eliot "Rekonstrukcja narodów" 24.04.07, 08:24 www.gazetawyborcza.pl/1,75248,4083695.html Wschodnioeuropejski Rashomon Wojciech Orliński2007-04-23, ostatnia aktualizacja 2007-04-24 01:08 Co zachwyca Amerykanina w naszej części Europy? Unikalny eksperyment stworzenia "tygla narodów" na dobre dwa stulecia przed podobną próbą w Ameryce Północnej Rekonstrukcja narodów. Polska, Ukraina, Litwa, Białoruś 1569-1999 Timothy Snyder przeł. Magda Pietrzak-Merta, Pogranicze, Sejny Profesor Timothy Snyder z Uniwersytetu Yale to człowiek rozmiłowany w historii Polski. W odróżnieniu od Normana Daviesa, który stara się pisać książki o naszej historii, przyjmując nasz punkt widzenia, Snyder spogląda na nas z perspektywy Amerykanina. Jako Walijczyk Davies instynktownie rozumie wszystkie dramaty i paradoksy związane z nacjonalizmem społeczności zagrożonych przez potężnych sąsiadów, silniejszych kulturowo i politycznie. Snyder zaś spogląda na nas oczami mieszkańca kraju, który z hasła o "tyglu narodów" uczynił swoje nieformalne motto. Jego książka jest opisem unikalnego eksperymentu stworzenia takiego tygla w Europie Środkowo-Wschodniej, na dobre dwa stulecia przed taką próbą w Ameryce Północnej. Snyder opisuje ten eksperyment z uznaniem, akcentując fakt, który my rzadko dostrzegamy, ale który widać z perspektywy USA. Aż do początku XX wieku większość mieszkańców dawnej Rzeczypospolitej Obojga Narodów odczuwała przynależność do większej wspólnoty niedeterminowanej przez język, jakim mówili na co dzień. Józef Piłsudski określał siebie jako "Litwina", nawet gdy jego federalistyczna polityka poniosła całkowite fiasko i każdy musiał jednoznacznie opowiedzieć się po stronie Warszawy lub Kowna. To drugie wybrał w końcu jego bliski przyjaciel i współpracownik Michał Roemer. Z polskiego punktu widzenia Roemer, który od 1920 roku działał już w polityce litewskiej jako Mykolas Roemeris, był zdrajcą - tak jak etykietkę zdrajcy polskiej sprawy przypisujemy Andrzejowi Szeptyckiemu, greckokatolickiemu metropolicie Kijowa, postaci symbolizującej ukraińskie dążenia niepodległościowe. Jego rodzeni bracia są jednak z kolei ikonami polskiej niepodległości - Stanisław Szeptycki był polskim generałem, który zajął dla nas Katowice, innych za Polskę zamęczyli Sowieci i hitlerowcy. Zamiast wyszukiwać renegatów i patriotów, Snyder przyjmuje narrację kojarzącą się z "Rashomonem" Kurosawy - filmem, w którym to samo zdarzenie widziane oczami trojga ludzi jawi się całkiem inaczej. Dzieje czterech współczesnych narodów, które wyłoniły się z państwa ustanowionego Unią Lubelską, śledzi aż do lat ostatnich - w kolejnych rozdziałach przyjmując punkt widzenia każdego z nich. Choć tamto państwo nazywano Rzeczpospolitą Obojga Narodów, narody mamy dzisiaj cztery. Do spuścizny po Wielkim Księstwie Litewskim przyznają się tak Litwini, jak Białorusini. Pogoń ("Pahonia") jest do dzisiaj herbem niepodległej Litwy i niepodległościowego ruchu na Białorusi. Czwartym narodem są Ukraińcy, których nierównoprawne traktowanie stało się jedną z najważniejszych przyczyn upadku państwa zawiązanego przez Unię Lubelską. Piątą opowieścią obecną w tej książce jest historia Żydów na ziemiach Rzeczypospolitej. Nie da się jej doprowadzić do współczesności, bo brutalnie przerwał ją Holocaust - ale nie można jej pominąć. Pisząc o Wilnie, Snyder opisuje roszczenia polskie, litewskie, a nawet białoruskie do tego miasta (Wilno było stolicą krótkotrwałej republiki litewsko-białoruskiej proklamowanej w 1919 r.) - ale jednocześnie przypomina, że ogromną rolę w tym mieście odgrywali właśnie Żydzi, stanowiący w 1914 roku ok. 40 proc. mieszkańców. Wilno pojawia się w książce Snydera wielokrotnie, bo to miasto dobrze ilustruje paradoksy nacjonalizmów. Gdy Stalin zajął je w roku 1939, wielkie nadzieje wiązali z tym białoruscy komuniści i litewscy nacjonaliści. 20 lat wcześniej Wilno było stolicą republiki litewsko-białoruskiej, a komunistyczna propaganda w okupowanym mieście posługiwała się językiem białoruskim - w Wilnie roku 1939 znacznie bardziej popularnym od litewskiego. Stalin zdecydował jednak przekazać Wilno Litwie (wtedy jeszcze formalnie niepodległej). Białoruskich komunistów deportowało NKWD. A Snyder cytuje relacje Litwinów rozczarowanych tym, co przyniosło zajęcie "historycznej stolicy": "Zamiast wymarzonej królewny z bajek patrzyła na nich nieznajoma, obca, mówiąca cudzym językiem ulica". Zresztą rok później litewscy przywódcy powtórzyli los Białorusinów, gdy Stalin uznał, że niepodległa Litwa nie jest mu już potrzebna. W XX wieku dzieje narodów dawnej Rzeczypospolitej zależały od kaprysów Stalina i Hitlera arbitralnie wyznaczających granice i skazujących całe grupy etniczne na zagładę lub przesiedlenie. Skuteczność polityki prowadzonej przez każdy z czterech narodów zależała więc od zręczności w lawirowaniu między totalitarnymi mocarstwami. Z polskiego punktu widzenia polityka nacjonalistów litewskich, którym bliżej było zawsze do Stalina czy Hitlera niż do polskiego sąsiada (z którym Litwa formalnie pozostawała w stanie wojny przez całe dwudziestolecie międzywojenne), zdawała się zdradziecko samobójcza. Doprowadziła ich w końcu do statusu republiki radzieckiej, podczas gdy my w PRL byliśmy jednak o jeden krok bliżej wolności. Taka jest nasza wersja, ale w książce Snydera znajdziemy tę samą historię pokazaną z litewskiego punktu widzenia - gdzie jawi się ona z kolei jako skrajnie cyniczny pragmatyzm. Inne wybory przyjęte w roku 1920 czy 1939 najprawdopodobniej doprowadziłyby do tego, że dziś na mapie nie byłoby niepodległej Litwy, paradoksalnie łatwiej bowiem było litewskiej tożsamości przetrwać w ZSRR, niż oprzeć się polonizacji. Książka Snydera burzy wiele politycznych stereotypów - nie mieliśmy dotąd na naszym rynku publikacji tak ciekawie pokazujących np. litewski punkt widzenia na trwającą na Wileńszczyźnie pod niemiecką okupacją polsko-litewską wojnę domową czy też ukraińską narrację o rzezi na Wołyniu i akcji "Wisła". Z wielkim uznaniem Snyder pisze o polityce zagranicznej Trzeciej Rzeczypospolitej. Program wypracowany przez "Kulturę" paryską udało się skutecznie wcielić w życie dzięki polityce szefa MSZ Krzysztofa Skubiszewskiego. Dając przykład sąsiadom, Polska prowadziła politykę dobrej woli, na którą, to prawda, nie zawsze znajdowała odpowiedź po drugiej stronie granicy. Jednak ta polityka przyniosła dobre skutki - mimo ogromnych rachunków krzywd w XX wieku na linii Polska - Ukraina i Polska - Litwa nie ma dziś żadnych zaognionych kwestii, które wciąż wracają choćby w czworokącie Słowacja - Węgry - Rumunia - Ukraina, nie mówiąc już o dawnej Jugosławii. Jej wartość widać zaś najciekawiej tam, gdzie poniosła jedyną porażkę - w przypadku Białorusi. Jedynego partnera gotowego podjąć współpracę z Polską w duchu programu "Kultury" paryskiej mieliśmy w demokratycznych siłach przelotnie rządzących Białorusią w latach 1992-95. Późniejsza polityka Łukaszenki polegała na zawróceniu kraju z prozachodniej orientacji przyjętej przez Litwę i Ukrainę. Tym samym okazało się, że dla krajów powstałych z dawnej Rzeczypospolitej Obojga Narodów droga do demokratycznej wspólnoty europejskiej prowadzi przez przyjazną współpracę w duchu, jaki zaproponowała Polska natychmiast po odzyskaniu niepodległości. Alternatywą jest dyktatura szukająca oparcia w Rosji. Ostatni rozdział Snyder zatytułował "Powrót do Europy". Gdy pisał swoją książkę pięć lat temu, nie mógł jeszcze wiedzieć, jak niespodziewaną puentę do jego opowieści napisze samo życie - zgaduję, że na wieść o przyznaniu Polsce i Ukrainie Euro 2012 duchy Jerzego Giedroycia i Józefa Piłsudskiego otworzyły w zaświatach szampana. Źródło: Gazeta Wyborcza Odpowiedz Link
eliot Re: Rzeczpospolita... 13.12.07, 14:37 Kilkadziesiąt lat po Powstaniu Styczniowym - końcówka XIX - poczatek XX w. Daleka Witebszczyzna. Wspomina Józef Łobodowski ["Wiadomości" nr 4 23 (949) z dn. 7.06.1964 r. : "Koncepcje wschodnie Piłsudskiego"]: "JŁ: I kilkadziesiąt lat po powstaniu (z 1963 r.) tradycja dawnej Rzeczypospolitej żyła wśród ludzi i objawiała się w najbardziej nieraz niespodziewanych okolicznościach. Tak się złożyło, że powierzono mi opracowanie do druku pamiętników Jełowieckiego. Natrafiłem w nim na spotkanie, które idealnie odpowiada temu, co mówi Piłsudski [...]. Jełowiecki wielokrotnie słyszał o słynnym "miedwieżatniku", czyli myśliwym na niedźwiedzie imieniem Nikifor. Na pytanie czy zabił kiedyś niedźwiedzia w barłogu, Nikifor zaprzeczył z oburzeniem [...]. <<To tylko, jak słyszałem , Moskale w wołogodzkiej guberni tak robią i nawet niedźwiedzice z małymi mordują, ale u nas w Polszcze takich podleców nie ma>>. Jełowiecki zdziwił się, gdyż Nikifor mówił wyłącznie po rosyjsku. << Nie, Panie - odpowiedział - my tu nie Ruskie, my witebskie Poljaki, a Moskale mieszkają po tamtej stronie granicy, w pskowskiej guberni. My nie chłopstwo, my wolni włościanie, nadzieleni ziemią jeszcze przez polskiego króla, Stiepana Batorija>>. Oczywista - pisze Łobodowski - że we wszystkich tych wypadkach słowo <<Polska>>, <<Polszcza>> oznaczało nie naród, lecz państwo, dawną Rzeczpospolitą". ------------------------- To właśnie było w tym najciekawsze, że to poczucie wspólnoty przetrwało kilkaset lat i to na samym dole społecznej drabiny. Odpowiedz Link
eliot Re: Rzeczpospolita... spuścizna... (1) 25.08.08, 10:49 www.rp.pl/artykul/61991,180354_Zobaczyc_Kresy_.html Zobaczyć Kresy Grzegorz Górny 23-08-2008, ostatnia aktualizacja 23-08-2008 07:33 Bez poznania historii i dziedzictwa dawnych ziem wschodnich Rzeczypospolitej nie będziemy w stanie zrozumieć samych siebie - pisze Grzegorz Górny źródło: Rzeczpospolita Nowogródek na XIX-wiecznej litografii według rysunku Napoleona Ordy źródło: BEW Zamek w Podhorcach źródło: PAP Ostra Brama w Wilnie; autor zdjęcia: Remigiusz Sikora +zobacz więcejW „Eseju o duszy polskiej” Ryszard Legutko pisze o pewnym zerwaniu ciągłości historycznej, jakie nastąpiło w Polsce po 1945 r. Jednym z jego elementów była utrata ziem nazywanych Kresami. Na mocy porozumień zawartych w Jałcie i Poczdamie Polska wydziedziczona została z ponad połowy swojego przedwojennego terytorium. Aż 52 proc. powierzchni II RP znalazło się poza granicami PRL. Były to ziemie szczególnie ważne dla formowania się polskiej tożsamości narodowej. Urwany obwarzanek W czasach nowożytnych największy wpływ na kształtowanie narodowej świadomości miała literatura. Na zbiorową wyobraźnię Polaków w największym stopniu oddziaływały zaś „Pan Tadeusz” Adama Mickiewicza i „Trylogia” Henryka Sienkiewicza. Nie jest przypadkiem, że akcja tych utworów rozgrywa się na ziemiach nazywanych Kresami: na Litwie, Białorusi i na Ukrainie. O żywotności obu dzieł świadczy sukces ich kinowych ekranizacji dokonanych przez Andrzeja Wajdę i Jerzego Hoffmana. Wyobraźnia narodowa Polaków ukształtowana została w dużej mierze przez pejzaże kresowe, ukraińskie stepy, litewskie bory, poleskie bagna, podwileńskie rojsty, naddnieprzańskie brzegi. To na tych ziemiach toczy się akcja „Konrada Wallenroda”, „Księdza Marka”, „Nie-boskiej komedii”, „Zamku kaniowskiego” i wielu innych XIX-wiecznych utworów, w których ciągle powracają pytania związane z naszym bytem narodowym i historycznymi dramatami. Z terenami tymi związane były życie i twórczość takich osobowości, jak Adam Mickiewicz, Juliusz Słowacki, Joachim Lelewel, Seweryn Goszczyński, Aleksander Fredro, Mieczysław Karłowicz, Marian Zdziechowski. To właśnie tam znajdują się magiczne miejsca polskiej literatury, takie jak Drohobycz Brunona Schulza czy Huculszczyzna Stanisława Vincenza. Także dla pisarzy powojennych ziemie te stanowią nieustanny punkt odniesienia, by wspomnieć Tadeusza Konwickiego, Włodzimierza Odojewskiego i Juliusza Stryjkowskiego. Wielkie Księstwo Litewskie jeszcze długo po tym, jak przestało istnieć, nadal pozostawało małą ojczyzną i Czesława Miłosza czy Józefa Mackiewicza. Lwów natomiast jako miasto rodzinne pojawia się w twórczości Józefa Wittlina, Zbigniewa Herberta, Adama Zagajewskiego i Stanisława Lema. Polscy artyści często wywodzili się z warstwy ziemiańskiej i w dworkach, w których się wychowywali, mieli piastunki wywodzące się z rusińskiego lub białoruskiego ludu. To one w dzieciństwie opowiadały im ludowe bajki i przekazy, nasycając wyobraźnię artystyczną młodych paniczów wschodnim folklorem. Mickiewiczowskie „Ballady i romanse” czy „Dziady” są tego najlepszym przykładem. W murach dawnego klasztoru Bazylianów w Wilnie znajdują się cele, w których odsiadywali wyroki filomaci i filareci, z Mickiewiczem na czele, a wśród nich cela, w której dokonała się przemiana Gustawa w Konrada. W tym samym mieście w kościele akademickim obejrzeć można galerię sław uniwersytetu założonego przez Stefana Batorego, z pierwszym rektorem, największym kaznodzieją w dziejach Rzeczypospolitej Piotrem Skargą. We Lwowie znajduje się katedra, w której król Jan Kazimierz składał śluby, i unikatowa kolekcja malarstwa polskiego z płótnami Grottgera, Matejki, Malczewskiego, Wyspiańskiego, Weissa, Wojtkiewicza, Wyczółkowskiego. Takich miejsc związanych z historią i kulturą Polski jest na Wschodzie znacznie więcej, by wspomnieć tylko Brześć, Grodno, Berdyczów, Krzemieniec, Nowogródek, Stanisławów czy Tarnopol. Józef Piłsudski, pochodzący z Wileńszczyzny, powiedział: „Polska jest jak obwarzanek. Wszystko, co najlepsze, znajduje się na jej brzegach”. Po II wojnie światowej wschodnie brzegi zostały urwane. Odpowiedz Link
eliot Re: Rzeczpospolita... spuścizna... (2) 25.08.08, 10:50 Raj dla Żydów i heretyków U trata Kresów oznaczała amputację pewnej części polskiego dziedzictwa i świadomości historycznej. Uczyniła wielką wyrwę w pojmowaniu przez Polaków własnych dziejów i tożsamości. Sprzyjał temu okres PRL z fałszowaniem historii i wymuszonym milczeniem na temat tych terytoriów.Dziś, po upadku komunizmu, wielu historyków i publicystów podkreśla, że tym okresem w naszych dziejach, do którego powinniśmy się odwoływać, by sięgać po wzorce pozytywne, jest Rzeczpospolita Jagiellonów. W czasach jagiellońskich Polska była stawiana innym krajom za wzór do naśladowania przez takich myślicieli, jak Michel de Montaigne czy Erazm z Rotterdamu, który pisał wprost: „Polonia mea est”. Żydzi, wypędzeni z większości krajów Europy Zachodniej, bezpieczne schronienie oraz najlepsze warunki pomyślnego rozwoju znaleźli właśnie w Rzeczypospolitej, którą nazwali Paradis Judeorum (Rajem dla Żydów). Tu cieszyli się takimi przywilejami, jakich nie mieli w innych państwach, i stworzyli unikatowy w skali ówczesnego kontynentu własny samorząd. Gdy Francja pogrążała się w bratobójczych walkach po krwawej nocy św. Bartłomieja, Polacy podczas konfederacji warszawskiej proklamowali tolerancję religijną. Nic dziwnego, że Rzeczpospolita nazywana była wtedy także Paradis hereticorum (Rajem dla heretyków), gdyż innowiercy cieszyli się u nas wolnością religijną. Ów tolerancyjny charakter Rzeczypospolitej związany był w dużej mierze z charakterem polskiego katolicyzmu, który choć był dynamiczny i misyjny, unikał jednak środków przymusu i opierał się na poszanowaniu wolności. To właśnie delegacja polska, z Pawłem Włodkowicem na czele, wywarła duży wpływ na obrady Soboru w Konstancji (1414 – 1418), głosząc, że „wiara ma nie być z przymusu” i sprzeciwiając się idei oraz praktyce nawracania pogan na chrześcijaństwo metodami siłowymi. To nie Wolter w swym „Traktacie o tolerancji”, lecz Jan Zamoyski w polskim sejmie oświadczył innowiercom, że dałby sobie rękę obciąć za ich nawrócenie, lecz dałby drugą rękę, gdyby miano im zadać gwałt. Nie znaczy to, że był obojętny religijnie – podczas pochodów na Wschód Stefana Batorego patronował zakładaniu kolegiów jezuickich, które stały się żywymi centrami ewangelizacji. Drogi Polski i Zachodu rozeszły się jednak, gdyż Rzeczpospolita odrzuciła barbarzyńską zasadę „cuius regio, eius religio”, która zdominowała wówczas życie publiczne na Zachodzie. Spadkobiercą tej polskiej tradycji był w XX wieku Karol Wojtyła, który podczas Soboru Watykańskiego II tworzył deklarację o wolności religijnej „Dignitatis humanae”. Znalazło się w niej znamienne zdanie: „prawda nie inaczej się narzuca jak tylko siłą samej prawdy, która wnika w umysły jednocześnie łagodnie i silnie”. Demokracja kontra tyrania W czasach jagiellońskich Rzeczpospolita stworzyła odrębny projekt cywilizacyjny rywalizujący na Wschodzie z projektem moskiewskim. Wśród elit rosyjskich XVII wieku kultura polska była szalenie popularna. Język polski był wówczas wręcz obowiązujący na dworze moskiewskim. Kręgi bojarskie i mieszczańskie chętnie przyjmowały polskie obyczaje, mody, literaturę i sztukę. Ta fascynacja wynikała z faktu, że polska demokracja szlachecka była dla części bojarów i mieszczan bardziej atrakcyjna niż azjatycka satrapia carów. Nieprzypadkowo powstało w Moskwie „stronnictwo polskie”, które dążyło do unii z Rzecząpospolitą, a po jego upadku wiele ruskich rodów (jak Massalscy, Mścisławscy czy Szachowscy) wyemigrowało do Polski, przedkładając wolność nad tyranię. Koniec wpływów polskich w Moskwie zbiegł się ze zniszczeniem warstwy, która mogła stanowić alternatywę dla carskiego despotyzmu. Wyrazem owej wolnościowej wizji, która miała tak wielką siłę przyciągania, może być chociażby tekst unii polsko-litewskiej w Horodle (1413), który zaczyna się od słów: „Nie dozna łaski zbawienia, kogo nie wesprze miłość. Ona jedna nie działa marnie: promienna sama w sobie, gasi zawiści, uśmierza swary, użycza wszystkim pokoju, skupia, co się rozpierzchło, podźwiga, co upadło, wygładza nierówności, prostuje krzywe, wszystkim pomaga, nie obraża nikogo, a ktokolwiek się schroni pod jej skrzydła, ten znajdzie bezpieczeństwo i nie ulegnie niczyjej groźbie. Miłość tworzy prawa, włada państwami, urządza miasta, wiedzie stany Rzeczypospolitej ku najlepszemu końcowi, a kto nią pogardzi, ten wszystko utraci. Dlatego też my wszyscy zebrani, prałaci, rycerstwo i szlachta, chcąc spocząć pod puklerzem miłości i przejęci pobożnym ku niej uczuciem, niniejszym dokumentem stwierdzamy, że łączymy i wiążemy nasze domy i pokolenia, nasze rody i herby…”. Ten akt unii „wolnych z wolnymi, równych z równymi” fascynował i przyciągał innych. W 1454 roku stany pruskie, gdzie dominowała ludność czysto niemiecka, wypowiedziały posłuszeństwo zakonowi krzyżackiemu i zwróciły się o przyłączenie do Rzeczypospolitej. W 1561 roku o to samo poprosiły Polskę zniemczone Inflanty. Nasz model republikański pociągał wielu bardziej niż rosyjskie samodzierżawie czy niemiecki absolutyzm. Dalekie echa owego projektu wolnościowego, skierowanego do ludów znajdujących się pod jarzmem tyranii, odnaleźć można w „Posłaniu do ludzi pracy Europy Wschodniej”, jakie we wrześniu 1981 r. wystosowali delegaci na I Zjazd „Solidarności” w Gdańsku. Odpowiedz Link
eliot Re: Rzeczpospolita... spuścizna... (3) 25.08.08, 10:52 Poznawać zmysłami Swego czasu Piotr Semka zauważył, że polskiej młodzieży trudno będzie zrozumieć nasze dzieje, jeśli nie będzie jeździć za naszą wschodnią granicę, by zwiedzać i oglądać ślady dawnej polskiej świetności. Nieznajomość bowiem własnej historii grozi tym, że nie będziemy w stanie zrozumieć samych siebie. A dzieje Polski jagiellońskiej są nierozerwalnie związane ze Wschodem. Podróżując na Kresy, możemy pojąć w sposób zmysłowy to, co do tej pory dostępne było dla nas tylko intelektualnie. Nic nie zastąpi bezpośredniego obcowania i odczuwania, dzięki którym lepiej możemy poznać genius loci naszych przodków. Co innego przeczytać, że kogoś zauroczyły stepy, a co innego samemu poczuć to zauroczenie. Dopiero zwiedzając Lwów, miasto czterech katedr (rzymskokatolickiej, greckokatolickiej, prawosławnej i ormiańskiej), możemy się przekonać, czym była wielowyznaniowa rzeczywistość Rzeczypospolitej. Pielgrzymując do greckokatolickich sanktuariów w Zarwanicy, Hoszowie czy Uniowie, możemy zobaczyć żywotność największego projektu ekumenicznego w dziejach mającego pojednać prawosławny Wschód z katolickim Zachodem – unii, która narodziła się na Kresach, w Brześciu Litewskim. Po II wojnie światowej Polska stała się krajem niemal jednoetnicznym. Na jej terenach zabrakło nie tylko licznych mniejszości, ale nawet materialnych śladów ich obecności. Na przykład, żeby zapoznać się z zabytkami Ormian polskich, którzy przez wiele stuleci tworzyli u nas ważną i wpływową diasporę, należy pojechać na Ukrainę: do Lwowa, Kamieńca Podolskiego, Truskawca, Jazłowca, Śniatynia czy Kut nad Czeremoszem. Kto chce zobaczyć karaimską świątynię – kienessę – musi jechać do Trok na Litwie. Na wschodnich ziemiach Rzeczypospolitej powstał też chasydyzm – wyjątkowy ruch odnowy religijnej w łonie judaizmu. Tam też pozostało wiele związanych z nim miejsc, jak choćby Okopy św.Trójcy, gdzie urodził się twórca chasydyzmu Baal Szem Tow, Międzybuż, gdzie został pochowany, a gdzie urodził się jego prawnuk, wielki mistyk Nachman z Bracławia, czy Humań, gdzie co roku na grób tego ostatniego, na święto Rosz ha-Szana zjeżdżają się tysiące chasydów z całego świata. Miejsca te stały się turystycznymi atrakcjami mijającego lata, po tym jak piosenkarka Madonna, zafascynowana obecnie kabałą, wyznała, że jej marzeniem jest podróż na Ukrainę i odwiedzenie grobów tamtejszych cadyków. To nie kraina umarłych Dopiero stojąc na murach zamku w Chocimiu i spoglądając na przeciwległy brzeg Dniestru lub wdrapując się na basztę Wołodyjowskiego w twierdzy kamienieckiej, można odczuć – właśnie odczuć, a nie tylko zrozumieć – co to znaczy, że Polska była przedmurzem chrześcijańskiej Europy przed najazdami Turków. Świadczy o tym chociażby katedra rzymskokatolicka w Kamieńcu Podolskim. Kiedy w 1672 r. miasto znalazło się pod okupacją turecką, Osmanowie zamienili katedrę w meczet, do którego dobudowali minaret. Kiedy po 27 latach Polacy wrócili na te ziemie, nie zburzyli minaretu, lecz na jego szczycie ustawili złotą figurę Maryi depczącej stopami półksiężyc. Do dziś z daleka widać złotą poświatę wokół głowy Matki Boskiej otoczonej wieńcem z 12 gwiazd. Na Wschodzie pozostało wiele miejsc kultu maryjnego, by wspomnieć chociażby Ostrą Bramę w Wilnie. Jedną z najczęściej odwiedzanych przez Polaków świątyń jest też wileńskie sanktuarium Bożego Miłosierdzia (dawny kościół Świętej Trójcy) ze słynnym obrazem namalowanym według wskazówek św. Faustyny Kowalskiej. Wydaje się zresztą, że Kościół jest jedną z niewielu instytucji w Polsce, którą dbają o utrzymywanie żywych kontaktów ze Wschodem. Przykładem są liczne pielgrzymki do miejsc związanych z katolickimi świętymi, których losy złączone były z tymi ziemiami, m.in. z Janem z Dukli, Andrzejem Bobolą, Jozafatem Kuncewiczem. Wiele osób przyjeżdża dziś na Kresy, by odwiedzić groby swoich bliskich. W pobliżu każdego niemal większego miasta, najczęściej w okolicznym lesie, znajduje się miejsce straceń, w którym hitlerowcy mordowali miejscowe elity i ludność żydowską. To m.in. Ponary pod Wilnem, Wzgórza Wuleckie pod Lwowem, Las Bronowicki pod Drohobyczem, Czarny Las pod Stanisławowem. Na Wołyniu i w Galicji są też setki miejscowości, które stały się miejscami kaźni kilkudziesięciu tysięcy Polaków zamordowanych przez ukraińskich nacjonalistów w 1943 i 1944 roku. Jest także wiele miejsc martyrologii ludności polskiej zabitej przez Sowietów, by wspomnieć tylko Łukiszki w Wilnie czy Zamarstynów i Brygidki we Lwowie. Niektórzy Polacy traktują z tego powodu wizyty na Wschodzie jak podróż do krainy umarłych, do świata, który już nie istnieje. Trochę przypomina to odczucia żydowskiej młodzieży, która przybywa do naszego kraju na wycieczki w ramach Holocaust tour i postrzega potem Polskę jak jedno wielkie cmentarzysko Żydów. Tymczasem Polacy nadal żyją na Ukrainie, Białorusi, Litwie i Łotwie, pielęgnują swoją tożsamość, tworzą organizacje, wydają gazety, prowadzą działalność społeczną i kulturalną. Warto jeździć na Wschód nie tylko po to, by się stykać ze śladami polskości, ale także z samymi Polakami. By zapoznać się z ich doświadczeniem zachowania chrześcijańskiej wiary i świadomości narodowej w warunkach ustroju, który w porównaniu z wprowadzonym w Polsce był o wiele bardziej okrutny i bezwzględny. W podwileńskich wioskach do dziś zresztą zachowały się tradycyjne obyczaje weselne, pogrzebowe, które w Polsce już dawno zanikły, a tam są nadal żywe. Odpowiedz Link
eliot Re: Rzeczpospolita... spuścizna... (4) 25.08.08, 10:53 Od unii do unii Podróże na Wschód to także dobra okazja, by spotkać się i zrozumieć Ukraińców, Białorusinów i Litwinów. Przez wiele stuleci nasi i ich przodkowie byli mieszkańcami tego samego państwa. Wielonarodowa Rzeczpospolita to nasze wspólne dziedzictwo. Wiktoria pod Grunwaldem w 1410 r. to triumf zarówno Polaków, jak i Litwinów. Niepodległa Białoruś, zanim do władzy doszedł Aleksander Łukaszenko, jako święto swego wojska obchodziła dzień zwycięskiej bitwy stoczonej w 1514 r. pod Orszą przez wojska Rzeczypospolitej pod wodzą księcia Konstantego Ostrogskiego. Dla Ukraińców z kolei ważnym wydarzeniem historycznym pozostaje udana obrona przed Turkami Chocimia w 1621 r., którą dowodzili hetman Jan Karol Chodkiewicz i kozacki ataman Piotr Konaszewicz Sahajdaczny. Wiele narodów, dokonując strategicznych wyborów na przyszłość w obszarze geopolityki, odwołuje się do pewnych tradycji historycznych obecnych w ich dziejach. Jeśli Ukraińcy, Białorusini i Litwini, którzy przez wiele stuleci żyli we wspólnym organizmie państwowym zarządzanym przez Polaków lub Rosjan, nie chcą się wyrzec całkowicie swojej historii, mają do wyboru pielęgnować własne tradycje związane z Rzecząpospolitą albo z Imperium Rosyjskim. Nieprzypadkowo Łukaszenko, który wybrał opcję autorytarną i promoskiewską, rozpoczął na Białorusi walkę z symbolami i odniesieniami nawiązującymi do I Rzeczypospolitej. Z kolei na Litwie, gdzie zwyciężył kurs demokratyczny i zachodni, widać zwrot ku dziedzictwu Rzeczypospolitej. Chociaż nowoczesna tożsamość narodowa Litwinów kształtowała się w dużej mierze w opozycji wobec Polski oraz idei jagiellońskiej, jednak ostatnio widać, że tradycja ta wraca do łask. Przykładem może być wspólne świętowanie przez parlamenty Polski i Litwy rocznicy Konstytucji 3 maja jako osiągnięcia obu narodów. Otwartą kwestią pozostaje wybór, jakiego dokonają Ukraińcy. Tradycja geopolityczna Bohdana Chmielnickiego, który walczył z Polską i zawarł ugodę z Moskwą, była z chęcią wykorzystywana w czasach komunistycznych i także dziś jest mocno eksploatowana przez kręgi prorosyjskie. Ma ona dużą nośność, ponieważ Chmielnicki pozostaje bohaterem narodowym dla wszystkich Ukraińców, niezależnie od ich orientacji politycznej. Z drugiej strony istnieje tradycja hetmana Iwana Mazepy i atamana Semena Petlury, którzy sprzymierzyli się z Rzecząpospolitą, by walczyć z Moskwą. Jeżeli Ukraińcy odrzucą rosyjski model i postawią na kierunek europejski, będzie to równoznaczne z wyborem tych tradycji, które dzielą z nami, a które łączą się z dziejami Rzeczypospolitej. O ile Imperium Rosyjskie rozrastało się metodą zbrojnych podbojów, o tyle drogę rozwoju Rzeczypospolitej stanowiło zawieranie unii. Był to sposób budowania jedności zarówno w sferze politycznej, czego przykładem polsko-litewskie traktaty unijne w Krewie, Horodle i Lublinie, jak w sferze religijnej, o czym świadczy zawarcie unii brzeskiej. Dziś Polska znajduje się w innego rodzaju Unii. Włoski filozof i polityk Rocco Buttiglione podaje jednak Rzeczpospolitą jagiellońską jako najlepszy przykład głębokiej i udanej koegzystencji narodów i kultur, z którego wzorców powinna czerpać Unia Europejska. Warto więc jeździć na ziemie zwane Kresami. Nie tylko po to, by zanurzyć się w przeszłości. Ale także, by wiedzieć, jaką przyszłość – i dlaczego – wybrać. Autor jest publicystą, współzałożycielem i redaktorem naczelnym kwartalnika „Fronda” Rzeczpospolita Odpowiedz Link
rabbi.rozencwajg Łotwa – fałszywa przyjaciółka 15.02.23, 10:27 Podczas niedawnej wizyty w Rydze prezydent Andrzej Duda wielokrotnie powracał do kwestii „walki ramię w ramię Polaków i Łotyszy o wyzwolenie Łatgalii” w 1920 roku, kontrastując „450-letnią przyjaźń polsko-łotewską” ze „znienawidzonym sąsiadem (…) rosyjskim potworem ze Wschodu”, przed którym należy „odbudować żelazną kurtynę aż do chmur”. Nie po raz pierwszy zapuszczając się na grząski teren polityki wschodniej PAD wpadł tym samym w pułapkę anachronizmu [nazwijmy to po imieniu: głupota i psychopatia – admin], uparcie mieszając dziewiętnasto- i dwudziestowieczne etnonacjonalizmy z historyczną rzeczywistością I Rzeczypospolitej i jej relacji z Inflantami w XVI stuleciu. Z równą dezynwolturą prezydent mówi wszak o Ukraińcach jako o „kiedyś współrodakach w Rzeczypospolitej”, choć jako żywo nikt nigdy o takim ludzie w naszych przedrozbiorowych granicach nie słyszał. Znacznie poważniejszego gwałtu na prawdzie historycznej prezydent Duda dopuścił się jednak przechodząc do porządku nad prawdziwymi okolicznościami zarówno sprezentowania państwu łotewskiemu Inflant Polskich z Dyneburgiem, jak i nad całą z gruntu antypolską polityką władz w Rydze w dwudziestoleciu międzywojennym oraz współcześnie. Uboczny produkt rywalizacji niemiecko-brytyjskiej Geneza państwa łotewskiego, pierwszego i niemającego żadnych tradycji historycznych, jest całkiem typowa dla naszej części Europy i jest wynikiem krzyżowania się dwóch głównych tendencji. Po pierwsze – niemieckiego dążenia do organizacji Mitteleuropy, głębokiego zaplecza Niemczyzny na Wschodzie, stanowiącego zaplecze aprowizacyjne, rynek zbytu, rezerwuar siły roboczej oraz obszar kolonizacyjny dla Rzeszy. Pribałtika, poddana niemieckiemu osadnictwu miejskiemu i ziemiańskiemu już od XIII wieku, pełniła ważną rolę zarówno bazy wypadowej, jak i ośrodka wpływów niemieckich na Rosję i inne ziemie słowiańskie. Z drugiej strony w tym samym celu, uzyskania dominacji co najmniej handlowo-gospodarczej w kierunku Serca Lądu – rejon Bałtyku był uznawany za rozwojową strefę wpływów przez ośrodki decyzyjne Londynu / City. Państewka bałtyckie pojawiły się zatem jako wypadkowa tych dwóch sił – najpierw wywołane ex nihilo przez okupantów niemieckich w 1918 roku (Księstwo Kurlandii i Semigalii, Vereinigtes Baltisches Herzogtum), a następnie obdarzone przymusową niepodległością przez aliantów interweniujących podczas rewolucji i wojny domowej w Rosji. Chodziło wówczas przede wszystkim o powstrzymanie irredenty Niemców Bałtyckich, współdziałających zresztą z siłami Białych. Dla tego celu operująca na Bałtyku Royal Navy została odwołana spod Kronsztadu i Piotrogrodu, gdzie jej wsparcie miał obiecane nacierający na stolicę generał Nikołaj Judenicz i została skierowana na wybrzeże łotewskie, ostrzeliwując z morza oddziały białej Zachodniej Rosyjskiej Armii Ochotniczej Pawła Bermondt-Awałowa. Rodząca się II Rzeczpospolita, realizująca na odcinku wschodnim zadania stawiane przez Londyn, wzięła udział w tych walkach dostarczając broń, sprzęt i amunicję służące rozbiciu Białych[i]. W efekcie załamała się również ofensywa Judenicza na północy, a państwo bolszewickie przetrwało, między innymi dzięki fanatycznemu wsparciu… Strzelców Łotewskich, stanowiących podporę rewolucji, osobistą gwardię Władimira Lenina i awangardę walki z Białymi i interwentami. Taka jest prawdziwa geneza opiewanej przez prezydenta Dudę „polsko-łotewskiej współpracy”: wykonywanie poleceń Londynu i uratowanie, a nie pokonanie bolszewizmu. Wrogi „sojusznik” Do walki z Czerwonymi przystąpiliśmy zatem nie wtedy, kiedy można ich było realnie pokonać, lecz gdy odpowiadało to interesom zachodnich aliantów, zainteresowanych utrzymaniem swoich przyczółków wpływu na pograniczu dawnego Imperium Rosyjskiego wobec braku szans na kontrolowanie go w całości. W tym właśnie kontekście należy rozumieć zarówno anachronicznie dziś przedstawiany marsz Edwarda Śmigłego Rydza na Dyneburg, jak zwłaszcza osławioną wyprawę kijowską Józefa Piłsudskiego. W ten sposób, rezygnując z możliwości zawarcia pokoju z bolszewikami, zgadzającymi się podczas rozmów w Mikaszewiczach na oddanie Rzeczypospolitej pełnej kontroli nad Litwą i Białorusią aż po Berezynę (a wcześniej celowo doprowadzając do fiaska negocjacji z Białą Rosją gen. Antona Denikina) – wojska polskie w styczniu 1920 roku przystąpiły do Operacji Zima, czyli niesprowokowanego ataku w kierunku na Dyneburg. Charakterystyczne, że w ofensywie mającej faktycznie reaktywować sztuczny twór państwa łotewskiego obok 30 tys. żołnierzy polskich uczestniczyło zaledwie 10 tys. Łotyszy. W dodatku zaś ci operując samodzielnie łatwo oddawali pole bolszewikom, zostawiając przyjemność walki z nimi polskim samonarzucającym się sojusznikom. Atmosfera między aliantami od początku była zresztą napięta, nie tylko z powodów politycznych. „Stosunek żołnierza polskiego do Łotyszów, nawet do ludności polskiej (…) był niechętny, nieżyczliwy. Żołnierz nie mógł zrozumieć, dlaczego na łotewskiej ziemi mają być Polacy i rozmawiał z nimi po rosyjsku, uważając ich za Łotyszów. Wolę zamilczeć o szczegółach… Braterstwa broni nie było, żołnierz polski pogardzał łotewskim za to, że musiał iść zawsze w pierwszym szeregu, zamiast w jednym, za zły prowiant (przezwisko Łotyszów – «śledzie»), za brak uprzejmości koleżeńskiej – niejednokrotnie dochodziło do bójek (…). Łotysze nie ufali wojsku polskiemu, posądzając zupełnie bezpodstawnie o zamiary zaborcze, pragnąc jak najszybszego wycofania ich z Łatgalii” – raportował konsul RP, Michał Świerzbiński. „Po zajęciu Dyneburga przez Polaków doszło do rabunków i gwałtów, głównie na ludności żydowskiej i rosyjskiej. Na porządku dziennym były nadużycia żołnierzy polskich, pozbawiających ludność resztek majątków pod pozorem wojennych rekwizycji. Gwoli sprawiedliwości trzeba dodać, że ofiarą tej samowoli padała również miejscowa ludność polska” – dodaje historyk Tomasz Paluszyński. Nic więc dziwnego, że Łotysze woleli obsadzać swoimi siłami tereny już zajęte przez Polaków w obawie, by nie posłuchali oni miejscowej ludności masowo domagającej się przyłączenia do państwa… polskiego. Działania takie nasiliły się zwłaszcza podczas odwrotu armii polskiej spod Kijowa, kiedy to korzystając z okazji nasi łotewscy przyjaciele wkroczyli do powiatu iłłuksztańskiego, zamieszkałego przez większość polską[ii]. Równie wrogą postawę Ryga zajmowała wobec Litwy Środkowej i akcji generała Lucjana Żeligowskiego. Gdy spodziewano się, że po wyzwoleniu Wilna podejmie on dalszy marsz na Kowno, Łotwa szykowała się do udzielenia zbrojnego wsparcia Auksztotom. Politycy i prasa łotewska zajmowali zdecydowanie proniemiecką postawę wobec powstań śląskich, a jednym z głównych kierunków działań nowego państwa była depolonizacja krajowej własności ziemskiej i oświaty. Odebrać Polakom ziemię i zamknąć szkoły Łącznie chodziło o przeszło 350 tysięcy hektarów, w posiadaniu 130 polskich rodzin oraz łącznie 65 tysięcy hektarów średnich i drobnych gospodarstw prowadzonych przez 3395 miejscowych Polaków. Mające decydujący wpływ na łotewską politykę nacjonalistyczne formacje miejscowego chłopstwa przeforsowały reformę rolną i wywłaszczenie Polaków, przy pozostawieniu działek do 50 ha. Walka o odszkodowania była główną treścią polsko-łotewskich stosunków dyplomatycznych właściwie przez całe dwudziestolecie, a sytuację pogarszały szykany stosowane przez Rygę wobec polskiej oświaty. Ograniczano również prawa obywatelskie polskiej mniejszości, czego symbolem było aresztowanie w 1924 roku polskiego posła na Sejm Łotwy, Jana Wierzbickiego pod zarzutem zdrady stanu za protesty przeciw blokowaniu polskiego szkolnictwa w Inflantach. Stosunki stały się jeszcze bardziej napięte po autorytarnym przewrocie Kārlisa Ulmanisa (dziś czczonego na Łotwie jako bohater narodowy). Jeszcze silniej nacjonalistyczna polityka łotewska obróciła się przeciw polskiej mniejszości. Polskie Zjednoczenie Narodowe na Łotwie zostało rozwiązane przez władz Odpowiedz Link
rabbi.rozencwajg Re: Łotwa – fałszywa przyjaciółka 15.02.23, 10:29 cdn Stosunki stały się jeszcze bardziej napięte po autorytarnym przewrocie Kārlisa Ulmanisa (dziś czczonego na Łotwie jako bohater narodowy). Jeszcze silniej nacjonalistyczna polityka łotewska obróciła się przeciw polskiej mniejszości. Polskie Zjednoczenie Narodowe na Łotwie zostało rozwiązane przez władze, zawieszono polski „Nasz Głos”, zamknięto 27 z 45 polskich szkół podstawowych, wydalono ze służby państwowej urzędników polskiego pochodzenia. „Jesteśmy w stanie konfliktu mniejszościowego z Łotwą” – raportowało w czerwcu 1935 roku polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych[iii]. Poprawy nie udało się uzyskać aż do końca istnienia II RP, której wielu przedstawicieli ewakuowało się na Zachód właśnie przez Rygę, przy rosnącej niechęci i zniecierpliwieniu miejscowych władz, wyraźnie już ukierunkowanych na współpracę z III Rzeszą. „Przyjaźni” i „braterstwa”, o których mówił prezydent Duda, a nawet zwykłego dobrego sąsiedztwa, nigdy więc nie było, zaś polskie zaangażowanie w powstanie państwa łotewskiego niczego dobrego ani miejscowym Polakom, ani Rzeczypospolitej nie przyniosło. Nie oddać Polakom ziemi i… Wbrew pozorom nie lepiej polsko-łotewskie sprawy mają się od ogłoszenia drugiego państwa łotewskiego, w sierpniu 1991 roku. Znowu dominują oficjalne deklaracje przyjaźni, wygłaszane pod anglosaskie dyktando, za którymi jednak kryje się ponowne zwracanie się Rygi w kierunku polityki etnonacjonalistycznej przeciw mniejszościom, zarówno Rosjanom, jak i Polakom, oraz coraz wyraźniejsze budowanie polityki historycznej kraju na tradycji i hasłach nazistowskich, a więc poniekąd podobnie jak na Ukrainie i Auksztocie. Znowu też realnym punktem spornym pozostają kwestie własnościowe, oczywiście w żadnym razie nie artykułowane na szczeblu międzypaństwowym. Aż 31 lat zajęło władzom Łotwy przejście do kolejnego etapu wypłacania odszkodowań za mienie obywateli znacjonalizowane w okresie sowieckim. Teoretycznie odpowiednie ustawy uchwalono już w latach 1990 – 1992, a cały proces uznano za zakończony w 2006 roku. W istocie jednak roszczenia osób z obywatelstwem innym niż łotewskie były przeważnie oddalane (z wyjątkiem 15% udziału wnioskodawców z USA, 5% z Kanady i 4% z Izraela), a mienie właścicieli polskich i żydowskich uznawano często za „porzucone” i „pozbawione spadkobierców”. W dodatku w przypadku uznanych roszczeń proponowano najczęściej nieruchomości zastępcze o nieekwiwalentnej wartości. Władze w Rydze obwarowały także cały proces zgłoszeniem zastrzeżeń do pełnego wdrożenia Protokołu Nr 1 do Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Tym samym jednak znalazły się w sporze z międzynarodową wspólnotą ofiar Holocaustu i wspierającą te roszczenia dyplomacją amerykańską. Dopiero w lutym 2022 roku pod naciskiem amerykańskim Łotwa zniosła ograniczenia i wznowiła kwestię restytucyjną, zapowiadając wypłatę € 40.000.000 potomkom ofiar Zagłady. W ten sposób jednak otworzona też została droga do dalszego roszczenia praw polskich właścicieli, przede wszystkim do majątków pozostawionych w Inflantach Polskich, ci jednak – w przeciwieństwie do potomków miejscowych Żydów i Niemców – nie mają za sobą żadnego oparcia państwowego. Kilkudziesięcioma takimi sprawami zajmuje się obecnie Powiernictwo Kresowe, za każdym razem spotykając się z wyraźną niechęcią władz III RP chętnie przyznających odznaczenia liderom polskiej mniejszości na Łotwie, ale równie zdecydowanie zaprzeczających, że w relacjach z Łotyszami mogą Polaków dzielić jakieś kwestie prawne, a faktycznie wprost wyrządzone naszym rodakom krzywdy. Odbudowana z wielkim trudem i wysiłkiem miejscowych Polaków polska oświata na Łotwie od co najmniej trzech lat jest poddana ogromnej presji. Realizowana od 2020 roku reforma systemu edukacji wymierzona jest przede wszystkim w szkolnictwo mniejszości, a zwłaszcza Polska Średnia Szkoła Ogólnokształcąca im. Ity Kozakiewicz w Rydze ucierpiała w związku z wprowadzonymi ograniczeniami w pracy nauczycieli ściąganych tu z Polski, z polskim obywatelstwem. W efekcie w ciągu ostatnich dwóch lat o ponad połowę zredukowano liczbę godzin wykładanych po polsku. Dramatycznie przedstawiają się perspektywy czterech działających na Łotwie polskich szkół w związku z zapowiedzianą pod koniec 2022 roku kolejną reformą, w wyniku której zajęcia w językach mniejszości zostaną w ogóle zabronione, a polskiego będzie można nauczać jedynie jako jednego z wielu języków obcych. Przejęty opowiadaniem o wspólnej nienawiści do Rosji prezydent Duda w ogóle tego tematu podczas rozmów w Rydze nie podniósł! Wystawmy Rydze rachunek A przecież Wojsko Polskie nadal broni Łotwy, nasz kontyngent wojskowy w ramach misji NATO to obecnie dwustu żołnierzy wyposażonych w broń pancerną, to z polskich podatków (sic!) łoży się na utrzymanie całej międzynarodowej batalionowej grupy bojowej sił wzmocnionej Wysuniętej Obecności Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego – a w zamian Łotysze zamykają nam szkoły i nie pozwalają uczyć dzieci po polsku, polskiej historii, także polskiej historii tych ziem. Faktycznie, w tej jednej analogii prezydent Duda ma zatem niechcący trochę racji: jak nieco ponad 100 lat temu, polscy żołnierze gwarantują realizację anglosaskich interesów w regionie bałtyckim, jak wtedy Łotwa ani myśli się za to nijak „polskim przyjaciołom” odwdzięczać, zaś koszt całej awantury ponoszą miejscowi Polacy, dodatkowo zagrożeni nie tylko łotewskim szowinizmem, ale i niebezpieczeństwem rozlania się wojny między Zachodem a Rosją na zamieszkałe przez naszych rodaków rejony Pribałtiki. Tak zawsze kończy się wiara w fałszywe przyjaźnie i zgoda, by nasze stosunki z sąsiadami dyktowane były z obcych stolic. Konrad Rękas [i] P. Łossowski Łotwa nasz sąsiad. Stosunki polsko-łotewskie w latach 1918 – 1939. Warszawa, 1990, str. 8-9. [ii] Op. cit., str. 12-14. [iii] Op. cit., str. 46-48. myslpolska.info Odpowiedz Link
scand Re: Rzeczpospolita... spuścizna... (4) 23.05.23, 22:18 > Tradycja geopolityczna Bohdana Chmielnickiego, który walczył z Polską i zawarł ugodę z Moskwą, Gdyby nie ta ugoda perejesławska Chmielnickiego historia świata potoczyłaby się inaczej. Tak twierdzi O. Arestowicz. en.wikipedia.org/wiki/Oleksii_Arestovych Może nie byłoby rozbiorów... Odpowiedz Link
ignorant11 Re: Rzeczpospolita... spuścizna... (4) 28.05.23, 17:30 scand napisał: > > Tradycja > geopolityczna Bohdana Chmielnickiego, który walczył z Polską i > zawarł ugodę z Moskwą, > > Gdyby nie ta ugoda perejesławska Chmielnickiego historia świata potoczyłaby się > inaczej. > Tak twierdzi O. Arestowicz. > en.wikipedia.org/wiki/Oleksii_Arestovych > > Może nie byłoby rozbiorów... Gdyby udało sie wdrozyc ugode hadziacka, gdyby nie byłą spoźniona... Odpowiedz Link
rabbi.rozencwajg Polska musi... 10.08.23, 21:37 wiernipolsce1.wordpress.com/2023/07/29/polska-musi-okreslic-swe-strategiczne-interesy/ Odpowiedz Link