witomir
27.02.04, 09:35
24 lutego ruszyła kampania społeczna pod hasłem ?Kupując polskie produkty
dajesz pracę". Kampanię prowadzi krakowska agencja reklamowa DEMO Effective
Launching, mając poparcie wielu mediów (m.in. redakcji "Rzeczpospolitej").
Jej celem jest zwrócenie uwagi konsumentów na kupowanie produktów
wytworzonych w kraju, co miałoby stanowić panaceum na rosnące bezrobocie i
słabnącą pozycję wielu miejscowych podmiotów gospodarczych. Jak wykazały
badania OBOP-u, lokalne pochodzenie nabywanego produktu jest istotną cechą
dla zaledwie 5 procent polskich konsumentów.
Kampania społeczna firmy DEMO ma to zmienić. To już ostatni dzwonek, gdyż z
dniem wejścia do Unii Europejskiej, czyli od 1 maja, tego rodzaju kampanie
promujące produkty danego kraju i przeciwstawiające je produktom innych
krajów europejskich, będą zakazane lub mocno ograniczane istniejącymi
regulacjami prawnymi.
Akcja ma prowadzić do tego, by konsumenci wybierali produkty wytwarzane w
Polsce. I tu właśnie dotykamy podstawowej wady tej kampanii. Promowanie
patriotyzmu gospodarczego jest niewątpliwie cenne i pożądane, pod warunkiem
jednak, że promowane są produkty naprawdę polskie, nie zaś wytwarzane w
naszym kraju produkty wielkich światowych koncernów. Niestety, omawiana tu
akcja w ogóle nie odnosi się do tego problemu, promując po prostu produkty
wytwarzane w granicach Polski. Tymczasem wiele tych produktów nie ma wiele
wspólnego z Polską.
Przykładowo na rynku piwa, kilka największych "polskich" marek tego napoju,
produkowanych przez browary wyglądające na polskie, jest de facto ofertą
wielkich zagranicznych koncernów. Kompania Piwowarska (m.in. marki Tyskie,
Lech) to własność największego na świecie koncernu browarniczego SABMiller (z
RPA), Grupa Żywiec (m.in. marki Żywiec, Warka, Leżajsk, EB, Królewskie,
Kujawiak) to własność holenderskiego Heinekena, Grupa Carslberg-Okocim (m.in.
marki Okocim, Piast, Kasztelan, Bosman) to własność duńskiego Carslberga.
Łącznie zagraniczne koncerny opanowały ok. 90 procent polskiego rynku piwa ?
i tylko te niespełna 10 procent to produkty naprawdę polskie, zaś oferta
piwnych gigantów ma z Polską tyle wspólnego, że wytwarzana jest w wykupionych
byłych polskich browarach. I podobnie jest w wielu innych sektorach
gospodarki, choć proporcje własności polskiej i obcej są niekiedy nieco
korzystniejsze.
W każdym razie wspieranie ogółu produktów wytworzonych w Polsce ma niewiele
wspólnego z dbałością o nasz kraj. Bardzo często oznacza po prostu wspieranie
wielkich zagranicznych koncernów, które operują w naszym kraju. Często
otrzymały one wieloletnie ulgi podatkowe, więc wpływy do budżetu są mniejsze
niż gdyby te same produkty wytwarzały firmy autentycznie polskie. Większość
ich zysków wypływa z Polski do zagranicznych właścicieli tych koncernów.
Nawet akcentowany przez twórców kampanii "Kupując polskie produkty dajesz
pracę" problem ograniczania bezrobocia poprzez kupno takich produktów,
również jest pozorną pomocą. Tak się bowiem składa, że zagraniczne koncerny
są znane bardziej z likwidacji miejsc pracy niż z tworzenia nowych. We
wspomnianej branży piwnej każdy z wielkich graczy na polskim rynku ma na
sumieniu likwidację kilku przejętych lokalnych browarów, ograniczenie
zatrudnienia w kilku następnych - i tyle. Zamiast tworzenia nowych miejsc
pracy mają one na koncie ich likwidację w efekcie koncentracji produkcji w
kilku zakładach i likwidacji wielu innych.
Sama idea patriotyzmu gospodarczego jest bardzo wartościowa i godna
promowania. Jest ona bowiem skuteczną receptą na drenaż kapitałowy całego
kraju oraz lokalnych społeczności i obywateli, sposobem obrony gospodarczej
suwerenności i niezależności, a także najbardziej skuteczną i praktyczną
formą walki z globalizacją i jej skutkami. Ale tylko wtedy, gdy idea ta
dotyczy nie tylko produktów wytwarzanych lokalnie, ale także będących ofertą
przedsiębiorstw znajdujących się w rękach lokalnych właścicieli. W przeciwnym
razie jest to zwodzenie konsumentów na manowce, czy raczej - w sidła wielkich
koncernów.