23.11.04, 12:50
czesc dziewczyny! borykam się z napadami&bulimią od mniej więcej 9 lat...bywa
lepiej, nawet po parę miesięcy bez zaburzeń...a potem wraca,
wraca,wraca...wiem na czym moj problem polega (przynajmniej tak mi się
wydaje) ale chcę iść wreszcie do psychologa...więc prośba : polećcie mi
dobrego psychologa w Warszawie...ile mniej więcej kosztuje wizyta?
Dzięki z góry i pozdrawiam serdecznie!!
Obserwuj wątek
    • parwati Re: psycholog 23.11.04, 18:25
      :)
      Czesc:)
      Ja w warszawie "zaliczylam" juz kilku lekarzy i kilka osrodkow i zawsze w
      pewien sposob z nich rezygnowalam... chyba dlatego, ze to bylo nie to....
      pierwsze swoje kroki, gdy zorientowalam sie , ze cos jest nie tak, skierowalam
      na Sobieskiego.... tam mi powiedziano ze zadnej terapii mi nie zaproponuja i
      jezeli chce moga mnie zamknac na pol roku na oddziale zamknietym ( cytuje
      doslownie! ) ... i tak sie szwedalam i szwendalam az trafilam tutaj
      psychomedica.pl/index.php?co=intro .... nie chce zebyscie odebraly t
      jako jakas kryptoreklame... po prostu w Wawie dla mnie najlepsze miejsce.
      Wizyta u psychiatry ( ja chodze do dr. Wasilewskiego .... rewelacyjny lekarz,
      naprawde ) 120PLN , godzina terapii u psychologa 90 PLN... to wszystko prywatne
      a wiec drogie..... ale ja z reka na sercu moge polecic to miejsce.
      Oczywiscie mozna leczyc sie bezplatnie i na pewno sa swietni lekarze za free
      ale z tego co wiem tam sa jakies koszmarne kolejki... zreszta nie wypowiadam
      sie bo do konca nie jestem zorientowana....

      Pozdrawiam i trzymam kciuki:))))


      ps. kiedys trafilam do lekarza , ktory sie usmial jak norka i powiedzial , ze
      ma juz dosyc takich panienek jak ja , ktorym sie nudzi i wymyslalaja sobie
      problemy takie jak bulimia/anoreksja...i zebym lepiej sobie faceta znalazla a
      nie pieprzyla glupoty ( tez cytacik;P ) .... nie musze wam chyba pisac jaki byl
      tego skutek;]
      • kasiolda Re: psycholog 23.11.04, 18:43
        to przykre co napisalas,coz szkoda ze tacy ludzie zajmuja sie ludzmi z
        problemami i w ten sposob traktuja kogos komu teoretycznie powinni pomoc,a nie
        bagatelizowac i wysmiewac.ale dobrze ze w koncu znalazlas pomoc,kogos komu
        ufasz.zycze to kazdej z was drogie forumowiczki z calego serca.ciesze sie
        blaska ze w koncu sie odwazylas.powodzenia
        • trycka Re: psycholog 23.11.04, 23:53
          Elzbieta Kolakowska
          0-691-120-875
          psychoinspiracje@gazeta.pl
          www.pracowniapsychologiczna.republika.pl

          Pani Ela oprocz tego,ze jest swietnym fachowcem,to jeszcze ciepła,serdeczna
          babeczką :).Wizyta kosztuje 60 zł za godzinke.Polecam!:)




          • trycka Re: psycholog 23.11.04, 23:54
            Aha, i zamiast frytki mowi frydki ...hihihi :):):)
          • blaska1 Re: psycholog 24.11.04, 12:02
            dzięki dziewczyny....więc mówicie,że warto?...ze mną jest tak: kiedy mam dobry
            okres w życiu, jestem ''ma fali'' jedzenie nie jest dla mnie problemem,
            potrafię żyć poza nim no pod warunkiem że trzymam dietę oczywiście, że
            dokładnie wiem co zjadłam...no to chyba jednak nie potrafię życ ''poza nim'' no
            mniejsza....jednak kiedy okoliczności sprawiają, że jest bardziej monotonnie,
            taka ''szara rzeczywistość'' nie potrafię cieszyć się spokojem, tylko nakręcam
            sobie stresa, że nie robię kariery, że mogłabym robić tyle rzeczy, a nie
            robię...i zamiast zacząć to robić po prostu, to zaczynam jeść jeść
            jeść....oglądałam ostatnio program o samookaleczaniu ...i tak myślę, że w moim
            wydaniu samookaleczam się jedzeniem właśnie...jem nieraz do bólu, zawsze na
            stojąco, nie chcę już wiem że już nie mogę a wpycham w siebie...nieraz aż się
            pocę (normalnie śmiech na sali)...przez lata nabawiłam się refluksu, przez
            wahania wagi - problemów z okresem.....w zeszłym roku schudłam 6 kilo, teraz
            przez ostatnie kilka miesięcy przytyłam 8.....wiem dobrze że to nie waga jest
            problemem tylko skutkiem ubocznym całego męczącego procesu, całej tej
            choroby...no nic wreszcie chciałabym nauczyć się radzić sobie z emocjami
            inaczej niż typowa grzeczna dziewczynka najlepsza uczennica stypendia
            zagraniczne podziw znajomych rodziców i głęboka samotność......kurde już bym
            wolała chyba alkoholizm jak juz bo to przynajmniej raz się utnie i nie trzeba
            pić...a jeść do cholery trzeba do końca życia.......a u mnie każdy posiłek to
            ryzyko bo każdy może wyzwolić napad....całuję Was i rozumiem też ;) na razie
            • kasiolda Re: psycholog 24.11.04, 13:11
              > dzięki dziewczyny....więc mówicie,że warto?...
              warto,pewnie ze warto,nie bedziesz z problemem sama,bedzie cos co bedzie ci
              motywowac do zmiany siebie,do pozbycia sie choroby a nie zatracaniu sie w nia
              jeszcze bardziej.

              ze mną jest tak: kiedy mam dobry
              > okres w życiu, jestem ''ma fali'' jedzenie nie jest dla mnie problemem,
              > potrafię żyć poza nim no pod warunkiem że trzymam dietę oczywiście, że
              > dokładnie wiem co zjadłam...no to chyba jednak nie potrafię życ ''poza nim''
              no
              >
              > mniejsza....jednak kiedy okoliczności sprawiają, że jest bardziej monotonnie,
              > taka ''szara rzeczywistość'' nie potrafię cieszyć się spokojem, tylko
              nakręcam
              > sobie stresa, że nie robię kariery, że mogłabym robić tyle rzeczy, a nie
              > robię...i zamiast zacząć to robić po prostu, to zaczynam jeść jeść
              > jeść....oglądałam ostatnio program o samookaleczaniu ...i tak myślę, że w
              moim
              > wydaniu samookaleczam się jedzeniem właśnie...jem nieraz do bólu, zawsze na
              > stojąco, nie chcę już wiem że już nie mogę a wpycham w siebie...nieraz aż się
              > pocę (normalnie śmiech na sali)...przez lata nabawiłam się refluksu, przez
              > wahania wagi - problemów z okresem.....w zeszłym roku schudłam 6 kilo, teraz
              > przez ostatnie kilka miesięcy przytyłam 8.....wiem dobrze że to nie waga jest
              > problemem tylko skutkiem ubocznym całego męczącego procesu, całej tej
              > choroby...no nic wreszcie chciałabym nauczyć się radzić sobie z emocjami
              > inaczej niż typowa grzeczna dziewczynka najlepsza uczennica stypendia
              > zagraniczne podziw znajomych rodziców i głęboka samotność......kurde już bym
              > wolała chyba alkoholizm jak juz bo to przynajmniej raz się utnie i nie trzeba
              > pić...a jeść do cholery trzeba do końca życia.......a u mnie każdy posiłek to
              > ryzyko bo każdy może wyzwolić napad..

              ze mna jest dokladnie tak samo.podobnie jak z wiekszoscia dziewczyn na tym
              forum.wiec pamietaj nie jestes sama.
              a co alkoholizmu,to nie jest tak do konca jak piszesz,alkoholik tez musi
              uwazac,nie moze uciac raz i koniec nalogu,zawsze zdarzy sie okazja zeby sie
              napic,ale masz racje ze nam jest ciezej,jesc trzeba.nie przejmuj sie,idz do
              psychologa,zobaczysz z czasem bedzie lepiej i napady beda rzadziej sie
              zdarzaly.3mam kciuki.pozdrawiam
            • szczesliwawa Do mosteny (i do pozostałych dziewczyn też) 24.11.04, 14:25


              > zagraniczne podziw znajomych rodziców i głęboka samotność......kurde już bym
              > wolała chyba alkoholizm jak juz bo to przynajmniej raz się utnie i nie trzeba
              > pić...a jeść do cholery trzeba do końca życia.......a u mnie każdy posiłek to
              > ryzyko bo każdy może wyzwolić napad....całuję Was i rozumiem też ;) na razie

              Też to znam...
              Mostena, nie wydaje Ci się, że Twoje ostatnie napady przypominają takie
              próby "picia kontrolowanego" u leczących się alkoholików?
              Dieta, u Ciebie Montignac (który chyba jest najlepszą dietą jaką znam), się
              skończyła, a próba jedzenia zwykłych rzeczy w sposób kontrolowany wywołała
              napady.
              Cholera jasna.
              Wiecie co, ja rzuciłam palenie. I tak sobie myślę, że raczej prawdopodobne
              jest, że mi się uda nie palić. Jeśli miałabym zacząć, byłaby to świadoma
              decyzja. Wiem, że za rok, za dwa czy za dziesięć nadal będę uzależniona od
              fajek, chociaż nie będę palić. Wiec każdy jeden papieros, po którego z jakichś
              powodów miałabym sięgnąć, byłbby świadomym powrotem do nałogu, do wypalania
              półtora paczki dziennie itd.
              No i wydaje mi się, że można znaleźć pnkty wspólne między naszymi napadami a
              moim nałogiem. U mnie (oczywiście, oprócz powodów psychicznych) długie,
              kilkudniowe napady spowodowane są zawsze jakimś czymś jednym słodkim. Jeśli
              jednego dnia zjem jedno ciastko, kostke czekolady, cokolwiek, wówczas w ciągu
              następnych dni borykam się z napadami. Jeśli w głowie jest w porzadku, czasem
              udaje się nie skonsumować napadu (chociaż stan napadowy mam w głowie - znacie
              to?). W takiej sytuacji wystarczy najdrobniejsze potknięcie sie psychiki
              (odrobina lęku, złe słowo, ktoś krzywo spojrzał, nie mam kasy itp.) żeby
              gwałtownie rzucić się na cukier (w dowolnej postaci, czy to czekolady, racuchów
              czy sera lub makaronu). Tak jak, żeby nie poczuć sie zbyt pewnie i nie sięgnąć
              po kieliszek alkoholik musi powtarzać sobie, że jest alkoholikiem, ja muszę
              powtarzac sobie, że jestem palaczką. Czy to możliwe, że podobnie jest z
              kompulsami? Że całe życie trzeba powtarzać sobie, że jestem kompulsywnym
              żarłokiem? Ale jak żyć normalnie wtedy? Nie jeść jedzenia napadowego w ogóle?
              Przejść na Montignaca na całe życie? Ehhh...
              • kasiolda Re: Do mosteny (i do pozostałych dziewczyn też) 24.11.04, 15:29
                U mnie (oczywiście, oprócz powodów psychicznych) długie,
                > kilkudniowe napady spowodowane są zawsze jakimś czymś jednym słodkim. Jeśli
                > jednego dnia zjem jedno ciastko, kostke czekolady, cokolwiek, wówczas w ciągu
                > następnych dni borykam się z napadami. Jeśli w głowie jest w porzadku, czasem
                > udaje się nie skonsumować napadu (chociaż stan napadowy mam w głowie - znacie
                > to?). W takiej sytuacji wystarczy najdrobniejsze potknięcie sie psychiki
                > (odrobina lęku, złe słowo, ktoś krzywo spojrzał, nie mam kasy itp.) żeby
                > gwałtownie rzucić się na cukier (w dowolnej postaci, czy to czekolady,
                racuchów
                >
                > czy sera lub makaronu). Tak jak, żeby nie poczuć sie zbyt pewnie i nie
                sięgnąć
                > po kieliszek alkoholik musi powtarzać sobie, że jest alkoholikiem, ja muszę
                > powtarzac sobie, że jestem palaczką. Czy to możliwe, że podobnie jest z
                > kompulsami? Że całe życie trzeba powtarzać sobie, że jestem kompulsywnym
                > żarłokiem? Ale jak żyć normalnie wtedy? Nie jeść jedzenia napadowego w ogóle?
                > Przejść na Montignaca na całe życie? Ehhh...
                nie wiem szczesliwawa.ale mam podobnie,czasem wystarczy maly drobiazg i jem
                przez kilka dni i nie moge przestac,mimo ze jest generalnie dobrze.i boli mnie
                to strasznie,wiecie,zanim sie nie leczylam,nie bolalo tak,a teraz jestem na
                siebie jeszcze bardziej wsciekla,ze zamiast zrobic cos z soba,marnuje czas,ze
                latwo sie zniechcecam,ze duzo gadam,obiecuje a malo robie.
                moze takie mowienie sobie pomogloby?moze dzieki temu stapaloby sie twardo po
                ziemi?mnie czesto zdarza sie zapomniec ze jestem chora,jesli mam dobry
                okres,bez napadow,wszystko sie uklada,a potem przychodzi napad i rozczarowanie?
                a co do diety to nie wiem,nie wyobrazam sobie calego zycia na diecie,chcialabym
                normalnie jak inni jesc,nie przywiazywac tak duzej wagi do tego,ale moze tak
                sie nie da,moze dieta jest jedynym rozwiazaniem dla nas?
                pozdrawiam
                • szczesliwawa Re: Do mosteny (i do pozostałych dziewczyn też) 24.11.04, 16:40
                  > > Przejść na Montignaca na całe życie? Ehhh...

                  > moze takie mowienie sobie pomogloby?moze dzieki temu stapaloby sie twardo po
                  > ziemi?mnie czesto zdarza sie zapomniec ze jestem chora,jesli mam dobry
                  > okres,bez napadow,wszystko sie uklada,a potem przychodzi napad i
                  rozczarowanie?
                  > a co do diety to nie wiem,nie wyobrazam sobie calego zycia na
                  diecie,chcialabym
                  >
                  > normalnie jak inni jesc,nie przywiazywac tak duzej wagi do tego,ale moze tak
                  > sie nie da,moze dieta jest jedynym rozwiazaniem dla nas?
                  > pozdrawiam


                  Niom. Może przed każdym posiłkiem jak mantrę czy modlitwę powtarzać
                  sobie "Jestem żarłokiem, muszę jeść ostrożnie"?

                  Brzmi dość przerażająco, ale z drugiej strony, są różne choroby, przy których
                  nie można jeść różnych rzeczy lub trzeba być na diecie. Wiec, jesli jest się,
                  powiedzmy, sercowcem czy ma się inne wrzody na żołądku, trzeba pamiętać, żeby
                  nie jeść soli, smażonego itd, bo jak się zje, można to przypłacić bólem,
                  atakiem choroby czy czymśtam. Więc trzeba uwzględniać chorobę w planach
                  żywnościowych, trzeba o tym myśleć. Zatem może i my powinnyśmy? Może to, że
                  tzw. normalni nie myślą o jedzeniu, to mit?
                  Jest tyle grup ludzi (bez ED), którzy muszą o jedzeniu myśleć pewnie tyle co
                  my, jesli nie więcej - cukrzycy, alergicy, wrzodowcy, sercowcy, wegetarianie,
                  weganie, muzułmanie, sportowcy itede itepe. Więc może ta grupa, która nie myśli
                  o jedzeniu, to po prostu grupa ludzi pochłaniających jedzenie bezmyślnie?
                  Owszem, my mamy BED, ale przecież musi się dać z tym żyć... Moze powinnyśmy
                  oswoić się z myślą, że już nie będzie jak dawniej i że jedzenie zawsze będzie
                  obszarem wysokiego ryzyka w naszym życiu? Zaryzykuję teraz. Może BED należy w
                  jakiś sposób polubić jako część nas, oswoić, żeby móc wziąć pod kontrolę...
                  tylko jak...
                  • mostena Re: Do mosteny (i do pozostałych dziewczyn też) 24.11.04, 16:57
                    Mam dobra kolezanke chora na cukrzyce. Znam ja ponad dziesiec lat. Przyszla mi
                    na mysl. Przeciez dla niej jedzenie to nie tylko smak i zaspokojenie glodu, ale
                    jednostki chlebowe itp. Ja z kolei nie jem czerwonego miesa od lat (zaden
                    problem). Przez jakis czas nie jadlam miesa wcale, zamierzam do tego wrocic.
                    Tak w ogole to chcialabym zostac weganka. Ale to kiedys, kiedys - o ile.

                    Ja sobie wyobrazam cale zycie na diecie. Nawet mysle o tym z przyjemnoscia.
                    Chcialabym nie jesc slodyczy, tlustosci. Zle sie po nich czuje, i czesto mi
                    teraz nie smakuja. 'Zdrowe jedzenie', dieta - to ma dla mnie mile znaczenie.
                    Duzo warzyw, owocow, pelnoziarniste makarony, orzechy, oliwa z oliwek. Zawsze
                    chcialam tak jesc, ale nie lubilam tego tak bardzo. Teraz lubie. I do
                    wszystkiego jem surowki, bo mi za slono, wszystko ma za mocny smak.

                    Dla mnie dieta to nie ograniczanie ilosci, ale takie wlasnie jedzenie, zamiast
                    schabowego, tluczonych ziemniakow i sosu.

                    Ale nie z tym mam problem.
                  • parwati Re: Do mosteny (i do pozostałych dziewczyn też) 24.11.04, 17:07
                    > Moze powinnyśmy
                    > oswoić się z myślą, że już nie będzie jak dawniej i że jedzenie zawsze będzie
                    > obszarem wysokiego ryzyka w naszym życiu? Zaryzykuję teraz. Może BED należy w
                    > jakiś sposób polubić jako część nas, oswoić, żeby móc wziąć pod kontrolę(...)

                    Tez mi sie tak wydaje.
                    Tylko jak to zrobic?
                    Ja ED caly czas traktuje jak jakas skaze, czuje sie niemal tredowata i z
                    obrzydzeniem o sobie mysle z powou tego co robie .... i chyba jeszcze bardziej
                    mnie to pograza .... takie zamkniete kolo na zasadzie " i tak jestem
                    beznadziejna i mam ta skaze wiec co za ronizca czy sie jeszcze raz ( i jeszcze
                    raz) napacham jedzeniem" . Moze jakby udalo mi sie myslec o tym wszystkim w
                    sposob " Ok. Mam problem. Kazdy ma jakis problem. Musze uwazac, byc dobra dla
                    siebie i byc dobra dla mojego ED zeby go nie draznic." ...moze wtedy by bylo
                    lepiej....

                    Mam znajomego alkoholika. On ma w calym domu rozne 'swiadectwa' swojej
                    choroby , fakt iz jest tym kim jest niemalze otacza go ... na scianach
                    deklaracje nie_picia , otwarcie o tym mowi itd. i twierdzi, ze to wlasnie m.in.
                    dzieki temu jest taki twardy .... On wlasnie oswojil i w specyficzny sposob
                    polubil swoje uzaleznienie , wie, ze zawsze bedzie z nim zyc wiec po co ciagle
                    ma sie przepychac i katowac skoro mozna przejsc do tego na porzadku
                    dziennym.......

                    Podziwiam go.
                    Bo to chyba naprawde jest metoda.
                    Nie twierdze ze dla wszystkich ale... ale mysle, ze dla wiekszosci.
                    Szkoda tylko , ze niekt nie moze nam sprzedac recepty na zmiane sposobu
                    myslenia o ED, czyli o nas samych:|
                    • mostena Re: Do mosteny (i do pozostałych dziewczyn też) 24.11.04, 17:33
                      Uuu, niedobrze jak tak myslisz o sobie.
                      Ja, przed dietami jeszcze, przed jojo, po prostu cholernie duzo jadlam. I nie
                      myslalam, ze z tym cos nie tak. Pozniej dopiero bywalo naprwde obrzydliwie,
                      wlasnie do bolu - wtedy sie wkurzalam, wstydzilam. Teraz, przy tych napadach
                      ostatnich mialam caly czas zgaszone swiatlo, w dzien spalam. Wprowadzilam sie w
                      taki stan polswiadomosci wrecz, zeby nie patrzec na to, co robie.
                      Ale jak do mnie docieralo, nie wsciekalam sie na siebie i nie czulam
                      obrzydzenia. Poplakalam sie raz - czulam sie nieszczesliwa. I bezsilna. Wiec
                      ryczalam. Nie mial mnie kto poglaskac po glowce i powiedziec 'biedactwo' - wiec
                      sama to zrobilam.
                      Skaza, choroba, jak zwal tak zwal - to nie nasza wina. To jest okropne,
                      okropne, i tym bardziej jestesmy godne szacunku, ze zyjemy z tym jakos.
                      Przeciez nam nikt nie pomaga! Narkomanom, alkoholikom - wszystkim pomagaja.
                      Anorektyczkom w stadium wycienczenia ostatecznie tez. A my? Wszyscy jeszcze
                      tylko kusza. Biedne jestesmy, biedne;) Serio.
                      • szczesliwawa Re: Do mosteny (i do pozostałych dziewczyn też) 24.11.04, 18:19
                        mostena napisała:

                        > wlasnie do bolu - wtedy sie wkurzalam, wstydzilam. Teraz, przy tych napadach
                        > ostatnich mialam caly czas zgaszone swiatlo, w dzien spalam. Wprowadzilam sie
                        w
                        >
                        > taki stan polswiadomosci wrecz, zeby nie patrzec na to, co robie.
                        > Ale jak do mnie docieralo, nie wsciekalam sie na siebie i nie czulam
                        > obrzydzenia. Poplakalam sie raz - czulam sie nieszczesliwa. I bezsilna. Wiec
                        > ryczalam. Nie mial mnie kto poglaskac po glowce i powiedziec 'biedactwo' -
                        wiec
                        >
                        > sama to zrobilam.
                        Jakto, mostena? Ja Cię głaskałam po główce i pocieszałam... Tak, wiem, to nie
                        to samo...

                        > Skaza, choroba, jak zwal tak zwal - to nie nasza wina. To jest okropne,
                        > okropne, i tym bardziej jestesmy godne szacunku, ze zyjemy z tym jakos.

                        Taaa, a ile z nas ma odwagę głośno o tym mówić? O moim problemie nie wie nikt z
                        mojego życia. Nikt a nikt. Prawie powiedziałam mamie, użyłam innych słów i
                        stchórzyłam. Więc mama wie, że jakiśtam problem z jedzeniem mam, ale chyba
                        wydaje jej się, ze po prostu nie umiem się odchudzać / odchudzić. Leczenie
                        alkoholizmu jest nawet trendy, fajnie jest powiedzeć, że nie piję bo jestem
                        alkoholikiem. A jak odmówic ciasta od starszych kobiet z rodziny...
                        Hehe, wyobrażacie to sobie?
                        "Dziękuję ciociu za ciasto. Jestem kompulsywnym żarłokiem, się leczę i jeśli
                        zjem jeden kawalek dzisiaj to jutro mogę popłynąć." - fanaberie ma panienka i
                        już. Tyle komentarza by było.

                        > Przeciez nam nikt nie pomaga! Narkomanom, alkoholikom - wszystkim pomagaja.
                        > Anorektyczkom w stadium wycienczenia ostatecznie tez. A my? Wszyscy jeszcze
                        > tylko kusza. Biedne jestesmy, biedne;) Serio.


                        Oj, tak... Te wszystkie "ciocie" rodzinne, które wciskają w człowieka jedzenie,
                        bo "tak ładnie je, to pewnie jeszcze trzeci kotlet też zje", to ingerowanie w
                        to, co człowiek zamawia w knajpie, to niemal oburzenie w głosie "co ty na
                        diecie jesteś, no chyba się nie odchudzasz, weź coś zjedz", te święta obżarstwa
                        kilka razy do roku. No i jak już mamy ślicznie wyrobione nawyki zywieniowe
                        powodujące sporą nadwagę i nie daj bóg jesteśmy naprawde grube, wtedy do głosu
                        dochodzą wszystkie stereotypy, że jak gruba to łakoma, chciwa, leniwa, głupia,
                        oferma, ciapowata, nikt jej nie zechce, powinna coś ze sobą zrobić. No i bierze
                        się człowiek za siebie jak umie, czyli, na początek dieta ŻP. na diecie ŻP
                        zazwyczaj wylkucza się wiele rzeczy tylko po to, żeby je sobie obiecać jako
                        nagrodę po skończeniu diety, czyli odbić. czyli jojo. Ech...
                        A nawet jak człowiek chce tylko trochę mniej tłusto jeść, zawsze znajdzie się
                        jakaś ciotka, która będzie nam wmawiać, że od 1 kawałka czegośtam nie
                        przytyjemy. A my tyjemy. I jest nam coraz gorzej. A potem mamy 27 lat i
                        zastanawiamy się, co u licha poszło źle...
                        • mostena Re: Do mosteny (i do pozostałych dziewczyn też) 25.11.04, 16:32
                          > Jakto, mostena? Ja Cię głaskałam po główce i pocieszałam... Tak, wiem, to nie
                          > to samo..

                          ;))) BARDZO mi pomoglas tym, wiesz? Naprawde. Tak mi sie zrobilo... no, milo,
                          cieplo, bo ja wiem - przyjemnie po prostu, ze ktos sie o mnie martwi. I przede
                          wszystkim - rozumie.

                          > Taaa, a ile z nas ma odwagę głośno o tym mówić?

                          To nie jest kwestia odwagi. Odwage mozna miec, mowiac o alkoholizmie czy
                          narkomanii. O BED nikt nie slyszal, BED nikt nie zrozumie. Gdybym nie przytyla,
                          nikt nie mialby pojecia; lacznie ze mna sama. Mama? Gdy pomysle o niej w tym
                          kontekscie, mam ochote ja wytargac za wlosy, taka we mnie siedzi wscieklosc.
                          Mam ochote wrzeszczec, tupac, krzyczec. Wiecie, co ona mowi? 'Loo, mialam tak
                          samo'. Ze niby jak byla w moim wieku byla za gruba, bo sie ciagle odchudzala i
                          miala jojo, a jak zaczela jesc normalnie to jej przeszlo. Zanim zdefiniowalam
                          problem, wiecznie slyszalam to 'jedz normalnie'. I czulam sie winna bo k..wa
                          mac NIE MOGLAM. I nie bede mogla pewnie. DLA MNIE NIE MA 'JEDZ NORMALNIE', MAMO.
                          Jadlam sniadanie - kanapki z bialego chleba; nie moglam doczekac obiadu, z
                          wlasnej woli szlam z psem na spacer (ja!)-> do sklepu. Nie mialam kasy - o
                          Boze. Mama w lazience, ja - myk, do kuchni, byle cokolwiek, rzodkiewki (ble),
                          kanapke. Potem dulczenie 'glooodna jestem', zeby miec usprawiedliwienie na
                          trzecia porcje ziemniakow. Po obiedzie... No.

                          A nastepna sprawa jest taka, ze dla mnie tusza jest potwornym problemem. Nie
                          bylam taka gruba. Bylam przy kosci, i juz to mi sie nie podobalo. Przerodzona w
                          slonia mialam ochote wyc. Nadal czuje sie niepieknie. Ale twierdzilam, ze mi to
                          nie przeszkadza, albo w jakis tam sposob bagatelizowalam; wymyslilam
                          usprawiedliwienia (wiadomo jakie) i tak dalej. A rodzina dawala czadu, myslac,
                          ze tego nie widze, czy co? Jezu. Jesli wazac 60 kg kombinowalam z dietami, to
                          jak im sie wydawalo, jak sie czulam wazac 72?

                          >"Dziękuję ciociu za ciasto. Jestem kompulsywnym żarłokiem, się leczę i jeśli
                          > zjem jeden kawalek dzisiaj to jutro mogę popłynąć."

                          Bardzo dobry tekst. Niech sobie mysla, ze fanaberie, grunt, zeby im zamknac
                          usta. Ja chyba w koncu wymysle cos typu cukrzyca.
                          • parwati Re: Do mosteny (i do pozostałych dziewczyn też) 25.11.04, 19:05
                            > >"Dziękuję ciociu za ciasto. Jestem kompulsywnym żarłokiem, się leczę i jeś
                            > li
                            > > zjem jeden kawalek dzisiaj to jutro mogę popłynąć."
                            >
                            > Bardzo dobry tekst. Niech sobie mysla, ze fanaberie, grunt, zeby im zamknac
                            > usta. Ja chyba w koncu wymysle cos typu cukrzyca.

                            Sliczne.
                            Z jednej strony smieszne, z drugiej tragiczne.
                            Juz widze miny tych wszystkich "ciotek i po_ciotek" jakbym wyskoczyla z takim
                            tekstem.
                            Jednak 'patent' z cukrzyca uwazam za bardzo dobry. Serio serio;) Musimy w koncu
                            miec jakies 'instrumenty' to walki i coz.... ja chyba wole glupio sklamac
                            jezeli to bedzie mnie w jakis sposob ratowac niz udawadniac sama sobie 'ze tym
                            razem sie uda' i jedno ciastko nie zamieni sie w 15 ...

                            pozdrawiam:)
              • mostena Re: Do mosteny (i do pozostałych dziewczyn też) 24.11.04, 16:46
                > No i wydaje mi się, że można znaleźć pnkty wspólne między naszymi napadami a
                > moim nałogiem. U mnie (oczywiście, oprócz powodów psychicznych) długie,
                > kilkudniowe napady spowodowane są zawsze jakimś czymś jednym słodkim. Jeśli
                > jednego dnia zjem jedno ciastko, kostke czekolady, cokolwiek, wówczas w ciągu
                > następnych dni borykam się z napadami. Jeśli w głowie jest w porzadku, czasem
                > udaje się nie skonsumować napadu (chociaż stan napadowy mam w głowie - znacie
                > to?). W takiej sytuacji wystarczy najdrobniejsze potknięcie sie psychiki
                > (odrobina lęku, złe słowo, ktoś krzywo spojrzał, nie mam kasy itp.) żeby
                > gwałtownie rzucić się na cukier (w dowolnej postaci, czy to czekolady,
                racuchów
                >
                > czy sera lub makaronu).

                Ja mam inaczej. Latwiej mi - dzieki tej obsesji chudosci. Jesli cos mnie
                zdenerwuje, wkurzy, zmartwi - mam power, ze tak powiem i raczej sie nie
                objadam. Wrecz przeciwnie, czesto zaczynalam diete, albo po prostu jadlam mniej
                chociaz troche. Zwlaszcza jesli cos, co sie zdarzylo niemilego, mialo zwiazek z
                waga - zle sie czulam w towarzystwie, ktos mi dogadal - wtedy jedzenie staje mi
                w gardle. Pewnie, i tak czesto jadlam, ale to nie bylo przyjemne.


                > Tak jak, żeby nie poczuć sie zbyt pewnie i nie sięgnąć
                > po kieliszek alkoholik musi powtarzać sobie, że jest alkoholikiem, ja muszę
                > powtarzac sobie, że jestem palaczką. Czy to możliwe, że podobnie jest z
                > kompulsami? Że całe życie trzeba powtarzać sobie, że jestem kompulsywnym
                > żarłokiem? Ale jak żyć normalnie wtedy? Nie jeść jedzenia napadowego w ogóle?
                > Przejść na Montignaca na całe życie? Ehhh...

                Myslalam wlasnie o czyms takim. Ale gdy pisalam o tym, mowilyscie 'nie'. Zeby
                po prostu jesc, bez takiego przypominania, analizowania, 'nakrecania sie'.
                Probowalam - nie wyszlo. Problem polega na tym, ze slodycze to TYLKO ochota.
                Nie moge byc 'glodna na czekolade'. Zawsze moge sobie odmowic. I zawsze to
                bedzie dobra decyzja (rozumiecie, ze nie ma fizycznych plusow w jedzeniu
                slodyczy). Zatem nie moge siegnac po ciastko ot tak. Moge zjesc na
                podwieczorek, na deser - ustalic to, doliczyc do kcal jesli licze, albo wybrac
                jakies montignacowe czy inne.
                Moze jesli kiedys schudne i wage utrzymam, to sie zmieni. Ale pewna nie jestem.
      • kamilskrzynski Re: psycholog 23.01.14, 19:16
        Ja tam różne doświadczenia też miałem ale jedno wiem opinie nie kłamią i czytając opinie o Freemind.com.pl mogę się pod nimi śmiało podpisać. Korzystałem z wielu psychologów ale nigdzie nie czułem się tak komfortowo jak tam. Czytają te opinie o doświadczeniach aż ę nie che wierzyć że niektórzy potrafią być tak bezduszni i nie mieć poszanowania dla innego człowieka. Nasmiewanie się to nie jest nic przyjemnego. No nic nie bede rozpisywał się bo każdy pewnie ma inne doświadczenia. Pzdr kamil
        • g113 Re: psycholog 03.12.14, 14:53
          to smutnie co piszesz. Mam nadzieje, że już czujesz się lepiej. Ja polecam psycholog, która przyjmuję pod Warszawą. Jeśli ktoś trafi tam z tam problemem na pewno będzie potraktowany dobrze. chodziła tam córka koleżanki. Jest zadowolona. www.linia-zdrowia.pl/nasz-zespol/psycholodzy/agnieszka-id%C5%BAkowska-guz.html

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka