wisiałam na telefonie.
Pani doktor stwierdziła, że podróż do domu (300 km) mogłaby być
niebezpieczna.
Trafiłam do szpitala w niedużym mieście na Mazurach . Po prostu horror. Po
drugiej stronie korytarza położnictwo, na jednej sali ze mną leżały
dziewczyny tuż przed porodem, KTG pikało przez cały czas, dziewczyny oglądały
wyprawkę, wybierały kolor wózka - koszmar. Personel koncentrował się właśnie
na nich, zaś ja i jeszcze jedna dziewczyna też w trakcie poronienia byłyśmy
niewidzialne... Kiedy mówiłyśmy, że nas boli słyszałyśmy, że boli to dopiero
przy porodzie, nie pozwolono nam używać podpasek.Następnego dnia było już
bardzo źle, lekarz nadal czekał. Położna wpisała wyniki badań w moją kartę,
jednoznacznie wskazywały, że ciąża jest martwa (zresztą to sama
powiedziała). Mąż nie mógł się niczego dowiedzieć, a ja czułam się jak
krowa. Dopiero wieczorem, kiedy niemalże zrobiłam awanturę, bo schodziły ze
mnie skrzepy wielkości ręki lekarz postanowił mnie zbadać. Powiedział, że jak
już pani się tak spieszy to on ewentualnie zrobi mi zabieg. Nie zapytał o
uczulenia, przebyte choroby, nic. Na szczęście udało mi się porozmawiać z
anastazjologiem. Zabieg wykonano w znieczuleniu ogólnym. Nikt nie powiedział
mi ani jak przebiegał, czy nie było komplikacji, mąż usłyszał tylko, że już
po wszystkim, nikt nie powiedział jakie mogły być przyczyny. Nieprzytomną
zawieziono mnie na dziesięcioosobową salę, gdzie hałasował telewizor i 9 KTG
Na szczęście położna pozwoliła mężowi zostać na noc. Następnego dnia rano
wypisano mnie do domu, dostałam bardzo ogólną kartę informacyjną i receptę na
antybiotyk ( na który zresztą byłam uczulona, ale lekarz stwierdził, że on
wie lepiej). Nie zrobiono żadnych badań, lekarz nawet do mnie nie zajrzał.
Porządnie krwawiłam, miałam temperaturę i ciśnienie 60/40. O badaniu
histopatologicznym nie było nawet mowy - no bo to pierwsze. Przy wypisie nie
dostałam nawet listy badań, które powinnam zrobić.
Dobrze, że zaraz po powrocie do Warszawy skontaktowałam się z moją panią
doktor, okazało się, że macica mi się nie obkurcza, trzeba łyżeczkować
jeszcze raz i podać oksytocynę. Natychmiast też dostałam krew, bo przy
wypisie nie zrobiono mi nawet morfologii...
Dodam tylko, że za łyżeczkowanie w znieczuleniu lekarz zarzyczył sobie 1000
zł. Nie chcę nawet myśleć, co by było gdybyśmy nie mieli pieniędzy.
Mam pomysł, mimo, że każda z nas przeżyła stratę, może da się z niej
wyciągnąć coś dobrego. Zacznijmy głośno mówić o prawie do poronienia po
ludzku. Trzeba coś zrobić, żeby takie historie jak moja nie miały miejsca.
Wiem, że dla większości z Was moja historia może się wydać abstrakcyjna, sama
jeszcze jakiś czas temu też bym nie uwierzyła. W dużych miastach może wygląda
to inaczej, jednak w tym szpitalu i kilku, kilkunastu innych jest tak jak
opisałam.
pozdrawiam
andzia