ignorant11
06.03.04, 13:41
Sława!
Kosta Czavoszki, człowiek, który broni Karadżicia
Rozmowa z Kostą Czavoszkim, Miłada Jędrysik 27-02-2004, ostatnia
aktualizacja 27-02-2004 21:17
Wojnie domowej zawsze towarzyszą zbrodnie. Dlatego zależy mi, by postać
Radovana Karadżicia, która obrosła już mitami, nie została zbrukana - mówi o
przywódcy bośniackich Serbów ściganym za zbrodnie wojenne serbski
intelektualista Kosta Czavoszki, przewodniczący Międzynarodowego Komitetu
Prawdy o Radovanie Karadżiciu. Miłada Jędrysik: Świat według Czavoszkiego
czytaj dalej »
Nastasja Radović: Jak Pan ocenia ekipę Demokratycznej Opozycji Serbii, która
rządziła krajem do grudnia zeszłego roku?
Kosta Czavoszki: Coraz więcej ludzi uważało, że władza jest całkowicie
skorumpowana. Straciła zaufanie narodu, a tym samym legitymizację. Ekipie tej
można też postawić zarzut dużo poważniejszy - była to władza quislingowska
[Vidkun Quisling - polityk norweski, w latach 1940-45 stał na czele rządu
kolaborującego z III Rzeszą - red.].
Polacy nie są w tej kwestii zbyt wrażliwi. Powód? Zgadzają się z każdą
dyrektywą USA i posłali swe siły okupacyjne do Iraku, kraju zdeptanego przez
agresora. Ponieważ my nie jesteśmy aż takimi przyjaciółmi Ameryki, lecz
krajem, który Ameryka w 1999 r. bezprawnie napadła, popełniając zbrodnię
przeciw pokojowi dotąd nieosądzoną - staliśmy się wyczuleni na tym punkcie.
Nasz rząd był władzą, która - wybrana i opłacana przez naród - najmniej dbała
o jego interesy, a bardziej o interesy obcych: USA, Unii Europejskiej,
poniekąd też o interesy Chorwatów, Muzułmanów, Albańczyków, naszych sąsiadów
będących naszymi wrogami.
Mogę wskazać wiele przykładów. Choćby ten: Bośnia oskarżyła Jugosławię przed
Międzynarodowym Trybunałem w Hadze o popełnienie rzekomych zbrodni
ludobójstwa w czasie wojny. Ponieważ Jugosławia ratyfikowała konwencję o
zapobieganiu i karaniu owych zbrodni, nie mogliśmy zakwestionować kompetencji
Trybunału. Nasz rząd - cokolwiek by powiedzieć o czasach Miloszevicia -
wniósł jednak kontroskarżenie. Tymczasem Goran Svilanović [szef MSZ Serbii i
Czarnogóry - red.], nie pytając nikogo, wycofał je. W Trybunale pozostało
więc tylko oskarżenie Bośni.
Przykład jeszcze bardziej charakterystyczny. W 1999 r., zaraz na początku
bezprawnej agresji na Jugosławię, nasz rząd wniósł w tej sprawie oskarżenie
do Hagi. Musiało być ono dobrze udokumentowane, skoro tak bardzo zmartwiło
NATO, że od poprzedniej ekipy zażądano jego wycofania. Nasz rząd oświadczył,
że gotów jest to uczynić, pod warunkiem że Bośnia pod naciskiem USA też
wycofa swoje oskarżenia. Wtedy jednak, znów z nikim tego nie konsultując,
Svilanović podjął działania, które otwierały drogę do cichego wycofania
oskarżeń w zamian za udział Serbii i Czarnogóry w tzw. Partnerstwie dla
Pokoju.
Pan jest przeciwny udziałowi Serbii w Partnerstwie i w NATO?
- Trudno wejść do organizacji, która cztery lata wcześniej napadła na nas. To
tak, jakby Polakom doradzać, by znów wstąpili do Układu Warszawskiego.
Co Pan sądzi o Miloszeviciu? W jaki sposób działacz partii komunistycznej
wyrósł w oczach społeczeństwa na jedynego obrońcę serbskich interesów
narodowych, na przywódcę?
- On nigdy nie był przywódcą narodu. Najwyżej tzw. przywódcą, któremu,
niestety, uwierzyła część serbskiej elity. A w ślad za nią zwykli ludzie.
Ma Pan na myśli elitę z Serbskiej Akademii Nauki i Sztuki?
- Nie tylko, myślę o wielu czołowych intelektualistach. Zresztą nie wszyscy
akademicy poparli Miloszevicia.
Ale duża część...
- Spora. Już w 1991 r. opublikowałem książkę "Slobodan przeciw wolności".
Pisałem w niej, że Miloszević to przywódca autorytarny, który wprowadził
reżim podobny do rzymskiego cezaryzmu, że wykorzystał narodowe uczucia i
nadzieje, by umocnić swą władzę.
Jak się okazało, był on nie tylko nacjonalistą, ale stał się też zdrajcą
narodu. 1 maja 1995 r. oddał Serbów w zachodniej Slawonii, jest więc
odpowiedzialny za zagładę tych ludzi. Na początku sierpnia 1995 r. zdradził
Krainę. Fatalnie reprezentował Republikę Serbską w Dayton [w maju 1995 r.
siły chorwackie odbiły w zachodniej Slawonii terytorium kontrolowane przez
separatystów serbskich; porozumienie z Dayton podpisane 14 listopada 1995 r.
przez przywódców Belgradu, Zagrzebia i Sarajewa regulowało status Bośni i
Hercegowiny; w toku negocjacji Miloszević reprezentował interesy enklawy,
którą przekształcono w Republikę Serbską w Bośni]. Poczynił duże ustępstwa
wobec Muzułmanów ze szkodą dla interesów serbskich. I wreszcie - oddał
Chorwatom Baranję, Vukovar i zachodni Srem. Wszystko to było zdradą narodu.
Na koniec stracił Kosowo i Metochię [oficjalna serbska nazwa prowincji]. Tak
więc nie można mówić, że Miloszević kiedykolwiek prowadził politykę narodową.
A jaka inna polityka była możliwa? Czy w ogóle realne było połączenie
terytoriów, do których rościli sobie pretensje serbscy nacjonaliści? Idea
Wielkiej Serbii była fatamorganą...
- Otóż nie. Miloszević powinien był bronić granic państwa, w którym żyliśmy.
Państwa, które nazywało się Socjalistyczna Federacyjna Republika Jugosławii,
było członkiem ONZ, a jego granic nie kwestionował nikt na forum
międzynarodowym. A on tymczasem, porozumiawszy się ze słoweńskim prezydentem
Milanem Kuczanem, uznał, że można przystać na secesję Słowenii, a następnie
oderwać od Chorwacji te ziemie, na których Serbowie stanowią większość. W
efekcie państwo zaczęło się rozpadać i nie można już było tego procesu
zatrzymać. Została nam tylko niepewna unia konfederacyjna z Czarnogórą.
Jest Pan zatem przeciwnikiem Miloszevicia...
- Jestem nim od 15 lat.
Pozdrawiam i zapraszam na:
Forum Słowiańskie
nakarm dziecko, kliknij w pajacyka TERAZ:
www.pajacyk.pl
Ignorant
+++