Dodaj do ulubionych

Rzeczpospolita...

    • eliot "Rekonstrukcja narodów" 24.04.07, 08:24

      www.gazetawyborcza.pl/1,75248,4083695.html
      Wschodnioeuropejski Rashomon
      Wojciech Orliński2007-04-23, ostatnia aktualizacja 2007-04-24 01:08

      Co zachwyca Amerykanina w naszej części Europy? Unikalny eksperyment
      stworzenia "tygla narodów" na dobre dwa stulecia przed podobną próbą w Ameryce
      Północnej


      Rekonstrukcja narodów. Polska, Ukraina, Litwa, Białoruś 1569-1999

      Timothy Snyder

      przeł. Magda Pietrzak-Merta, Pogranicze, Sejny



      Profesor Timothy Snyder z Uniwersytetu Yale to człowiek rozmiłowany w historii
      Polski. W odróżnieniu od Normana Daviesa, który stara się pisać książki o
      naszej historii, przyjmując nasz punkt widzenia, Snyder spogląda na nas z
      perspektywy Amerykanina.

      Jako Walijczyk Davies instynktownie rozumie wszystkie dramaty i paradoksy
      związane z nacjonalizmem społeczności zagrożonych przez potężnych sąsiadów,
      silniejszych kulturowo i politycznie. Snyder zaś spogląda na nas oczami
      mieszkańca kraju, który z hasła o "tyglu narodów" uczynił swoje nieformalne
      motto.

      Jego książka jest opisem unikalnego eksperymentu stworzenia takiego tygla w
      Europie Środkowo-Wschodniej, na dobre dwa stulecia przed taką próbą w Ameryce
      Północnej. Snyder opisuje ten eksperyment z uznaniem, akcentując fakt, który my
      rzadko dostrzegamy, ale który widać z perspektywy USA.

      Aż do początku XX wieku większość mieszkańców dawnej Rzeczypospolitej Obojga
      Narodów odczuwała przynależność do większej wspólnoty niedeterminowanej przez
      język, jakim mówili na co dzień. Józef Piłsudski określał siebie
      jako "Litwina", nawet gdy jego federalistyczna polityka poniosła całkowite
      fiasko i każdy musiał jednoznacznie opowiedzieć się po stronie Warszawy lub
      Kowna. To drugie wybrał w końcu jego bliski przyjaciel i współpracownik Michał
      Roemer.

      Z polskiego punktu widzenia Roemer, który od 1920 roku działał już w polityce
      litewskiej jako Mykolas Roemeris, był zdrajcą - tak jak etykietkę zdrajcy
      polskiej sprawy przypisujemy Andrzejowi Szeptyckiemu, greckokatolickiemu
      metropolicie Kijowa, postaci symbolizującej ukraińskie dążenia
      niepodległościowe. Jego rodzeni bracia są jednak z kolei ikonami polskiej
      niepodległości - Stanisław Szeptycki był polskim generałem, który zajął dla nas
      Katowice, innych za Polskę zamęczyli Sowieci i hitlerowcy.

      Zamiast wyszukiwać renegatów i patriotów, Snyder przyjmuje narrację kojarzącą
      się z "Rashomonem" Kurosawy - filmem, w którym to samo zdarzenie widziane
      oczami trojga ludzi jawi się całkiem inaczej. Dzieje czterech współczesnych
      narodów, które wyłoniły się z państwa ustanowionego Unią Lubelską, śledzi aż do
      lat ostatnich - w kolejnych rozdziałach przyjmując punkt widzenia każdego z
      nich.

      Choć tamto państwo nazywano Rzeczpospolitą Obojga Narodów, narody mamy dzisiaj
      cztery. Do spuścizny po Wielkim Księstwie Litewskim przyznają się tak Litwini,
      jak Białorusini. Pogoń ("Pahonia") jest do dzisiaj herbem niepodległej Litwy i
      niepodległościowego ruchu na Białorusi. Czwartym narodem są Ukraińcy, których
      nierównoprawne traktowanie stało się jedną z najważniejszych przyczyn upadku
      państwa zawiązanego przez Unię Lubelską.

      Piątą opowieścią obecną w tej książce jest historia Żydów na ziemiach
      Rzeczypospolitej. Nie da się jej doprowadzić do współczesności, bo brutalnie
      przerwał ją Holocaust - ale nie można jej pominąć. Pisząc o Wilnie, Snyder
      opisuje roszczenia polskie, litewskie, a nawet białoruskie do tego miasta
      (Wilno było stolicą krótkotrwałej republiki litewsko-białoruskiej proklamowanej
      w 1919 r.) - ale jednocześnie przypomina, że ogromną rolę w tym mieście
      odgrywali właśnie Żydzi, stanowiący w 1914 roku ok. 40 proc. mieszkańców.

      Wilno pojawia się w książce Snydera wielokrotnie, bo to miasto dobrze ilustruje
      paradoksy nacjonalizmów. Gdy Stalin zajął je w roku 1939, wielkie nadzieje
      wiązali z tym białoruscy komuniści i litewscy nacjonaliści. 20 lat wcześniej
      Wilno było stolicą republiki litewsko-białoruskiej, a komunistyczna propaganda
      w okupowanym mieście posługiwała się językiem białoruskim - w Wilnie roku 1939
      znacznie bardziej popularnym od litewskiego. Stalin zdecydował jednak przekazać
      Wilno Litwie (wtedy jeszcze formalnie niepodległej). Białoruskich komunistów
      deportowało NKWD. A Snyder cytuje relacje Litwinów rozczarowanych tym, co
      przyniosło zajęcie "historycznej stolicy": "Zamiast wymarzonej królewny z bajek
      patrzyła na nich nieznajoma, obca, mówiąca cudzym językiem ulica". Zresztą rok
      później litewscy przywódcy powtórzyli los Białorusinów, gdy Stalin uznał, że
      niepodległa Litwa nie jest mu już potrzebna.

      W XX wieku dzieje narodów dawnej Rzeczypospolitej zależały od kaprysów Stalina
      i Hitlera arbitralnie wyznaczających granice i skazujących całe grupy etniczne
      na zagładę lub przesiedlenie. Skuteczność polityki prowadzonej przez każdy z
      czterech narodów zależała więc od zręczności w lawirowaniu między totalitarnymi
      mocarstwami.

      Z polskiego punktu widzenia polityka nacjonalistów litewskich, którym bliżej
      było zawsze do Stalina czy Hitlera niż do polskiego sąsiada (z którym Litwa
      formalnie pozostawała w stanie wojny przez całe dwudziestolecie międzywojenne),
      zdawała się zdradziecko samobójcza. Doprowadziła ich w końcu do statusu
      republiki radzieckiej, podczas gdy my w PRL byliśmy jednak o jeden krok bliżej
      wolności.

      Taka jest nasza wersja, ale w książce Snydera znajdziemy tę samą historię
      pokazaną z litewskiego punktu widzenia - gdzie jawi się ona z kolei jako
      skrajnie cyniczny pragmatyzm. Inne wybory przyjęte w roku 1920 czy 1939
      najprawdopodobniej doprowadziłyby do tego, że dziś na mapie nie byłoby
      niepodległej Litwy, paradoksalnie łatwiej bowiem było litewskiej tożsamości
      przetrwać w ZSRR, niż oprzeć się polonizacji.

      Książka Snydera burzy wiele politycznych stereotypów - nie mieliśmy dotąd na
      naszym rynku publikacji tak ciekawie pokazujących np. litewski punkt widzenia
      na trwającą na Wileńszczyźnie pod niemiecką okupacją polsko-litewską wojnę
      domową czy też ukraińską narrację o rzezi na Wołyniu i akcji "Wisła".

      Z wielkim uznaniem Snyder pisze o polityce zagranicznej Trzeciej
      Rzeczypospolitej. Program wypracowany przez "Kulturę" paryską udało się
      skutecznie wcielić w życie dzięki polityce szefa MSZ Krzysztofa
      Skubiszewskiego. Dając przykład sąsiadom, Polska prowadziła politykę dobrej
      woli, na którą, to prawda, nie zawsze znajdowała odpowiedź po drugiej stronie
      granicy. Jednak ta polityka przyniosła dobre skutki - mimo ogromnych rachunków
      krzywd w XX wieku na linii Polska - Ukraina i Polska - Litwa nie ma dziś
      żadnych zaognionych kwestii, które wciąż wracają choćby w czworokącie Słowacja -
      Węgry - Rumunia - Ukraina, nie mówiąc już o dawnej Jugosławii.

      Jej wartość widać zaś najciekawiej tam, gdzie poniosła jedyną porażkę - w
      przypadku Białorusi. Jedynego partnera gotowego podjąć współpracę z Polską w
      duchu programu "Kultury" paryskiej mieliśmy w demokratycznych siłach przelotnie
      rządzących Białorusią w latach 1992-95. Późniejsza polityka Łukaszenki polegała
      na zawróceniu kraju z prozachodniej orientacji przyjętej przez Litwę i Ukrainę.
      Tym samym okazało się, że dla krajów powstałych z dawnej Rzeczypospolitej
      Obojga Narodów droga do demokratycznej wspólnoty europejskiej prowadzi przez
      przyjazną współpracę w duchu, jaki zaproponowała Polska natychmiast po
      odzyskaniu niepodległości. Alternatywą jest dyktatura szukająca oparcia w Rosji.


      Ostatni rozdział Snyder zatytułował "Powrót do Europy". Gdy pisał swoją książkę
      pięć lat temu, nie mógł jeszcze wiedzieć, jak niespodziewaną puentę do jego
      opowieści napisze samo życie - zgaduję, że na wieść o przyznaniu Polsce i
      Ukrainie Euro 2012 duchy Jerzego Giedroycia i Józefa Piłsudskiego otworzyły w
      zaświatach szampana.


      Źródło: Gazeta Wyborcza
    • eliot Re: Rzeczpospolita... 13.12.07, 14:37
      Kilkadziesiąt lat po Powstaniu Styczniowym - końcówka XIX - poczatek
      XX w. Daleka Witebszczyzna. Wspomina Józef Łobodowski ["Wiadomości"
      nr 4 23 (949) z dn. 7.06.1964 r. : "Koncepcje wschodnie
      Piłsudskiego"]:

      "JŁ: I kilkadziesiąt lat po powstaniu (z 1963 r.) tradycja dawnej
      Rzeczypospolitej żyła wśród ludzi i objawiała się w najbardziej
      nieraz niespodziewanych okolicznościach. Tak się złożyło, że
      powierzono mi opracowanie do druku pamiętników Jełowieckiego.
      Natrafiłem w nim na spotkanie, które idealnie odpowiada temu, co
      mówi Piłsudski [...]. Jełowiecki wielokrotnie słyszał o
      słynnym "miedwieżatniku", czyli myśliwym na niedźwiedzie imieniem
      Nikifor. Na pytanie czy zabił kiedyś niedźwiedzia w barłogu, Nikifor
      zaprzeczył z oburzeniem [...]. <<To tylko, jak słyszałem , Moskale w
      wołogodzkiej guberni tak robią i nawet niedźwiedzice z małymi
      mordują, ale u nas w Polszcze takich podleców nie ma>>. Jełowiecki
      zdziwił się, gdyż Nikifor mówił wyłącznie po rosyjsku. << Nie,
      Panie - odpowiedział - my tu nie Ruskie, my witebskie Poljaki, a
      Moskale mieszkają po tamtej stronie granicy, w pskowskiej guberni.
      My nie chłopstwo, my wolni włościanie, nadzieleni ziemią jeszcze
      przez polskiego króla, Stiepana Batorija>>. Oczywista - pisze
      Łobodowski - że we wszystkich tych wypadkach słowo <<Polska>>,
      <<Polszcza>> oznaczało nie naród, lecz państwo, dawną
      Rzeczpospolitą".

      -------------------------
      To właśnie było w tym najciekawsze, że to poczucie wspólnoty
      przetrwało kilkaset lat i to na samym dole społecznej drabiny.
      • eliot Chodzi oczywiście o powstanie w 1863 r. 13.12.07, 14:39

    • eliot Re: Rzeczpospolita... spuścizna... (1) 25.08.08, 10:49
      www.rp.pl/artykul/61991,180354_Zobaczyc_Kresy_.html

      Zobaczyć Kresy
      Grzegorz Górny 23-08-2008, ostatnia aktualizacja 23-08-2008 07:33
      Bez poznania historii i dziedzictwa dawnych ziem wschodnich
      Rzeczypospolitej nie będziemy w stanie zrozumieć samych siebie -
      pisze Grzegorz Górny


      źródło: Rzeczpospolita
      Nowogródek na XIX-wiecznej litografii według rysunku Napoleona Ordy

      źródło: BEW
      Zamek w Podhorcach

      źródło: PAP
      Ostra Brama w Wilnie; autor zdjęcia: Remigiusz Sikora
      +zobacz więcejW „Eseju o duszy polskiej” Ryszard Legutko pisze o
      pewnym zerwaniu ciągłości historycznej, jakie nastąpiło w Polsce po
      1945 r. Jednym z jego elementów była utrata ziem nazywanych Kresami.
      Na mocy porozumień zawartych w Jałcie i Poczdamie Polska
      wydziedziczona została z ponad połowy swojego przedwojennego
      terytorium. Aż 52 proc. powierzchni II RP znalazło się poza
      granicami PRL. Były to ziemie szczególnie ważne dla formowania się
      polskiej tożsamości narodowej.


      Urwany obwarzanek

      W czasach nowożytnych największy wpływ na kształtowanie narodowej
      świadomości miała literatura. Na zbiorową wyobraźnię Polaków w
      największym stopniu oddziaływały zaś „Pan Tadeusz” Adama Mickiewicza
      i „Trylogia” Henryka Sienkiewicza. Nie jest przypadkiem, że akcja
      tych utworów rozgrywa się na ziemiach nazywanych Kresami: na Litwie,
      Białorusi i na Ukrainie. O żywotności obu dzieł świadczy sukces ich
      kinowych ekranizacji dokonanych przez Andrzeja Wajdę i Jerzego
      Hoffmana. Wyobraźnia narodowa Polaków ukształtowana została w dużej
      mierze przez pejzaże kresowe, ukraińskie stepy, litewskie bory,
      poleskie bagna, podwileńskie rojsty, naddnieprzańskie brzegi. To na
      tych ziemiach toczy się akcja „Konrada Wallenroda”, „Księdza
      Marka”, „Nie-boskiej komedii”, „Zamku kaniowskiego” i wielu innych
      XIX-wiecznych utworów, w których ciągle powracają pytania związane z
      naszym bytem narodowym i historycznymi dramatami.

      Z terenami tymi związane były życie i twórczość takich osobowości,
      jak Adam Mickiewicz, Juliusz Słowacki, Joachim Lelewel, Seweryn
      Goszczyński, Aleksander Fredro, Mieczysław Karłowicz, Marian
      Zdziechowski. To właśnie tam znajdują się magiczne miejsca polskiej
      literatury, takie jak Drohobycz Brunona Schulza czy Huculszczyzna
      Stanisława Vincenza.

      Także dla pisarzy powojennych ziemie te stanowią nieustanny punkt
      odniesienia, by wspomnieć Tadeusza Konwickiego, Włodzimierza
      Odojewskiego i Juliusza Stryjkowskiego. Wielkie Księstwo Litewskie
      jeszcze długo po tym, jak przestało istnieć, nadal pozostawało małą
      ojczyzną i Czesława Miłosza czy Józefa Mackiewicza. Lwów natomiast
      jako miasto rodzinne pojawia się w twórczości Józefa Wittlina,
      Zbigniewa Herberta, Adama Zagajewskiego i Stanisława Lema.

      Polscy artyści często wywodzili się z warstwy ziemiańskiej i w
      dworkach, w których się wychowywali, mieli piastunki wywodzące się z
      rusińskiego lub białoruskiego ludu. To one w dzieciństwie opowiadały
      im ludowe bajki i przekazy, nasycając wyobraźnię artystyczną młodych
      paniczów wschodnim folklorem. Mickiewiczowskie „Ballady i romanse”
      czy „Dziady” są tego najlepszym przykładem.

      W murach dawnego klasztoru Bazylianów w Wilnie znajdują się cele, w
      których odsiadywali wyroki filomaci i filareci, z Mickiewiczem na
      czele, a wśród nich cela, w której dokonała się przemiana Gustawa w
      Konrada. W tym samym mieście w kościele akademickim obejrzeć można
      galerię sław uniwersytetu założonego przez Stefana Batorego, z
      pierwszym rektorem, największym kaznodzieją w dziejach
      Rzeczypospolitej Piotrem Skargą. We Lwowie znajduje się katedra, w
      której król Jan Kazimierz składał śluby, i unikatowa kolekcja
      malarstwa polskiego z płótnami Grottgera, Matejki, Malczewskiego,
      Wyspiańskiego, Weissa, Wojtkiewicza, Wyczółkowskiego. Takich miejsc
      związanych z historią i kulturą Polski jest na Wschodzie znacznie
      więcej, by wspomnieć tylko Brześć, Grodno, Berdyczów, Krzemieniec,
      Nowogródek, Stanisławów czy Tarnopol.

      Józef Piłsudski, pochodzący z Wileńszczyzny, powiedział: „Polska
      jest jak obwarzanek. Wszystko, co najlepsze, znajduje się na jej
      brzegach”. Po II wojnie światowej wschodnie brzegi zostały urwane.
      • eliot Re: Rzeczpospolita... spuścizna... (2) 25.08.08, 10:50
        Raj dla Żydów i heretyków

        U trata Kresów oznaczała amputację pewnej części polskiego
        dziedzictwa i świadomości historycznej. Uczyniła wielką wyrwę w
        pojmowaniu przez Polaków własnych dziejów i tożsamości. Sprzyjał
        temu okres PRL z fałszowaniem historii i wymuszonym milczeniem na
        temat tych terytoriów.Dziś, po upadku komunizmu, wielu historyków i
        publicystów podkreśla, że tym okresem w naszych dziejach, do którego
        powinniśmy się odwoływać, by sięgać po wzorce pozytywne, jest
        Rzeczpospolita Jagiellonów.

        W czasach jagiellońskich Polska była stawiana innym krajom za wzór
        do naśladowania przez takich myślicieli, jak Michel de Montaigne czy
        Erazm z Rotterdamu, który pisał wprost: „Polonia mea est”. Żydzi,
        wypędzeni z większości krajów Europy Zachodniej, bezpieczne
        schronienie oraz najlepsze warunki pomyślnego rozwoju znaleźli
        właśnie w Rzeczypospolitej, którą nazwali Paradis Judeorum (Rajem
        dla Żydów). Tu cieszyli się takimi przywilejami, jakich nie mieli w
        innych państwach, i stworzyli unikatowy w skali ówczesnego
        kontynentu własny samorząd.

        Gdy Francja pogrążała się w bratobójczych walkach po krwawej nocy
        św. Bartłomieja, Polacy podczas konfederacji warszawskiej
        proklamowali tolerancję religijną. Nic dziwnego, że Rzeczpospolita
        nazywana była wtedy także Paradis hereticorum (Rajem dla heretyków),
        gdyż innowiercy cieszyli się u nas wolnością religijną.

        Ów tolerancyjny charakter Rzeczypospolitej związany był w dużej
        mierze z charakterem polskiego katolicyzmu, który choć był
        dynamiczny i misyjny, unikał jednak środków przymusu i opierał się
        na poszanowaniu wolności. To właśnie delegacja polska, z Pawłem
        Włodkowicem na czele, wywarła duży wpływ na obrady Soboru w
        Konstancji (1414 – 1418), głosząc, że „wiara ma nie być z przymusu”
        i sprzeciwiając się idei oraz praktyce nawracania pogan na
        chrześcijaństwo metodami siłowymi.

        To nie Wolter w swym „Traktacie o tolerancji”, lecz Jan Zamoyski w
        polskim sejmie oświadczył innowiercom, że dałby sobie rękę obciąć za
        ich nawrócenie, lecz dałby drugą rękę, gdyby miano im zadać gwałt.
        Nie znaczy to, że był obojętny religijnie – podczas pochodów na
        Wschód Stefana Batorego patronował zakładaniu kolegiów jezuickich,
        które stały się żywymi centrami ewangelizacji. Drogi Polski i
        Zachodu rozeszły się jednak, gdyż Rzeczpospolita odrzuciła
        barbarzyńską zasadę „cuius regio, eius religio”, która zdominowała
        wówczas życie publiczne na Zachodzie. Spadkobiercą tej polskiej
        tradycji był w XX wieku Karol Wojtyła, który podczas Soboru
        Watykańskiego II tworzył deklarację o wolności
        religijnej „Dignitatis humanae”. Znalazło się w niej znamienne
        zdanie: „prawda nie inaczej się narzuca jak tylko siłą samej prawdy,
        która wnika w umysły jednocześnie łagodnie i silnie”.


        Demokracja kontra tyrania

        W czasach jagiellońskich Rzeczpospolita stworzyła odrębny projekt
        cywilizacyjny rywalizujący na Wschodzie z projektem moskiewskim.
        Wśród elit rosyjskich XVII wieku kultura polska była szalenie
        popularna. Język polski był wówczas wręcz obowiązujący na dworze
        moskiewskim. Kręgi bojarskie i mieszczańskie chętnie przyjmowały
        polskie obyczaje, mody, literaturę i sztukę.

        Ta fascynacja wynikała z faktu, że polska demokracja szlachecka była
        dla części bojarów i mieszczan bardziej atrakcyjna niż azjatycka
        satrapia carów. Nieprzypadkowo powstało w Moskwie „stronnictwo
        polskie”, które dążyło do unii z Rzecząpospolitą, a po jego upadku
        wiele ruskich rodów (jak Massalscy, Mścisławscy czy Szachowscy)
        wyemigrowało do Polski, przedkładając wolność nad tyranię. Koniec
        wpływów polskich w Moskwie zbiegł się ze zniszczeniem warstwy, która
        mogła stanowić alternatywę dla carskiego despotyzmu.

        Wyrazem owej wolnościowej wizji, która miała tak wielką siłę
        przyciągania, może być chociażby tekst unii polsko-litewskiej w
        Horodle (1413), który zaczyna się od słów: „Nie dozna łaski
        zbawienia, kogo nie wesprze miłość. Ona jedna nie działa marnie:
        promienna sama w sobie, gasi zawiści, uśmierza swary, użycza
        wszystkim pokoju, skupia, co się rozpierzchło, podźwiga, co upadło,
        wygładza nierówności, prostuje krzywe, wszystkim pomaga, nie obraża
        nikogo, a ktokolwiek się schroni pod jej skrzydła, ten znajdzie
        bezpieczeństwo i nie ulegnie niczyjej groźbie. Miłość tworzy prawa,
        włada państwami, urządza miasta, wiedzie stany Rzeczypospolitej ku
        najlepszemu końcowi, a kto nią pogardzi, ten wszystko utraci.
        Dlatego też my wszyscy zebrani, prałaci, rycerstwo i szlachta, chcąc
        spocząć pod puklerzem miłości i przejęci pobożnym ku niej uczuciem,
        niniejszym dokumentem stwierdzamy, że łączymy i wiążemy nasze domy i
        pokolenia, nasze rody i herby…”.

        Ten akt unii „wolnych z wolnymi, równych z równymi” fascynował i
        przyciągał innych. W 1454 roku stany pruskie, gdzie dominowała
        ludność czysto niemiecka, wypowiedziały posłuszeństwo zakonowi
        krzyżackiemu i zwróciły się o przyłączenie do Rzeczypospolitej. W
        1561 roku o to samo poprosiły Polskę zniemczone Inflanty. Nasz model
        republikański pociągał wielu bardziej niż rosyjskie samodzierżawie
        czy niemiecki absolutyzm.

        Dalekie echa owego projektu wolnościowego, skierowanego do ludów
        znajdujących się pod jarzmem tyranii, odnaleźć można w „Posłaniu do
        ludzi pracy Europy Wschodniej”, jakie we wrześniu 1981 r.
        wystosowali delegaci na I Zjazd „Solidarności” w Gdańsku.
        • eliot Re: Rzeczpospolita... spuścizna... (3) 25.08.08, 10:52
          Poznawać zmysłami

          Swego czasu Piotr Semka zauważył, że polskiej młodzieży trudno
          będzie zrozumieć nasze dzieje, jeśli nie będzie jeździć za naszą
          wschodnią granicę, by zwiedzać i oglądać ślady dawnej polskiej
          świetności. Nieznajomość bowiem własnej historii grozi tym, że nie
          będziemy w stanie zrozumieć samych siebie. A dzieje Polski
          jagiellońskiej są nierozerwalnie związane ze Wschodem.

          Podróżując na Kresy, możemy pojąć w sposób zmysłowy to, co do tej
          pory dostępne było dla nas tylko intelektualnie. Nic nie zastąpi
          bezpośredniego obcowania i odczuwania, dzięki którym lepiej możemy
          poznać genius loci naszych przodków. Co innego przeczytać, że kogoś
          zauroczyły stepy, a co innego samemu poczuć to zauroczenie.

          Dopiero zwiedzając Lwów, miasto czterech katedr (rzymskokatolickiej,
          greckokatolickiej, prawosławnej i ormiańskiej), możemy się
          przekonać, czym była wielowyznaniowa rzeczywistość Rzeczypospolitej.
          Pielgrzymując do greckokatolickich sanktuariów w Zarwanicy, Hoszowie
          czy Uniowie, możemy zobaczyć żywotność największego projektu
          ekumenicznego w dziejach mającego pojednać prawosławny Wschód z
          katolickim Zachodem – unii, która narodziła się na Kresach, w
          Brześciu Litewskim.

          Po II wojnie światowej Polska stała się krajem niemal
          jednoetnicznym. Na jej terenach zabrakło nie tylko licznych
          mniejszości, ale nawet materialnych śladów ich obecności. Na
          przykład, żeby zapoznać się z zabytkami Ormian polskich, którzy
          przez wiele stuleci tworzyli u nas ważną i wpływową diasporę, należy
          pojechać na Ukrainę: do Lwowa, Kamieńca Podolskiego, Truskawca,
          Jazłowca, Śniatynia czy Kut nad Czeremoszem. Kto chce zobaczyć
          karaimską świątynię – kienessę – musi jechać do Trok na Litwie.

          Na wschodnich ziemiach Rzeczypospolitej powstał też chasydyzm –
          wyjątkowy ruch odnowy religijnej w łonie judaizmu. Tam też pozostało
          wiele związanych z nim miejsc, jak choćby Okopy św.Trójcy, gdzie
          urodził się twórca chasydyzmu Baal Szem Tow, Międzybuż, gdzie został
          pochowany, a gdzie urodził się jego prawnuk, wielki mistyk Nachman z
          Bracławia, czy Humań, gdzie co roku na grób tego ostatniego, na
          święto Rosz ha-Szana zjeżdżają się tysiące chasydów z całego świata.
          Miejsca te stały się turystycznymi atrakcjami mijającego lata, po
          tym jak piosenkarka Madonna, zafascynowana obecnie kabałą, wyznała,
          że jej marzeniem jest podróż na Ukrainę i odwiedzenie grobów
          tamtejszych cadyków.


          To nie kraina umarłych

          Dopiero stojąc na murach zamku w Chocimiu i spoglądając na
          przeciwległy brzeg Dniestru lub wdrapując się na basztę
          Wołodyjowskiego w twierdzy kamienieckiej, można odczuć – właśnie
          odczuć, a nie tylko zrozumieć – co to znaczy, że Polska była
          przedmurzem chrześcijańskiej Europy przed najazdami Turków. Świadczy
          o tym chociażby katedra rzymskokatolicka w Kamieńcu Podolskim. Kiedy
          w 1672 r. miasto znalazło się pod okupacją turecką, Osmanowie
          zamienili katedrę w meczet, do którego dobudowali minaret. Kiedy po
          27 latach Polacy wrócili na te ziemie, nie zburzyli minaretu, lecz
          na jego szczycie ustawili złotą figurę Maryi depczącej stopami
          półksiężyc. Do dziś z daleka widać złotą poświatę wokół głowy Matki
          Boskiej otoczonej wieńcem z 12 gwiazd.

          Na Wschodzie pozostało wiele miejsc kultu maryjnego, by wspomnieć
          chociażby Ostrą Bramę w Wilnie. Jedną z najczęściej odwiedzanych
          przez Polaków świątyń jest też wileńskie sanktuarium Bożego
          Miłosierdzia (dawny kościół Świętej Trójcy) ze słynnym obrazem
          namalowanym według wskazówek św. Faustyny Kowalskiej. Wydaje się
          zresztą, że Kościół jest jedną z niewielu instytucji w Polsce, którą
          dbają o utrzymywanie żywych kontaktów ze Wschodem. Przykładem są
          liczne pielgrzymki do miejsc związanych z katolickimi świętymi,
          których losy złączone były z tymi ziemiami, m.in. z Janem z Dukli,
          Andrzejem Bobolą, Jozafatem Kuncewiczem.

          Wiele osób przyjeżdża dziś na Kresy, by odwiedzić groby swoich
          bliskich. W pobliżu każdego niemal większego miasta, najczęściej w
          okolicznym lesie, znajduje się miejsce straceń, w którym hitlerowcy
          mordowali miejscowe elity i ludność żydowską. To m.in. Ponary pod
          Wilnem, Wzgórza Wuleckie pod Lwowem, Las Bronowicki pod Drohobyczem,
          Czarny Las pod Stanisławowem. Na Wołyniu i w Galicji są też setki
          miejscowości, które stały się miejscami kaźni kilkudziesięciu
          tysięcy Polaków zamordowanych przez ukraińskich nacjonalistów w 1943
          i 1944 roku. Jest także wiele miejsc martyrologii ludności polskiej
          zabitej przez Sowietów, by wspomnieć tylko Łukiszki w Wilnie czy
          Zamarstynów i Brygidki we Lwowie.

          Niektórzy Polacy traktują z tego powodu wizyty na Wschodzie jak
          podróż do krainy umarłych, do świata, który już nie istnieje. Trochę
          przypomina to odczucia żydowskiej młodzieży, która przybywa do
          naszego kraju na wycieczki w ramach Holocaust tour i postrzega potem
          Polskę jak jedno wielkie cmentarzysko Żydów.

          Tymczasem Polacy nadal żyją na Ukrainie, Białorusi, Litwie i Łotwie,
          pielęgnują swoją tożsamość, tworzą organizacje, wydają gazety,
          prowadzą działalność społeczną i kulturalną. Warto jeździć na Wschód
          nie tylko po to, by się stykać ze śladami polskości, ale także z
          samymi Polakami. By zapoznać się z ich doświadczeniem zachowania
          chrześcijańskiej wiary i świadomości narodowej w warunkach ustroju,
          który w porównaniu z wprowadzonym w Polsce był o wiele bardziej
          okrutny i bezwzględny. W podwileńskich wioskach do dziś zresztą
          zachowały się tradycyjne obyczaje weselne, pogrzebowe, które w
          Polsce już dawno zanikły, a tam są nadal żywe.
          • eliot Re: Rzeczpospolita... spuścizna... (4) 25.08.08, 10:53
            Od unii do unii

            Podróże na Wschód to także dobra okazja, by spotkać się i zrozumieć
            Ukraińców, Białorusinów i Litwinów. Przez wiele stuleci nasi i ich
            przodkowie byli mieszkańcami tego samego państwa. Wielonarodowa
            Rzeczpospolita to nasze wspólne dziedzictwo. Wiktoria pod Grunwaldem
            w 1410 r. to triumf zarówno Polaków, jak i Litwinów. Niepodległa
            Białoruś, zanim do władzy doszedł Aleksander Łukaszenko, jako święto
            swego wojska obchodziła dzień zwycięskiej bitwy stoczonej w 1514 r.
            pod Orszą przez wojska Rzeczypospolitej pod wodzą księcia
            Konstantego Ostrogskiego. Dla Ukraińców z kolei ważnym wydarzeniem
            historycznym pozostaje udana obrona przed Turkami Chocimia w 1621
            r., którą dowodzili hetman Jan Karol Chodkiewicz i kozacki ataman
            Piotr Konaszewicz Sahajdaczny.

            Wiele narodów, dokonując strategicznych wyborów na przyszłość w
            obszarze geopolityki, odwołuje się do pewnych tradycji historycznych
            obecnych w ich dziejach. Jeśli Ukraińcy, Białorusini i Litwini,
            którzy przez wiele stuleci żyli we wspólnym organizmie państwowym
            zarządzanym przez Polaków lub Rosjan, nie chcą się wyrzec całkowicie
            swojej historii, mają do wyboru pielęgnować własne tradycje związane
            z Rzecząpospolitą albo z Imperium Rosyjskim. Nieprzypadkowo
            Łukaszenko, który wybrał opcję autorytarną i promoskiewską,
            rozpoczął na Białorusi walkę z symbolami i odniesieniami
            nawiązującymi do I Rzeczypospolitej.

            Z kolei na Litwie, gdzie zwyciężył kurs demokratyczny i zachodni,
            widać zwrot ku dziedzictwu Rzeczypospolitej. Chociaż nowoczesna
            tożsamość narodowa Litwinów kształtowała się w dużej mierze w
            opozycji wobec Polski oraz idei jagiellońskiej, jednak ostatnio
            widać, że tradycja ta wraca do łask. Przykładem może być wspólne
            świętowanie przez parlamenty Polski i Litwy rocznicy Konstytucji 3
            maja jako osiągnięcia obu narodów.

            Otwartą kwestią pozostaje wybór, jakiego dokonają Ukraińcy. Tradycja
            geopolityczna Bohdana Chmielnickiego, który walczył z Polską i
            zawarł ugodę z Moskwą, była z chęcią wykorzystywana w czasach
            komunistycznych i także dziś jest mocno eksploatowana przez kręgi
            prorosyjskie. Ma ona dużą nośność, ponieważ Chmielnicki pozostaje
            bohaterem narodowym dla wszystkich Ukraińców, niezależnie od ich
            orientacji politycznej. Z drugiej strony istnieje tradycja hetmana
            Iwana Mazepy i atamana Semena Petlury, którzy sprzymierzyli się z
            Rzecząpospolitą, by walczyć z Moskwą. Jeżeli Ukraińcy odrzucą
            rosyjski model i postawią na kierunek europejski, będzie to
            równoznaczne z wyborem tych tradycji, które dzielą z nami, a które
            łączą się z dziejami Rzeczypospolitej.

            O ile Imperium Rosyjskie rozrastało się metodą zbrojnych podbojów, o
            tyle drogę rozwoju Rzeczypospolitej stanowiło zawieranie unii. Był
            to sposób budowania jedności zarówno w sferze politycznej, czego
            przykładem polsko-litewskie traktaty unijne w Krewie, Horodle i
            Lublinie, jak w sferze religijnej, o czym świadczy zawarcie unii
            brzeskiej. Dziś Polska znajduje się w innego rodzaju Unii. Włoski
            filozof i polityk Rocco Buttiglione podaje jednak Rzeczpospolitą
            jagiellońską jako najlepszy przykład głębokiej i udanej
            koegzystencji narodów i kultur, z którego wzorców powinna czerpać
            Unia Europejska.

            Warto więc jeździć na ziemie zwane Kresami. Nie tylko po to, by
            zanurzyć się w przeszłości. Ale także, by wiedzieć, jaką przyszłość –
            i dlaczego – wybrać.

            Autor jest publicystą, współzałożycielem i redaktorem naczelnym
            kwartalnika „Fronda”

            Rzeczpospolita
            • rabbi.rozencwajg Łotwa – fałszywa przyjaciółka 15.02.23, 10:27
              Podczas niedawnej wizyty w Rydze prezydent Andrzej Duda wielokrotnie powracał do kwestii „walki ramię w ramię Polaków i Łotyszy o wyzwolenie Łatgalii” w 1920 roku, kontrastując „450-letnią przyjaźń polsko-łotewską” ze „znienawidzonym sąsiadem (…) rosyjskim potworem ze Wschodu”, przed którym należy „odbudować żelazną kurtynę aż do chmur”.

              Nie po raz pierwszy zapuszczając się na grząski teren polityki wschodniej PAD wpadł tym samym w pułapkę anachronizmu [nazwijmy to po imieniu: głupota i psychopatia – admin], uparcie mieszając dziewiętnasto- i dwudziestowieczne etnonacjonalizmy z historyczną rzeczywistością I Rzeczypospolitej i jej relacji z Inflantami w XVI stuleciu.

              Z równą dezynwolturą prezydent mówi wszak o Ukraińcach jako o „kiedyś współrodakach w Rzeczypospolitej”, choć jako żywo nikt nigdy o takim ludzie w naszych przedrozbiorowych granicach nie słyszał.

              Znacznie poważniejszego gwałtu na prawdzie historycznej prezydent Duda dopuścił się jednak przechodząc do porządku nad prawdziwymi okolicznościami zarówno sprezentowania państwu łotewskiemu Inflant Polskich z Dyneburgiem, jak i nad całą z gruntu antypolską polityką władz w Rydze w dwudziestoleciu międzywojennym oraz współcześnie.

              Uboczny produkt rywalizacji niemiecko-brytyjskiej

              Geneza państwa łotewskiego, pierwszego i niemającego żadnych tradycji historycznych, jest całkiem typowa dla naszej części Europy i jest wynikiem krzyżowania się dwóch głównych tendencji. Po pierwsze – niemieckiego dążenia do organizacji Mitteleuropy, głębokiego zaplecza Niemczyzny na Wschodzie, stanowiącego zaplecze aprowizacyjne, rynek zbytu, rezerwuar siły roboczej oraz obszar kolonizacyjny dla Rzeszy. Pribałtika, poddana niemieckiemu osadnictwu miejskiemu i ziemiańskiemu już od XIII wieku, pełniła ważną rolę zarówno bazy wypadowej, jak i ośrodka wpływów niemieckich na Rosję i inne ziemie słowiańskie.

              Z drugiej strony w tym samym celu, uzyskania dominacji co najmniej handlowo-gospodarczej w kierunku Serca Lądu – rejon Bałtyku był uznawany za rozwojową strefę wpływów przez ośrodki decyzyjne Londynu / City.

              Państewka bałtyckie pojawiły się zatem jako wypadkowa tych dwóch sił – najpierw wywołane ex nihilo przez okupantów niemieckich w 1918 roku (Księstwo Kurlandii i Semigalii, Vereinigtes Baltisches Herzogtum), a następnie obdarzone przymusową niepodległością przez aliantów interweniujących podczas rewolucji i wojny domowej w Rosji. Chodziło wówczas przede wszystkim o powstrzymanie irredenty Niemców Bałtyckich, współdziałających zresztą z siłami Białych.

              Dla tego celu operująca na Bałtyku Royal Navy została odwołana spod Kronsztadu i Piotrogrodu, gdzie jej wsparcie miał obiecane nacierający na stolicę generał Nikołaj Judenicz i została skierowana na wybrzeże łotewskie, ostrzeliwując z morza oddziały białej Zachodniej Rosyjskiej Armii Ochotniczej Pawła Bermondt-Awałowa.

              Rodząca się II Rzeczpospolita, realizująca na odcinku wschodnim zadania stawiane przez Londyn, wzięła udział w tych walkach dostarczając broń, sprzęt i amunicję służące rozbiciu Białych[i]. W efekcie załamała się również ofensywa Judenicza na północy, a państwo bolszewickie przetrwało, między innymi dzięki fanatycznemu wsparciu… Strzelców Łotewskich, stanowiących podporę rewolucji, osobistą gwardię Władimira Lenina i awangardę walki z Białymi i interwentami.

              Taka jest prawdziwa geneza opiewanej przez prezydenta Dudę „polsko-łotewskiej współpracy”: wykonywanie poleceń Londynu i uratowanie, a nie pokonanie bolszewizmu.

              Wrogi „sojusznik”

              Do walki z Czerwonymi przystąpiliśmy zatem nie wtedy, kiedy można ich było realnie pokonać, lecz gdy odpowiadało to interesom zachodnich aliantów, zainteresowanych utrzymaniem swoich przyczółków wpływu na pograniczu dawnego Imperium Rosyjskiego wobec braku szans na kontrolowanie go w całości. W tym właśnie kontekście należy rozumieć zarówno anachronicznie dziś przedstawiany marsz Edwarda Śmigłego Rydza na Dyneburg, jak zwłaszcza osławioną wyprawę kijowską Józefa Piłsudskiego.

              W ten sposób, rezygnując z możliwości zawarcia pokoju z bolszewikami, zgadzającymi się podczas rozmów w Mikaszewiczach na oddanie Rzeczypospolitej pełnej kontroli nad Litwą i Białorusią aż po Berezynę (a wcześniej celowo doprowadzając do fiaska negocjacji z Białą Rosją gen. Antona Denikina) – wojska polskie w styczniu 1920 roku przystąpiły do Operacji Zima, czyli niesprowokowanego ataku w kierunku na Dyneburg.

              Charakterystyczne, że w ofensywie mającej faktycznie reaktywować sztuczny twór państwa łotewskiego obok 30 tys. żołnierzy polskich uczestniczyło zaledwie 10 tys. Łotyszy. W dodatku zaś ci operując samodzielnie łatwo oddawali pole bolszewikom, zostawiając przyjemność walki z nimi polskim samonarzucającym się sojusznikom.

              Atmosfera między aliantami od początku była zresztą napięta, nie tylko z powodów politycznych. „Stosunek żołnierza polskiego do Łotyszów, nawet do ludności polskiej (…) był niechętny, nieżyczliwy. Żołnierz nie mógł zrozumieć, dlaczego na łotewskiej ziemi mają być Polacy i rozmawiał z nimi po rosyjsku, uważając ich za Łotyszów. Wolę zamilczeć o szczegółach… Braterstwa broni nie było, żołnierz polski pogardzał łotewskim za to, że musiał iść zawsze w pierwszym szeregu, zamiast w jednym, za zły prowiant (przezwisko Łotyszów – «śledzie»), za brak uprzejmości koleżeńskiej – niejednokrotnie dochodziło do bójek (…). Łotysze nie ufali wojsku polskiemu, posądzając zupełnie bezpodstawnie o zamiary zaborcze, pragnąc jak najszybszego wycofania ich z Łatgalii” – raportował konsul RP, Michał Świerzbiński.

              „Po zajęciu Dyneburga przez Polaków doszło do rabunków i gwałtów, głównie na ludności żydowskiej i rosyjskiej. Na porządku dziennym były nadużycia żołnierzy polskich, pozbawiających ludność resztek majątków pod pozorem wojennych rekwizycji. Gwoli sprawiedliwości trzeba dodać, że ofiarą tej samowoli padała również miejscowa ludność polska” – dodaje historyk Tomasz Paluszyński.

              Nic więc dziwnego, że Łotysze woleli obsadzać swoimi siłami tereny już zajęte przez Polaków w obawie, by nie posłuchali oni miejscowej ludności masowo domagającej się przyłączenia do państwa… polskiego. Działania takie nasiliły się zwłaszcza podczas odwrotu armii polskiej spod Kijowa, kiedy to korzystając z okazji nasi łotewscy przyjaciele wkroczyli do powiatu iłłuksztańskiego, zamieszkałego przez większość polską[ii].

              Równie wrogą postawę Ryga zajmowała wobec Litwy Środkowej i akcji generała Lucjana Żeligowskiego. Gdy spodziewano się, że po wyzwoleniu Wilna podejmie on dalszy marsz na Kowno, Łotwa szykowała się do udzielenia zbrojnego wsparcia Auksztotom. Politycy i prasa łotewska zajmowali zdecydowanie proniemiecką postawę wobec powstań śląskich, a jednym z głównych kierunków działań nowego państwa była depolonizacja krajowej własności ziemskiej i oświaty.

              Odebrać Polakom ziemię i zamknąć szkoły

              Łącznie chodziło o przeszło 350 tysięcy hektarów, w posiadaniu 130 polskich rodzin oraz łącznie 65 tysięcy hektarów średnich i drobnych gospodarstw prowadzonych przez 3395 miejscowych Polaków. Mające decydujący wpływ na łotewską politykę nacjonalistyczne formacje miejscowego chłopstwa przeforsowały reformę rolną i wywłaszczenie Polaków, przy pozostawieniu działek do 50 ha.

              Walka o odszkodowania była główną treścią polsko-łotewskich stosunków dyplomatycznych właściwie przez całe dwudziestolecie, a sytuację pogarszały szykany stosowane przez Rygę wobec polskiej oświaty. Ograniczano również prawa obywatelskie polskiej mniejszości, czego symbolem było aresztowanie w 1924 roku polskiego posła na Sejm Łotwy, Jana Wierzbickiego pod zarzutem zdrady stanu za protesty przeciw blokowaniu polskiego szkolnictwa w Inflantach.

              Stosunki stały się jeszcze bardziej napięte po autorytarnym przewrocie Kārlisa Ulmanisa (dziś czczonego na Łotwie jako bohater narodowy). Jeszcze silniej nacjonalistyczna polityka łotewska obróciła się przeciw polskiej mniejszości. Polskie Zjednoczenie Narodowe na Łotwie zostało rozwiązane przez władz
              • rabbi.rozencwajg Re: Łotwa – fałszywa przyjaciółka 15.02.23, 10:29
                cdn
                Stosunki stały się jeszcze bardziej napięte po autorytarnym przewrocie Kārlisa Ulmanisa (dziś czczonego na Łotwie jako bohater narodowy). Jeszcze silniej nacjonalistyczna polityka łotewska obróciła się przeciw polskiej mniejszości. Polskie Zjednoczenie Narodowe na Łotwie zostało rozwiązane przez władze, zawieszono polski „Nasz Głos”, zamknięto 27 z 45 polskich szkół podstawowych, wydalono ze służby państwowej urzędników polskiego pochodzenia. „Jesteśmy w stanie konfliktu mniejszościowego z Łotwą” – raportowało w czerwcu 1935 roku polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych[iii]. Poprawy nie udało się uzyskać aż do końca istnienia II RP, której wielu przedstawicieli ewakuowało się na Zachód właśnie przez Rygę, przy rosnącej niechęci i zniecierpliwieniu miejscowych władz, wyraźnie już ukierunkowanych na współpracę z III Rzeszą.

                „Przyjaźni” i „braterstwa”, o których mówił prezydent Duda, a nawet zwykłego dobrego sąsiedztwa, nigdy więc nie było, zaś polskie zaangażowanie w powstanie państwa łotewskiego niczego dobrego ani miejscowym Polakom, ani Rzeczypospolitej nie przyniosło.

                Nie oddać Polakom ziemi i…

                Wbrew pozorom nie lepiej polsko-łotewskie sprawy mają się od ogłoszenia drugiego państwa łotewskiego, w sierpniu 1991 roku. Znowu dominują oficjalne deklaracje przyjaźni, wygłaszane pod anglosaskie dyktando, za którymi jednak kryje się ponowne zwracanie się Rygi w kierunku polityki etnonacjonalistycznej przeciw mniejszościom, zarówno Rosjanom, jak i Polakom, oraz coraz wyraźniejsze budowanie polityki historycznej kraju na tradycji i hasłach nazistowskich, a więc poniekąd podobnie jak na Ukrainie i Auksztocie.

                Znowu też realnym punktem spornym pozostają kwestie własnościowe, oczywiście w żadnym razie nie artykułowane na szczeblu międzypaństwowym. Aż 31 lat zajęło władzom Łotwy przejście do kolejnego etapu wypłacania odszkodowań za mienie obywateli znacjonalizowane w okresie sowieckim. Teoretycznie odpowiednie ustawy uchwalono już w latach 1990 – 1992, a cały proces uznano za zakończony w 2006 roku. W istocie jednak roszczenia osób z obywatelstwem innym niż łotewskie były przeważnie oddalane (z wyjątkiem 15% udziału wnioskodawców z USA, 5% z Kanady i 4% z Izraela), a mienie właścicieli polskich i żydowskich uznawano często za „porzucone” i „pozbawione spadkobierców”. W dodatku w przypadku uznanych roszczeń proponowano najczęściej nieruchomości zastępcze o nieekwiwalentnej wartości.

                Władze w Rydze obwarowały także cały proces zgłoszeniem zastrzeżeń do pełnego wdrożenia Protokołu Nr 1 do Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Tym samym jednak znalazły się w sporze z międzynarodową wspólnotą ofiar Holocaustu i wspierającą te roszczenia dyplomacją amerykańską. Dopiero w lutym 2022 roku pod naciskiem amerykańskim Łotwa zniosła ograniczenia i wznowiła kwestię restytucyjną, zapowiadając wypłatę € 40.000.000 potomkom ofiar Zagłady.

                W ten sposób jednak otworzona też została droga do dalszego roszczenia praw polskich właścicieli, przede wszystkim do majątków pozostawionych w Inflantach Polskich, ci jednak – w przeciwieństwie do potomków miejscowych Żydów i Niemców – nie mają za sobą żadnego oparcia państwowego. Kilkudziesięcioma takimi sprawami zajmuje się obecnie Powiernictwo Kresowe, za każdym razem spotykając się z wyraźną niechęcią władz III RP chętnie przyznających odznaczenia liderom polskiej mniejszości na Łotwie, ale równie zdecydowanie zaprzeczających, że w relacjach z Łotyszami mogą Polaków dzielić jakieś kwestie prawne, a faktycznie wprost wyrządzone naszym rodakom krzywdy.

                Odbudowana z wielkim trudem i wysiłkiem miejscowych Polaków polska oświata na Łotwie od co najmniej trzech lat jest poddana ogromnej presji. Realizowana od 2020 roku reforma systemu edukacji wymierzona jest przede wszystkim w szkolnictwo mniejszości, a zwłaszcza Polska Średnia Szkoła Ogólnokształcąca im. Ity Kozakiewicz w Rydze ucierpiała w związku z wprowadzonymi ograniczeniami w pracy nauczycieli ściąganych tu z Polski, z polskim obywatelstwem.

                W efekcie w ciągu ostatnich dwóch lat o ponad połowę zredukowano liczbę godzin wykładanych po polsku. Dramatycznie przedstawiają się perspektywy czterech działających na Łotwie polskich szkół w związku z zapowiedzianą pod koniec 2022 roku kolejną reformą, w wyniku której zajęcia w językach mniejszości zostaną w ogóle zabronione, a polskiego będzie można nauczać jedynie jako jednego z wielu języków obcych. Przejęty opowiadaniem o wspólnej nienawiści do Rosji prezydent Duda w ogóle tego tematu podczas rozmów w Rydze nie podniósł!

                Wystawmy Rydze rachunek

                A przecież Wojsko Polskie nadal broni Łotwy, nasz kontyngent wojskowy w ramach misji NATO to obecnie dwustu żołnierzy wyposażonych w broń pancerną, to z polskich podatków (sic!) łoży się na utrzymanie całej międzynarodowej batalionowej grupy bojowej sił wzmocnionej Wysuniętej Obecności Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego – a w zamian Łotysze zamykają nam szkoły i nie pozwalają uczyć dzieci po polsku, polskiej historii, także polskiej historii tych ziem.

                Faktycznie, w tej jednej analogii prezydent Duda ma zatem niechcący trochę racji: jak nieco ponad 100 lat temu, polscy żołnierze gwarantują realizację anglosaskich interesów w regionie bałtyckim, jak wtedy Łotwa ani myśli się za to nijak „polskim przyjaciołom” odwdzięczać, zaś koszt całej awantury ponoszą miejscowi Polacy, dodatkowo zagrożeni nie tylko łotewskim szowinizmem, ale i niebezpieczeństwem rozlania się wojny między Zachodem a Rosją na zamieszkałe przez naszych rodaków rejony Pribałtiki.

                Tak zawsze kończy się wiara w fałszywe przyjaźnie i zgoda, by nasze stosunki z sąsiadami dyktowane były z obcych stolic.

                Konrad Rękas

                [i] P. Łossowski Łotwa nasz sąsiad. Stosunki polsko-łotewskie w latach 1918 – 1939. Warszawa, 1990, str. 8-9.
                [ii] Op. cit., str. 12-14.
                [iii] Op. cit., str. 46-48.

                myslpolska.info
              • rabbi.rozencwajg Re: Łotwa – fałszywa przyjaciółka 15.02.23, 10:32
                Duduś-przygłup
            • scand Re: Rzeczpospolita... spuścizna... (4) 23.05.23, 22:18
              > Tradycja
              geopolityczna Bohdana Chmielnickiego, który walczył z Polską i
              zawarł ugodę z Moskwą,

              Gdyby nie ta ugoda perejesławska Chmielnickiego historia świata potoczyłaby się inaczej.
              Tak twierdzi O. Arestowicz.
              en.wikipedia.org/wiki/Oleksii_Arestovych

              Może nie byłoby rozbiorów...
              • ignorant11 Re: Rzeczpospolita... spuścizna... (4) 28.05.23, 17:30
                scand napisał:

                > > Tradycja
                > geopolityczna Bohdana Chmielnickiego, który walczył z Polską i
                > zawarł ugodę z Moskwą,
                >
                > Gdyby nie ta ugoda perejesławska Chmielnickiego historia świata potoczyłaby się
                > inaczej.
                > Tak twierdzi O. Arestowicz.
                > en.wikipedia.org/wiki/Oleksii_Arestovych
                >
                > Może nie byłoby rozbiorów...

                Gdyby udało sie wdrozyc ugode hadziacka, gdyby nie byłą spoźniona...
                • rabbi.rozencwajg Polska musi... 10.08.23, 21:37

                  wiernipolsce1.wordpress.com/2023/07/29/polska-musi-okreslic-swe-strategiczne-interesy/

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka