Dodaj do ulubionych

W obronie Karadżicia

06.03.04, 13:41
Sława!
Kosta Czavoszki, człowiek, który broni Karadżicia


Rozmowa z Kostą Czavoszkim, Miłada Jędrysik 27-02-2004, ostatnia
aktualizacja 27-02-2004 21:17

Wojnie domowej zawsze towarzyszą zbrodnie. Dlatego zależy mi, by postać
Radovana Karadżicia, która obrosła już mitami, nie została zbrukana - mówi o
przywódcy bośniackich Serbów ściganym za zbrodnie wojenne serbski
intelektualista Kosta Czavoszki, przewodniczący Międzynarodowego Komitetu
Prawdy o Radovanie Karadżiciu. Miłada Jędrysik: Świat według Czavoszkiego
czytaj dalej »

Nastasja Radović: Jak Pan ocenia ekipę Demokratycznej Opozycji Serbii, która
rządziła krajem do grudnia zeszłego roku?

Kosta Czavoszki: Coraz więcej ludzi uważało, że władza jest całkowicie
skorumpowana. Straciła zaufanie narodu, a tym samym legitymizację. Ekipie tej
można też postawić zarzut dużo poważniejszy - była to władza quislingowska
[Vidkun Quisling - polityk norweski, w latach 1940-45 stał na czele rządu
kolaborującego z III Rzeszą - red.].

Polacy nie są w tej kwestii zbyt wrażliwi. Powód? Zgadzają się z każdą
dyrektywą USA i posłali swe siły okupacyjne do Iraku, kraju zdeptanego przez
agresora. Ponieważ my nie jesteśmy aż takimi przyjaciółmi Ameryki, lecz
krajem, który Ameryka w 1999 r. bezprawnie napadła, popełniając zbrodnię
przeciw pokojowi dotąd nieosądzoną - staliśmy się wyczuleni na tym punkcie.

Nasz rząd był władzą, która - wybrana i opłacana przez naród - najmniej dbała
o jego interesy, a bardziej o interesy obcych: USA, Unii Europejskiej,
poniekąd też o interesy Chorwatów, Muzułmanów, Albańczyków, naszych sąsiadów
będących naszymi wrogami.

Mogę wskazać wiele przykładów. Choćby ten: Bośnia oskarżyła Jugosławię przed
Międzynarodowym Trybunałem w Hadze o popełnienie rzekomych zbrodni
ludobójstwa w czasie wojny. Ponieważ Jugosławia ratyfikowała konwencję o
zapobieganiu i karaniu owych zbrodni, nie mogliśmy zakwestionować kompetencji
Trybunału. Nasz rząd - cokolwiek by powiedzieć o czasach Miloszevicia -
wniósł jednak kontroskarżenie. Tymczasem Goran Svilanović [szef MSZ Serbii i
Czarnogóry - red.], nie pytając nikogo, wycofał je. W Trybunale pozostało
więc tylko oskarżenie Bośni.

Przykład jeszcze bardziej charakterystyczny. W 1999 r., zaraz na początku
bezprawnej agresji na Jugosławię, nasz rząd wniósł w tej sprawie oskarżenie
do Hagi. Musiało być ono dobrze udokumentowane, skoro tak bardzo zmartwiło
NATO, że od poprzedniej ekipy zażądano jego wycofania. Nasz rząd oświadczył,
że gotów jest to uczynić, pod warunkiem że Bośnia pod naciskiem USA też
wycofa swoje oskarżenia. Wtedy jednak, znów z nikim tego nie konsultując,
Svilanović podjął działania, które otwierały drogę do cichego wycofania
oskarżeń w zamian za udział Serbii i Czarnogóry w tzw. Partnerstwie dla
Pokoju.

Pan jest przeciwny udziałowi Serbii w Partnerstwie i w NATO?

- Trudno wejść do organizacji, która cztery lata wcześniej napadła na nas. To
tak, jakby Polakom doradzać, by znów wstąpili do Układu Warszawskiego.

Co Pan sądzi o Miloszeviciu? W jaki sposób działacz partii komunistycznej
wyrósł w oczach społeczeństwa na jedynego obrońcę serbskich interesów
narodowych, na przywódcę?

- On nigdy nie był przywódcą narodu. Najwyżej tzw. przywódcą, któremu,
niestety, uwierzyła część serbskiej elity. A w ślad za nią zwykli ludzie.

Ma Pan na myśli elitę z Serbskiej Akademii Nauki i Sztuki?

- Nie tylko, myślę o wielu czołowych intelektualistach. Zresztą nie wszyscy
akademicy poparli Miloszevicia.

Ale duża część...

- Spora. Już w 1991 r. opublikowałem książkę "Slobodan przeciw wolności".
Pisałem w niej, że Miloszević to przywódca autorytarny, który wprowadził
reżim podobny do rzymskiego cezaryzmu, że wykorzystał narodowe uczucia i
nadzieje, by umocnić swą władzę.

Jak się okazało, był on nie tylko nacjonalistą, ale stał się też zdrajcą
narodu. 1 maja 1995 r. oddał Serbów w zachodniej Slawonii, jest więc
odpowiedzialny za zagładę tych ludzi. Na początku sierpnia 1995 r. zdradził
Krainę. Fatalnie reprezentował Republikę Serbską w Dayton [w maju 1995 r.
siły chorwackie odbiły w zachodniej Slawonii terytorium kontrolowane przez
separatystów serbskich; porozumienie z Dayton podpisane 14 listopada 1995 r.
przez przywódców Belgradu, Zagrzebia i Sarajewa regulowało status Bośni i
Hercegowiny; w toku negocjacji Miloszević reprezentował interesy enklawy,
którą przekształcono w Republikę Serbską w Bośni]. Poczynił duże ustępstwa
wobec Muzułmanów ze szkodą dla interesów serbskich. I wreszcie - oddał
Chorwatom Baranję, Vukovar i zachodni Srem. Wszystko to było zdradą narodu.
Na koniec stracił Kosowo i Metochię [oficjalna serbska nazwa prowincji]. Tak
więc nie można mówić, że Miloszević kiedykolwiek prowadził politykę narodową.

A jaka inna polityka była możliwa? Czy w ogóle realne było połączenie
terytoriów, do których rościli sobie pretensje serbscy nacjonaliści? Idea
Wielkiej Serbii była fatamorganą...

- Otóż nie. Miloszević powinien był bronić granic państwa, w którym żyliśmy.
Państwa, które nazywało się Socjalistyczna Federacyjna Republika Jugosławii,
było członkiem ONZ, a jego granic nie kwestionował nikt na forum
międzynarodowym. A on tymczasem, porozumiawszy się ze słoweńskim prezydentem
Milanem Kuczanem, uznał, że można przystać na secesję Słowenii, a następnie
oderwać od Chorwacji te ziemie, na których Serbowie stanowią większość. W
efekcie państwo zaczęło się rozpadać i nie można już było tego procesu
zatrzymać. Została nam tylko niepewna unia konfederacyjna z Czarnogórą.

Jest Pan zatem przeciwnikiem Miloszevicia...

- Jestem nim od 15 lat.



Pozdrawiam i zapraszam na:
Forum Słowiańskie
nakarm dziecko, kliknij w pajacyka TERAZ:
www.pajacyk.pl
Ignorant
+++
Obserwuj wątek
    • ignorant11 Re: W obronie Karadżicia (2) 06.03.04, 13:43
      Miloszević siedzi w więzieniu w Hadze, gdzie toczy się przeciw niemu proces.
      Jest Pan prawnikiem, występował Pan jako "świadek-ekspert" w niektórych
      procesach wytoczonych Serbom przed Trybunałem Haskim. Czy Miloszević dobrze się
      broni?

      - Trybunał w Hadze wypacza prawo i jest kpiną ze sprawiedliwości. To upiorna,
      pseudoprawna instytucja, którą należałoby natychmiast rozwiązać.

      Dlaczego?

      - Jest to sąd stworzony ad hoc, a wszystkie sądy tymczasowe są swego rodzaju
      sądami doraźnymi. Trybunał Haski został stworzony najpierw dla Jugosławii,
      później zajął się też Ruandą. Gdyby ten sąd był wartościową, porządną
      instytucją, wówczas panowie z USA, Wielkiej Brytanii, a może i z Polski
      potwierdziliby jego przydatność, nadając mu kompetencje sądu międzynarodowego.

      Ale ci właśnie panowie dla siebie stworzyli lepszy sąd - w 1998 r. powstał
      stały Międzynarodowy Trybunał Karny w Rzymie. To najlepszy dowód, że ten
      pierwszy sąd jest do niczego. Ale i ten drugi spodobał się wszystkim, tylko nie
      supermocarstwu, które uznało, że obywateli USA sądzić mogą tylko sądy
      amerykańskie. Tak zatem dla Polaków, Anglików czy Niemców jest "lepszy" sąd, a
      dla tych z Bałkanów i afrykańskich "dzikusów" wystarczy tymczasowy trybunał
      karny. W najgorszej sytuacji są Azjaci, którym wymierza się sprawiedliwość
      zbiorowo i bez jakiegokolwiek procesu - tak jak w Afganistanie i Iraku. A
      Polacy biorą w tym udział i będą się tego wstydzić po wsze czasy.

      Wróćmy do Miloszevicia. Postanowił bronić się sam, bez adwokata...

      - Nie czuję do niego cienia sympatii, ale w Hadze sądzą go nie jako jednostkę,
      lecz jako szefa państwa, które jest też moim państwem - więc mojemu państwu
      powinno zależeć na przebiegu tego procesu. Bo jeśli międzynarodowy sąd skaże
      Miloszevicia, ten wyrok będzie koronnym dowodem na to, że Jugosławia dopuściła
      się zbrodni ludobójstwa.

      Pamiętajmy, że Miloszević jest sądzony nie za to, co sam zrobił, ale za to, co
      zrobili inni, a czym obciąża się jego jako przywódcę państwa. Nie wiem, czy
      kiedykolwiek w Polsce stosowano krwawą zemstę, vendettę, polegającą na
      przenoszeniu winy na członków rodziny czy plemienia. Otóż nikt nie twierdzi, że
      Miloszević dopuszczał się ludobójstwa, grabił, zabijał. Tu stosuje się zasadę
      odpowiedzialności zbiorowej.

      Weźmy zbrodnię popełnioną w Ovczarze pod Vukovarem, gdzie (jest to już niemal
      pewne) zabito 250 Chorwatów. To straszna zbrodnia. Ale to nasza policja wykryła
      bezpośrednich sprawców i - zamiast wydać ich do Hagi, czego zresztą Trybunał
      się nie domagał - będziemy ich sądzić w Belgradzie.

      A mimo to osiem osób zupełnie ze sobą niepowiązanych odpowiada w Hadze za tę
      zbrodnię z racji swego zwierzchnictwa. Najpierw oskarżono byłego szefa gminy
      Vukovar Slavko Dokmanovicia. Następnie gen. Milego Mrkszicia, płk. Veselina
      Szljivanczanina i kpt. Milenko Radicia. Z tego samego paragrafu. Na koniec -
      Miloszevicia, Vojislava Szeszelja oraz Jovicię Staniszicia i Franko Simatovicia
      [Szeszelj - przywódca skrajnie nacjonalistycznej Serbskiej Partii Radykalnej, w
      czasie wojny w Bośni organizował oddziały ochotników serbskich; Staniszić - w
      latach 1991-98 szef służby bezpieczeństwa Serbii; Simatović - jego zastępca,
      organizator jednostek specjalnych i bojówek paramilitarnych - red.].

      Wszyscy oni niezależnie od siebie okazali się winni w tym jednym przypadku -
      likwidacji 250 Chorwatów w Ovczarze. To kpina z prawa i sądownictwa.

      Jednak Trybunał w Hadze stoi na stanowisku, że przywódcy ponoszą
      odpowiedzialność za drastyczne naruszenie prawa międzynarodowego, popełnione
      przez ich podwładnych, nawet bez rozkazów.

      - Zgoda, ale przywódca może być tylko jeden, a nie ośmiu. Inaczej ta kategoria
      prawna traci sens. Powinno się ją interpretować w bardzo wąskim zakresie.
      Według mnie może tu chodzić jedynie o dowódców wojskowych, a nie o osoby
      cywilne.

      Przy okazji - za pełnienie funkcji przywódczej po raz pierwszy pociągnięto do
      odpowiedzialności gen. Yamashito, który w czasie wojny dowodził japońskimi
      siłami okupacyjnymi na Filipinach. Nie zastosowano jednak owej
      odpowiedzialności w Norymberdze.

      I tak doszliśmy do Radovana Karadżicia i Pańskiego udziału w Komitecie Prawdy o
      nim. Dlaczego zaangażował się Pan w obronę człowieka ściganego za zbrodnie
      wojenne?

      - W książce "Rozkazy wojenne Karadżicia" piszę, że w żaden sposób nie można
      oskarżać go o wszystko, co działo się w Bośni. Niestety, wojna domowa i
      religijna zawsze jest bardziej okrutna od wojny obronnej i zawsze towarzyszą
      jej zbrodnie. Właśnie dlatego szczególnie mi zależy, by postać Karadżicia,
      która obrosła już mitami i legendami, nie została zbrukana. Zrobił wszystko, co
      można, by do zbrodni nie dopuścić - ale tego nigdy nie da się uniknąć.

      Czy prezydent Bush wydał rozkaz, by w Iraku popełniano zbrodnie wojenne? A
      wystarczy, że Amerykanie wezmą uzbrojonych irackich policjantów za terrorystów,
      i zabijają ludzi, których sami powołali do służby. Tyle że wówczas mówi się
      o "błędzie", choć można by tych żołnierzy postawić przed sądem.

      Jednak o tym, co się działo w Afganistanie, gdzie użyto bomb nuklearnych (o
      czym mało kto wie), i o tym, co się działo w Iraku, gdzie - bombardując rzekome
      cele wojskowe - zabito masę cywili - o tym się nie mówi. Tymczasem ja, widząc,
      co się wyprawiało i wyprawia w Afganistanie i w Iraku, śmiało mogę powiedzieć,
      że Karadżić walczył po rycersku.

      Ostrzeliwując Sarajewo z okolicznych gór?

      - Najpierw należałoby ujawnić raporty generałów sił międzynarodowych. Okazałoby
      się, że Muzułmanie ostrzeliwali serbskie cele, a następnie ustawili działa obok
      szkół, szpitali, przedszkoli. Serbowie oczywiście odpowiedzieli na ogień. Poza
      tym oblężenie miasta było uprawnione. To dopuszczalny manewr w strategii
      wojennej.
      Karadżić poparł Pańską kandydaturę na przewodniczącego Komitetu. Czy utrzymuje
      Pan z nim jakieś kontakty?

      - Poznałem go bliżej i osobiście w 1994 r., w czasie wojny, gdy nasz wspólny
      przyjaciel zawiózł mnie do Pale. Po wojnie widywałem go często przy okazji
      wykładów na tamtejszym wydziale prawa. Spotykaliśmy się gdzieś do roku 1997. O
      ile wiem, od tego czasu nie widział go żaden z naszych wspólnych przyjaciół.
      Sądzę, że rodzina też nie ma z nim bezpośredniego kontaktu, nie wie, gdzie się
      znajduje.

      Moją kandydaturę Karadżić poparł pewnie dlatego, że nie pochodzę z Republiki
      Serbskiej, lecz z Wojwodiny, a jemu zależało na obiektywizmie Komitetu. Udało
      nam się stworzyć instytucję obiektywną także dzięki temu, że większość członków
      jest z zagranicy - głównie z Rosji.

      Jak Pan definiuje serbski interes narodowy?

      - W 1918 r. serbscy przywódcy i elity źle oceniali sytuację. Spodziewali się
      bowiem, że z Chorwatów i Słoweńców można zrobić Jugosłowian. To był fatalny
      błąd. Duża część Serbów przystała na zmianę swej tożsamości z serbskiej na
      jugosłowiańską, osłabiając swoją serbskość, jednakże inne nacje tego nie
      uczyniły. Chorwaci i Słoweńcy bowiem uważali Jugosławię za etap przejściowy w
      drodze do własnej niezawisłości. W pewnym momencie oświadczyli, że stanowią
      wraz z Serbami jeden naród: jeden naród, trzy plemiona - bo to Serbowie byli
      zwycięzcami w I wojnie, podczas gdy Słoweńcy i Chorwaci stali po przegranej,
      austro-węgierskiej stronie. W jednej chwili dzięki sojuszowi z Serbią znaleźli
      się w obozie zwycięzców. I wtedy przypomnieli sobie, że są Chorwatami i
      Słoweńcami.

      To był właśnie fatalny błąd, tak jak fatalny błąd doprowadził do rozbiorów i
      zniknięcia Polski z mapy Europy. Ale Polacy, gdy w grę wchodzą ich interesy
      narodowe, działają razem. My, Serbowie, jesteśmy, niestety, podzieleni.

      Czy Pan, wychowany w czasach socjalizmu, zawsze miał tak jasną świadomość
      swojej narodowej tożsamości, serbskich korzeni?

      - Z takiej rodziny pochodzę, moi bliscy od zawsze byli Serbami. Poza tym w
      Wojwodinie żywa jest pamięć madziaryzacji, życia w obcym państwie -
      • ignorant11 Re: W obronie Karadżicia (3) 06.03.04, 13:46
        - Z takiej rodziny pochodzę, moi bliscy od zawsze byli Serbami. Poza tym w
        Wojwodinie żywa jest pamięć madziaryzacji, życia w obcym państwie - to nas
        różni od Serbów mieszkających na południe od Sawy i Dunaju. W moich stronach
        Serbowie zawsze byli bardziej nacjonalistyczni, gdyż ich serbskość była
        zagrożona. Niedawno w związku ze śmiercią mojej matki zmuszony byłem sięgnąć po
        jej akt urodzenia. Zauważyłem, że jej nazwisko Ilić - a urodziła się w 1917 r. -
        zapisano łacińskim alfabetem jako Iles. Tak właśnie próbowano zacierać ślady
        serbskiej tożsamości.

        W Serbii uchodzi Pan za nacjonalistę...

        - Dla mnie znaczy to tyle, że jestem patriotą.

        Angażował się Pan mocno w proces przywracania demokracji. Czy można być
        nacjonalistą i demokratą?

        - Takie pytania biorą się z amerykanizacji i globalizacji. Ja jestem liberałem
        i byłem nim nawet wtedy, gdy wszyscy byli komunistami. W 1973 r. opublikowałem
        pracę doktorską "Granice wolności w demokracji". Dowodziłem w niej w duchu
        liberalnym, że demokracja może zagrażać wolności, stając się tyranią większości
        bądź rządami przeciętności, i może sprzyjać utracie indywidualizmu.

        Dwa lata później ukazała się moja książka "Społeczeństwo otwarte: polityczny
        liberalizm Karla Poppera". I wiem, że wszyscy wielcy liberałowie, poczynając od
        Edmunda Burke'a, Johna Stuarta Milla i Alexisa de Tocqueville'a, byli nie tylko
        zwolennikami wolności, ale też wielkimi patriotami. Tocqueville mówił, że
        poczucie dumy narodowej jest jedynym, co nam pozostało.

        Poczucie tożsamości narodowej jest wartością samą w sobie, której nigdy nie
        stawia się pod znakiem zapytania. Jednakże były też państwa budowane na innej
        zasadzie - imperium osmańskie, Imperium Rzymskie, carska Rosja, a dziś USA.
        Imperia nie są homogeniczne, lecz zawłaszczają, ile mogą, i mają tendencję do
        rozprzestrzeniania się - póki nie zaczną się rozpadać od środka. Oto sens
        globalizacji czy raczej mondializacji. Rzym zniszczył cywilizację Etrusków, ale
        nie udało mu się unicestwić cywilizacji greckiej ani żydowskiej, aż wreszcie
        zaczął gnić od środka. To samo spotka pewnego dnia Amerykę.

        W przeciwieństwie do USA Polska jest państwem homogenicznym, co miewało swoje
        negatywne skutki, takie jak antysemityzm. Polacy widzieli w Żydach zagrożenie
        na drodze do stworzenia tożsamości narodowej.

        Ale dziś Polska wstępuje do Unii, a jej elity polityczne są proamerykańskie...

        - Kiedy gen. Jaruzelski wprowadził stan wojenny, nie tylko polscy liberałowie,
        ale wszyscy patrioci podnieśli krzyk - a wraz z nimi cała Europa i Ameryka.
        Owszem, zostały zagrożone prawa człowieka, lecz przecież zamachu stanu dokonał
        Polak. Władza, choć autorytarna, pozostała jednak narodowa.

        Kant twierdził, że porządek wewnętrzny, nawet autorytarny, nie może być dla
        nikogo pretekstem do ataku z zewnątrz. Nie można siłami zewnętrznymi
        zaprowadzać rządów prawa, porządku, pokoju i wszelkich innych wartości, na
        których straży powinno stać państwo. A dziś, gdy Polska wysłała swe wojska, by
        okupować część Iraku - ocierając się co chwila o możliwość popełnienia zbrodni,
        tak jak popełniają je Amerykanie - polska opinia zachowuje stoicki spokój. To
        dowodzi, jak bardzo Polacy się zmienili. Być może też chcieliby odgrywać
        większą rolę, ale nie bardzo mogą, tkwiąc między Rosją i Niemcami...

        Polscy intelektualiści zachowują krytycyzm wobec Zachodu i interwencji w Iraku.
        Jeśli opowiadają się za NATO, to dlatego, że pamiętają o ciężkich
        doświadczeniach swojej historii.

        - Mówi pani tak, jak zazwyczaj wypowiadają się zachodni dziennikarze i
        intelektualiści. Użyła pani słowa "interwencja" - a to jest agresja na Irak,
        nie interwencja. Interwencja jest moralnie neutralna, podczas gdy agresja jest
        zbrodnią przeciw pokojowi.

        Amerykanie nazywają bojowników irackiego ruchu oporu terrorystami. Gdy jednak
        członkowie terrorystycznej organizacji ANA atakują macedoński patrol policyjny,
        wtedy słyszymy, że to "ethnic albanian militants". Intelektualista nie powinien
        tak mówić, zwłaszcza gdy w grę wchodzi najbardziej śmierdząca okupacja.
        W Iraku nie chodzi o zaprowadzenie wolności i demokracji, ale o bezpłatny
        dostęp do ropy, o apetyty USA i innych potęg. Już widać, że następnym celem
        będzie Iran. Gdy Amerykanie opanują wszystkie źródła ropy, zmuszą producentów
        do obniżenia jej ceny. Przy okazji wyczerpią naturalne bogactwa Bliskiego
        Wschodu. Branie w tym udziału jest haniebne.

        Jak Pan ocenia wybory parlamentarne w Serbii w grudniu zeszłego roku?

        - Takich wyników można się było spodziewać. Międzynarodowe czynniki nadużyły,
        niestety, zaufania wszystkich sił, które obaliły Miloszevicia. Zamiast wspomóc
        odnowę kraju zniszczonego przez NATO, udzielić mu wsparcia finansowego na wzór
        planu Marshalla dla pokonanych Niemiec, zainwestowano tu minimalne, niemal
        symboliczne pieniądze, oczekując w zamian całkowitej dyspozycyjności. To
        dlatego opinia publiczna ma poczucie, że tzw. rząd demokratyczny nie jest w
        stanie uczynić nic dobrego dla własnego narodu, a jednocześnie naraża go na
        wielkie poniżenie. Kompromitująca współpraca z Trybunałem w Hadze stała się dla
        ludzi sygnałem, że w Belgradzie władzę sprawują nie patrioci, lecz quislingowie.

        W rezultacie tzw. partie demokratyczne wypadły w wyborach marnie, a najwięcej
        głosów zebrała Serbska Partia Radykalna, która posługuje się retoryką
        nacjonalistyczną. Poważni analitycy z pewnością dostrzegają, że ta retoryka nie
        jest szczera, lecz okazjonalna. Ale to ona, niestety, zwycięża, gdyż druga
        strona nie tylko nie znalazła języka przemawiającego do narodu, lecz na dodatek
        prowadzi politykę szkodliwą, a w wielu sprawach - powtarzam - zdradziecką.

        I jeszcze jedno. Obce siły stosują na Bałkanach różne kryteria. Gdy w Chorwacji
        zwycięża HDZ - partia, która skutecznie oczyściła Chorwację z Serbów - wówczas
        wprawdzie niechętnie, ale uznaje się to za normalny wynik demokratycznych
        wyborów. Kiedy to samo stało się w Serbii, gdzie partia Szeszelja zdobyła
        jedynie względną większość głosów [28 proc.], dzwony zaczynają bić na alarm i
        pojawiają się naciski, by z radykałami w żadnym razie nie tworzyć koalicji.

        przeł. Dorota Jovanka Ćirlić

        Z Kostą Czavoszkim rozmawiała Nastasja Radović, dziennikarka niezależnego
        belgradzkiego pisma "Republika"

        Kim jest Kosta Czavoszki?

        Jego drogę życiową uznać można za symbol losów serbskiego intelektualisty
        zaangażowanego w politykę. Jako student związał się z partią komunistyczną. Po
        studiach pracował na wydziale prawa uniwersytetu w Belgradzie. W 1974 r.
        wystąpił z partii razem ze swym uczelnianym kolegą Vojislavem Kosztunicą - obaj
        krytykowali nową konstytucję Jugosławii. Został wówczas usunięty z uczelni.

        Do polityki wrócił w 1990 r. Był w gronie założycieli Partii Demokratycznej.
        Sprzeciwiał się przystąpieniu partii do wyborów w grudniu 1991 r., twierdząc,
        że zostaną one zmanipulowane przez obóz Miloszevicia. Po wyborach, w których
        demokraci zdobyli zaledwie siedem mandatów, wystąpił z partii.

        Związał się z Serbską Partią Liberalną. Głośna była jego książka "Partyjny
        pluralizm i monizm" napisana wspólnie z Kosztunicą. Dziś wykłada w Belgradzie
        filozofię prawa i filozofię polityczną, jest też wykładowcą w Pale (Republika
        Serbska w Bośni), członkiem korespondentem Serbskiej Akademii Nauki i Sztuki.
        Przewodniczy Międzynarodowemu Komitetowi Prawdy o Radovanie Karadżiciu.

        Miłada Jędrysik: Świat według Czavoszkiego

        Z poglądami Kosty Cavoszkiego nie zamierzam polemizować. Redakcja "Gazety"
        publikuje ten wywiad, mając nadzieję, że pokazanie sposobu myślenia wciąż dużej
        części serbskich elit pozwoli na lepsze zrozumienie problemów, z jakimi boryka
        się Serbia. Jednak Czavoszki wielokrotnie mija się z prawdą.

        *** "Miloszević (...) oddał Serbów w Zachodniej Slawonii, jest więc
        odpowiedzialny za zagładę tych ludzi".

        W raporcie Human Rights Watch o operacji o
        • ignorant11 Re: W obronie Karadżicia (4) 06.03.04, 13:49
          *** "Miloszević (...) oddał Serbów w Zachodniej Slawonii, jest więc
          odpowiedzialny za zagładę tych ludzi".

          W raporcie Human Rights Watch o operacji odbicia z rąk serbskich separatystów
          Zachodniej Slawonii czytamy: "Naruszenia praw i zwyczajów wojny nie były
          powszechne". Według HRW siły chorwackie mogły z rozmysłem strzelać do serbskich
          cywilów, niektórych aresztowanych bito i upokarzano. Dokładna liczba serbskich
          ofiar nie jest znana: władze chorwackie najpierw podawały liczbę od 350-450,
          potem 188 zabitych. Większość z 13 tys. mieszkańców enklawy uciekła (do
          Serbii). Dziś mieszka w niej ok. 7 tys. Serbów.

          *** W Trybunale Haskim "stosuje się zasadę odpowiedzialności zbiorowej".

          Przykłady Czavoszkiego mają świadczyć o tym, że stających przed Trybunałem VIP-
          ów oskarża się o zbrodnie popełnione przez ich podwładnych bez wyraźnego
          rozkazu. Trybunał rzeczywiście w sposób precedensowy stosuje zasadę
          odpowiedzialności przywódczej, ale w kolejnych procesach skazywano dowódców
          wojskowych i liderów politycznych bośniackich Serbów (choćby b. wiceprezydent
          Republiki Serbskiej Biljanę Plavszić, która przyznała się do winy) za
          udział "we wspólnym kryminalnym przedsięwzięciu" - stworzeniu i konsekwentnym
          wprowadzaniu w życie planu krwawych etnicznych czystek. Również Radovan
          Karadżić jest o to oskarżony.

          *** "W Afganistanie (...) użyto bomb nuklearnych"

          Plotka o użyciu ładunków atomowych podczas zdobywania Mazar-i-Szarif i kryjówek
          al Kaidy w Tora Bora krążyła uporczywie jak wiele podobnych podczas innych
          wojen. Administracja Busha rzeczywiście zleciła badania nad pociskami
          manewrującymi wyposażonymi w głowice nuklearne, które mogłyby niszczyć
          podziemne składy broni. Eksperci twierdzą jednak, że ich użycie byłoby zbyt
          ryzykowne. W rejonie Tora Bora znajdowały się amerykańskie siły specjalne,
          sprzymierzone z USA wojska Sojuszu Północnego i setki dziennikarzy. W Mazar-i-
          Szarif była jeszcze ludność cywilna. Wybuch takiego pocisku doprowadziłby do
          skażenia i zagrożenia dla życia i zdrowia - tymczasem nie było takich
          doniesień.

          *** "W Sarajewie Muzułmanie ostrzeliwali serbskie cele, a następnie ustawili
          działa obok szkół, szpitali, przedszkoli".

          To ulubiony argument serbskiej propagandy. W zeznaniach przed Trybunałem mówili
          o tym również b. oficerowie sił ONZ. Wszyscy jednak podkreślali, że były to
          przypadki sporadyczne. Nieskończona ilość świadectw: mieszkańców Sarajewa,
          dziennikarzy, pracowników organizacji humanitarnych i tych samych oficerów,
          mówi o codziennym polowaniu na cywilów przez serbskich snajperów, o
          ostrzeliwaniu cywilnych celów, w pobliżu których nie było bośniackich baterii,
          o tym, że bezpieczniej było na pierwszej linii frontu niż w centrum miasta.
          Tylko jeden przykład: w 1993 r. władze Sarajewa postanowiły, że pogrzeby będą
          odbywać się w nocy, bo serbska artyleria notorycznie ostrzeliwała procesje
          żałobne.

          Przed trzema miesiącami Trybunał Haski skazał w pierwszej instancji gen.
          Stanislava Galicia, dowódcę oblegającego miasto korpusu Romanija, na 20 lat
          więzienia za zbrodnie przeciw ludzkości oraz łamanie praw i zwyczajów wojny.
          Według przyjętego przez sąd raportu na temat liczby ofiar, (tych tylko, które
          zginęły w wyniku akcji zbrojnej, a nie zmarłych wskutek chorób), opartego na
          wywiadach z 85 tys. mieszkańcami Sarajewa, od 10 września 1992 do 10 sierpnia
          1994 r., gdy Galić stał na czele korpusu, minimalna liczba ofiar w oblężonym
          mieście to 3 tys. 798 osób (w tym 1339 cywilów). Minimalna liczba rannych to 12
          tys. 919 (5 tys. 93 cywilów). Wśród zabitych było co najmniej 670 kobiet, 295
          dzieci i 85 starców. Oblężenie Sarajewa trwało jeszcze do listopada 1995 r.

          Miłada Jędrysik


          Rozmowa z Kostą Czavoszkim, Miłada Jędrysik





          Pozdrawiam i zapraszam na:
          Forum Słowiańskie
          nakarm dziecko, kliknij w pajacyka TERAZ:
          www.pajacyk.pl
          Ignorant
          +++
    • alex.4 Re: W obronie Karadżicia 06.03.04, 15:08
      Karadzic jest winien rozpętania okrutnych czystek etnicznych. To on firmował
      politykę wojska serbskiego w Bośni. Jest on winien ludobójstwa. Nie ma czynnikó
      łagodzących
      pozdr
      • ignorant11 Re: W obronie Karadżicia 06.03.04, 19:48
        alex.4 napisał:

        > Karadzic jest winien rozpętania okrutnych czystek etnicznych. To on firmował
        > politykę wojska serbskiego w Bośni. Jest on winien ludobójstwa. Nie ma
        czynnikó
        > łagodzących
        > pozdr


        Sława!

        Juz go osądziłeś?

        Pozdrawiam i zapraszam na:
        Forum Słowiańskie
        nakarm dziecko, kliknij w pajacyka TERAZ:
        www.pajacyk.pl
        Ignorant
        +++
      • witomir Zanim wysuniesz taką tezę poznaj trochę faktów 06.03.04, 20:11
        polecam trochę faktów i obiektywizmu
        przeczytaj to www.gavagai.pl/nato/ poznasz prawdę o konflikcie
        bałkańskim
        • alex.4 Re: Zanim wysuniesz taką tezę poznaj trochę faktó 07.03.04, 15:42
          to Serbowie mordowali. A przyjnajmniej mieli zdecydowanie najwięcej na
          sumieniu. Karadzić stał na czele włądz bośniackich serbów. On ponosi
          odpowiedzialność za zbrodnie jakie dokonała armia serbska. tak jak Hitler
          ponosił odpowiedzialność za zbrodnie nazistów.
          Karadzić to taki mały Hitler
          pozdr
          • witomir Bzdury opowiadasz chłopie!! 07.03.04, 17:41
            przeczytaj to o co cię prosiłem ! nie można jednoznacznie obarczać jednego
            narodu i jego przywódcy za rozpętanie bałkańskiego piekła nie ma nic gorszega
            jak mówienie że to wszystko wina Serbów
            poznaj historię i wyzbądź się tych demoliberalnych dogmatów że wszystkiemu
            winni są źli Serbowie dość już mam takiego bełkotu!

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka