Dodaj do ulubionych

Dla emerytów

12.06.06, 12:16
Specjalny, gościnny wątek dla emerytów, których już nie wpuszczają do knajp
dla małolatów.
Obserwuj wątek
        • vauban Re: Emerytowany emeryt 12.06.06, 13:35
          THX, Yaworius, wiedziałem, że jesteś OK. Sądzę po kocie :)
          Teraz już wszystko (prawie) łozumiem. Obiecałem bajkę, oto ona (płód ostatniej
          godziny).

          Bajka dla potłuczonych

          Zapadał zmierzch. Krążące w oddali gawrony myślały już o spokojnym śnie pośród
          odpadków, zeszłorocznych liści i patykiem pisanych winach. Nie były to ich winy.
          W samym środku mrocznego lasu, na uroczyszczu, pośród wiekowych drzew, krzewów i
          zielska, walczyła z grawitacją i własną starością mała, częściowo spróchniała
          chatka, w której to chatce robiła właściwie to samo mała, częściowo spróchniała
          staruszka. Siedziała w bujanym fotelu, dziergając moherowy beret, na jej
          spróchniałych niemal całkowicie kolanach wylegiwał się beztrosko niewielki,
          zupełnie świeży, mruczący kotek.
          Kotek wyglądał wprost słodko. Miał lśniące, czarne futerko, z rodzaju tych,
          które przy dotknięciu sypią iskrami, bursztynowe oczy, białe nastroszone wąsiki,
          mruczał tak sugestywnie, iż miało się wrażenie, że posiada zainstalowany
          wewnątrz elektryczny motorek.
          W kominku wesoło trzaskały płomienie, szumiały kołysane wiatrem drzewa wokoło,
          jednym słowem, wszystko było takie, jakie powinno być w stereotypowej bajce,
          skonstruowanej z archetypów kulturowych.
          Coś tu jednak się nie zgadzało.
          Pewien element nie pasował do tego, ckliwego i kiczowatego, przyznać trzeba,
          obrazka.
          Tym elementem był, spoczywający obok fotela, ciemny, metalicznie błyszczący
          kształt, przypominający zbiornik na wodę, lecz zaopatrzony w nonsensownie
          sterczące stalowe skrzydełka na jednym z końców, kształt, który już na pierwszy
          rzut oka zdecydowanie nie budził zaufania, kształt wyraźnie nie pasujący do
          rustykalnego wnętrza wspomnianej częściowo spróchniałej chatki !
          Staruszka, machinalnie głaszcząc kotka po grzbiecie, ciężko i z namysłem westchnęła.
          - Tak, tak, mój miły kiciusiu ! - zwróciła się skrzypiącym jak stare drzwi o
          północy, lecz przepełnionym tkliwością głosem do kotka. Kotek nie odpowiedział.
          Na wszelki wypadek, udawał, że śpi.
          - Nadchodzi chwila, gdy trzeba podjąć decyzje. Kiedy Zielony Kapturek wraz z
          Wilkiem przytaszczyli mi to znalezisko, pomyślałam sobie na początku: nie. Nie
          zrobię tego, z wielu powodów. Chociaż jestem częściowo spróchniała, to jednak...
          Takich rzeczy się nie robi. Nie wolno. Tak wszyscy mówią. Tak zapisano w
          księgach prawniczych. Ale dzisiaj... Chyba dobrze się stało, że to mamy...
          Kotek przeciągnął się, lecz w dalszym ciągu udawał, że ignoruje słowa staruszki.
          Niezrażona brakiem odzewu, staruszka kontynuowała monolog:
          - Gdyby nie to, co stało się ostatnio... Myślę, że nie zdecydowałabym się na to.
          Lecz teraz już dosyć tego ! Dotąd naigrywano się ze mnie... Starej wariatki...
          Mieszka pośrodku lasu, mówili, uprawia ziółka, trzyma kota, nic takiego, robi
          lecznicze nalewki... Ale teraz, to już przesada !
          Posądzano mnie o czary... Dawniej. Głupcy i ignoranci. Uważali za czary to, że
          napar z mięty leczy chory żołądek ! Masz pojęcie, kocie ?
          Kot nadal dyplomatycznie nie zabierał głosu.
          - Ale teraz ! Przegięli, kurwa ich mać faszystowska ! Nowy burmistrz pobliskiego
          miasteczka mówi - i otumania tym co tępszych wyborców - że prowadzę nielegalną
          klinikę ginekologiczną ! I że specjalizuję się w aborcjach ! Większej bujdy nie
          słyszałam od 1411, kiedy rozgłaszano, że lada moment zdobędą Marienburg ! Wiesz
          co, kocie ? Ja im pokażę !
          Kot przeciągnął się, mruknął w sposób sugerujący akceptację. Zachęcona tym
          staruszka, kontynuowała monolog - mimo tego, że była na wpół spróchniała:
          - Więc teraz wyjawię ci mój plan: to duże coś, tu, obok fotela, to bomba
          atomowa. Wedle tego, co pisze na etykietce - a odczytałam ją, mimo braku
          odpowiednich okularów, bowiem jeszcze w roku 1673 ukradł był mi je ten chuj
          leśniczy - ma ona moc jednej megatony. To aż zbyt dużo, jak na nasze potrzeby,
          ale wcale nie za dużo, aby wyrazić moją złość na tych niewdzięczników ! Przy
          pomocy kilku, prostych zresztą, zaklęć, teleportuję ją dokładnie do gabinetu
          burmistrza - a następnie, w ten sam sposób, zdetonuję. I co ty na to ?
          Kot miauknął, wyprostował grzbiet w typowym kocim łuku, a następnie zaczął
          ocierać się pyszczkiem o nieomal całkowicie spróchniałe dłonie staruszki.
          Staruszka pokiwała trzęsącą się głową.
          - Masz rację. Tak będzie właściwie.
          Z przeraźliwym skrzypieniem prastarych stawów, wstała z fotela. Podeszła do
          bomby, spokojnie spoczywającej na zadeptanym właściwie całkowicie dywanie.
          Wyciągnąwszy przed siebie kościste, poznaczone wątrobowymi plamami a przy tym
          drżące dłonie, półgłosem zaczęła mamrotać skomplikowane i wymagające skupienia
          zaklęcie.
          Była już prawie w połowie zaklęcia, gdy nocną ciszę zakłóciło energiczne
          bębnienie pięściami w drzwi na wpół spróchniałej chatki. Będąc również na wpół
          spróchniałymi, drzwi nie mogły stawiać przesadnie długiego oporu.
          Staruszka była tego świadoma.
          - Kto tam ?! Krzyknęła, mrucząc jednocześnie pod nosem słowa powszechnie uważane
          za obelżywe.
          Zupełnie nie pasowały one do sekwencji słów teoretycznie stanowiących zaklęcie.
          - Otwierać ! Inkwizycja ! Padły złowróżbne wyrazy spoza na wpół spróchniałych,
          lecz ciągle zachowujących swoją formę, drzwi.
          Kot już przed dobrą minutą wycofał się na z góry upatrzoną pozycję pod na wpół
          spróchniałą kanapą.
          - Nie spodziewałam się hiszpańskiej Inkwizycji... zmartwiałymi usty (!) wybąkała
          staruszka.
          Szybko uczyniła rękoma znak, którego nauczyła ją jej prababka, mówiąc: "gdy
          skończy się spirytus rektyfikowany - zacznie się denaturowany". Dotąd nie
          doceniała tej rady. A jednak...
          Znak podziałał ! Świecąca dotąd słabym, fosforycznym światłem skrzyneczka
          detonatora bomby rozbłysła czystą czerwienią. Mechaniczny głos oznajmił
          beznamiętnie:
          - " do detonacji pozostało pięć sekund... cztery... trzy... I tak nie zdążysz
          wprowadzić kodu dezaktywacji... jedna... zero...
          Dalszego ciągu, niestety, nie znamy...



        • vauban Re: Inna bajka 13.06.06, 23:55
          Obiecałem, więc daję nowe bzdurki.
          Mam już pomysł na trzecią.


          Inna bajka

          Krasnoludek Hipolit otarł pot z czoła. Oddychał z trudem. "Dawno nie biegałem.
          Cholera, to wieczne siedzenie na naradach aktywu...", pomyślał.
          Zmęczony, zziajany, miał przecież ważną misję do spełnienia. Musiał dotrzeć z
          wiadomością do Oberkrasnoludka Adalberta. Musiał !
          Potykając się o sosnowe szpilki i drobne, suche gałązki, Hipolit przedzierał się
          przez las. Za sobą pozostawił już niebezpieczną, otwartą przestrzeń łąki, pole,
          na którym pszenica przewyższała go już o głowę, przed nim rozciągał się jeszcze
          suchy, sosnowy bór. Dalej będzie gorzej, pomyślał cierpko, ci cholerni leśnicy
          niedawno wprowadzali liściasty podszyt tam, za leśną drogą oddziałową. Od razu
          wlazł mech i paprocie. Z drugiej strony, w gąszczu będzie bezpieczniej. "Te
          cholerne, historyczne czerwone czapeczki ! Jak nic mnie coś wypatrzy, bo to się
          nie zdarzało ? Jakiś grzybiarz, pół biedy, jeśli pijany, będzie myślał, że ma
          delirium..."
          Hipolit wzdrygnął się. Przypomniała mu się sprawa krasnoludka Genzeryka. Poszedł
          kraść jajka z kurnika, potknął czy pośliznął, w każdym razie wpadł do kadzi z
          zacierem u chłopa - bimbrownika. Ile wtedy było załatwiania, mamienia, a
          odzyskać ciało Genzeryka udało się dopiero wykradając je wraz z butelką - chłop
          postawił ją w kredensie, i już zapraszał sąsiadów na oglądanie dziwowiska...
          Na dotatek, robił się głodny. Krasnoludki, z racji małych rozmiarów, muszą jeść
          jak sikorki - tyle, ile ważą. Inaczej brakuje im kalorii, tym bardziej przy
          takim wysiłku, jak przebiegnięcie blisko pół kilometra.
          Nareszcie ! Oto droga - Hipolit rozejrzał się czujnie. Nikogo. Można iść, aby w
          te paprocie.
          Żeby tylko nie napotkać Dziada Borowego - normalnie, to pech, ale w takich
          okolicznościach - to już nie pech, to klęska ! Nie dostarczy wiadomości !
          Lecz co to ? Hipolit uśmiechnął się szeroko. Oto z mchu i poszycia wyłaniał się
          przed nim miły oku widok - dorodny podgrzybek brunatny ! W sam raz na posiłek
          dla zgłodniałego krasnoludka !
          Hipolit wgryzł się w smaczny grzybi miąższ. "Te parę minut... Nikogo nie zbawi.
          Muszę zjeść obiad !" - myślał.
          Skończywszy podgrzybka, oblizał się i raźniejszym krokiem zagłębił się w las.
          Omijał kępy mchu, szyszki, mrówki... Dokuczały mu jednak coraz silniejsze
          skurcze przepełnionego żołądka. "Co jest ? W życiu mi podgrzybek nie
          zaszkodził..." - myślał. Miał już prawie trzy lata, jak na krasnoludka wiek
          dojrzały. Skurcze nasilały się. Nie wytrzymał, ciężko usiadł pod sosnowym
          korzeniem. Oddychał z coraz większym trudem. Zwymiotował, ale nie przyniosło mu
          to ulgi. Miał mroczki przed oczyma.
          "Co się dzieje ?!"
          Hipolit czuł się coraz gorzej. Miał uczucie, że ręce mu drętwieją. Z nosa
          pociekła mu krew. Ostatki rozdygotanej świadomości podpowiadały mu, że to
          koniec. Ale wiadomość ! Co z wiadomością ? Jeśli jej nie dostarczy, zagrożona
          będzie cała krasnoludzkość !
          Brzozowa kora ! Resztką sił zaczął niezgrabnie skrobać po płatku brzozowej kory
          ułamkiem sosnowej igły, maczanej w krwi wciąż płynącej mu z nosa: "Do
          wszystkich. Strajk krasnoludków w oborze PGR - Stare Babki. Odmawiają sikania do
          mleka. Prowodyr..." Niekontrolowane drgawki sprawiły, że igła wypadła mu z
          bezwładnej ręki... Hipolit stracił przytomność.

          Sójka Genowefa, która od dłuższej już chwili przyglądała się konającemu
          krasnalowi z gałęzi, podfrunęła teraz ku drgającemu jeszcze, drobnemu czerwonemu
          kształtowi. Uważnie przeczytała koślawe litery ostatniej wieści Hipolita.
          - Dobrze mu tak. Kapuś pierdolony, doigrał się - mruknęła pod dziobem.
          Sójka Genowefa, w przeciwieństwie do Hipolita, wiedziała aż zbyt dobrze, o co
          chodzi. Na dalekiej, zielonej Ukrainie, doszło do fatalnej eksplozji elektrowni
          atomowej. Podgrzybek wchłonął dostatecznie dużo radioaktywnego strontu, jodu i
          cezu, by stać się wysoce zabójczym dla drobnego i wrażliwego na radiację
          krasnoludka.
          Sójka wiedziała o tym z ptasiego Radia Zamorskiego. Wybierała się od dawna za
          morze, i starała się być poinformowana, czego należy się tam spodziewać.
          Krasnoludek, wierny swoim zasadom, radia tego nie słuchał, zresztą było ono
          przez samych krasnoludków dość skutecznie zagłuszane...

    • vauban Dla surrealistów z Łodzi 15.06.06, 18:33
      Oto kolejna bajeczka, która mi się właściwie przyśniłła.


      Nowa bajka alternatywna


      (alternatywna, ponieważ jej fabuła dzieje się w rzeczywistości alternatywnej do
      rzeczywistości pierwszej bajki, która to z kolei dzieje sie w rzeczywistości
      alternatywnej.)

      - Nie pierdol mi takich głupot, kurwa mać, kawałku sparszywiałego szkiełka !
      Tymi oto słowy zwróciła się (jak na jej temperament, jeszcze stosunkowo
      łagodnie) królewna Migdalia do swojego magicznego lusterka.
      - Jak to, robi problemy ? Co znowu ? Wszystko miało być już załatwione, ojciec
      się zgadzał, co znów wymyślił ?! Może mi to wytłumaczysz, lustereczko, emmm ?
      Magiczne lustro trzęsło się jak w febrze. Przetrzymało już wiele - kaprysy
      dorastającej królewny rosły wraz z nią. Zniosło już wiele napięć
      powierzchniowych, a nawet takich, które sięgały głębiej w strukturę magicznego
      szkła. Jednakowoż nie było z diamentu - i wiedziało dobrze, że magiczne
      zwierciadła dzielą się na te uprzejme i na te rozbite. Nie miało zamiaru
      dołączyć do tej drugiej kategorii, ale tym razem, sytuacja wydawała się być
      krytyczną.
      A przecież tyle już wytrzymało ! Jakże niełatwa była jego egzystencja ! Ileż
      hipokryzji wymagało odeń dotąd dyskretne ukrywanie własnej opinii na temat
      użytkującej je królewny !
      Pół biedy, gdy zadawała właściwe nastolatkom pytanie : "lustereczko, powiedz
      przecie, kto najpiękniejszą jest na świecie ?". Drobne kłamstwo załatwiało sprawę.
      Gorzej było, gdy królewna dojrzewając, zaczęła zadawać pytania szczegółowsze:
      Czy ludzie rozmnażają się tak samo, jak krasnoludki ? Naprawdę musi odbywać się
      to w tak niewygodny i obrzydliwy sposób ? Czy ten przystojniak wiceksiążę
      Paparazzi to prawdziwy Włoch ?
      Dlaczego mój ojciec król tak bardzo czerwieni się, gdy obmywa mu ręce ta nowa
      pokojówka ?
      Wszystko to było jednakże zaledwie przedsionkiem lustrzanego piekła ! Prawdziwe
      kłopoty nastąpiły wtenczas, gdy królewna Migdalia zaczęła zdawać sobie sprawę z
      własnej odmienności...
      Była to, powiedzmy sobie uczciwie - odmienność niezwykła, by nie rzec wręcz -
      królewska...
      Otóż, skutkiem jakiejś dziwnej, wymendlowanej struktury genetyczno -
      dynastycznej, królewna obdarzona została dupą w poprzek.
      Pod warstwą sukien, na pierwszy rzut oka, jej część dolna nie różniła się
      zanadto od części dolnych dworek - stąd, gdy za młodu przychwyciła jedną z nich
      na oddawaniu moczu, mogła królewna bez żenady zakrzyknąć: Och, jej ! Ty też masz
      cipę ! - jednak w miarę upływu czasu i wzrastania tychże części królewny,
      problem zaczął - dosłownie - narastać.
      Brał sie on częściowo z upodobań kulinarnych królewny. Nie było dnia, aby
      królewski kuchmistrz, zziajany jak zgoniony chart, upiekłwszy naręcza (!)
      przepiórek oraz kotły (!) zajęcy w śmietanie (!), nie otrzymywał, płynącego z
      najwyższych stołków władzy polecenia: Fasolka po bretońsku !!!
      Podwójna ! I do tego hamburgery ! Z surówką z kapusty ! Subito, santo subito !
      (Kucharz był Włochem. Praktykował w restauracji na Via dei Conciliazione w
      Watykanie. Kiepska rekomendacja).
      Taki sposób odżywiania nie mógł jednak przejść bez echa. Dosłownie.
      Jak wiadomo, spożywanie strączkowych, wywołuje gazy. Królewna Migdalia miała z
      nimi problem podwójny - oprócz psucia i tak niezbyt świeżego powietrza w pałacu,
      wywoływały one dodatkowy efekt akustyczny: dupa królewny kłapała !!!
      Kłapała przy sraniu, kłapała przy pierdzeniu, co najgorsze - kłapała również
      przy chodzeniu.
      Zastanówcie się, drodzy moi czytelnicy: czy warto zazdrościć królewnie jej
      pozycji społecznej przy takiej dolegliwości somatycznej ?
      Wracając jednak do dylematów magicznego lusterka: milczało dyskretnie przez czas
      długi, pomijało oczywiste złośliwości, opowiadane przez dworzan od wielu, wielu
      lat, nie odpowiedało królewnie na najbardziej zasadnicze z pytań, jakie kiedyś,
      zduszonym i wstydliwym tonem mu zadała - jakoś udało się wymigać, lecz teraz...
      W dniu jakże ważnym ! Dynastycznie mariażowym ! Scheiss !
      (Lusterko wykonane było w Norymberdze, i po nawet wielu latach, zachowało miłość
      do rodzimego języka).
      Królewna starała się opanować. Odwróciła się od przepięknego,
      biedronmajerankowego biureczka na którym ustawione było magiczne lusterko.
      Usiłowała zebrać myśli.
      - Dobra. Idę teraz do ojca. Wygarnę mu, co o tym wszystkim myślę. Niech się
      tłumaczy. Teraz, kiedy nadarza się niewiarygodna wprost okazja, gdy z powodów
      genetyczno - dynastycznych, mam wreszcie szansę na poślubienie księcia Rudolfa,
      on mówi: nie ? Przecież ja kocham Rudolfa ponad życie ! Rudolf, najdroższy ! Nie
      można zaprzepaścić takiej wielkiej miłości, Rudolfie !! Ach !
      Królewna, zarysowawszy marmurową posadzkę ostro zakończonym szpicem wysokiego
      obcasa, doprawdy, nieźle zapaliła z gumy, i nie minęły dwie minuty, gdy lekko
      zdyszana, stanęła przed drzwiami królewskich komnat prywatnych. Służba wzdłuż
      korytarza ustawiona, starannie udawała, iż nie słyszy charakterystycznych
      kłapnięć, towarzyszących ruchowi pośladków królewny.
      W tym samym czasie, magiczne lusterko królewny, rozsypało się w proch. Zawał
      krystalizacji...
      Niekiedy dotyka przedmiotów magicznych, zwłaszcza zbyt wrażliwych, pozostających
      na niezdrowej diecie lub w ciągłym stresie.
      Otwierać! Zażądała królewna od strzegących odrzwi halabardierów. Zawahali się,
      na ich twarzach pojawiły się znamiona rozterki. Jednak, słowo królewny było
      słowem upoważnionej - wszak na odrzwiach widniał napis, doskonale czytelny -
      "nieupoważnionym wstęp wzbroniony".
      A w tym wypadku, halabardziści postąpić mogli jedynie wedle regulaminu.
      Rzeźbione odrzwia rozchyliły się majestatycznie, jak należy przy okazji
      królewskich wizyt. Królewna Migdalia wstąpiła do prywatnej komnaty królewskiej,
      przepysznie ozdobionej rękoma anonimowych rzemieślników. I stanęła jak wryta.
      Jej oczom ukazał się obraz, jakiego nie spodziewała się nigdy zobaczyć: oto Jego
      Królewska Mość, ojciec wyżej pomienionej, zerwał się z klęczek (!) i, podwijając
      sute królewskie szaty, oblał się był szkarłatnym rumieńcem. Nerwowo manipulował
      przy rozporku.
      Na wspaniałym arcydziele sztuki dywanniczej, mającym przeszło 500 lat kobiercu,
      klęczał książę Rudolf, pantalony mający opuszczone do kostek - przyodzianych
      zresztą w śnieżnobiałe skarpetki frotte. Na jego obliczu malował się rumieniec o
      zaiste kardynalskim odcieniu.
      - Co to, kurwa, znaczy ? Z trudem wyrzekła królewna.
      Jako pierwszy opanował się Król.
      - Córko najdroższa... Spokojnie... - rzekł, próbując zachować opanowanie.
      - Co za, kurwa, spokojnie ??? Co to ma znaczyć ?! - Królewna powiodła nieco
      nieprzytomnym wzrokiem po komnacie.
      - Córuchno... jęknął Król - to dla Twojego dobra...
      - Jak to ? Coo ? - Królewna była już gotowa dać po pysku zarówno ojcu, jak i
      narzeczonemu.
      - Ja ci to wytłumaczę. Powolutku. - Rzekł Król, i wykonał przy tym dziwny ruch
      rękoma. - Otóż, córeczko, muszę wyznać Ci pewną moją fobię: nigdy nie mogłem
      pogodzić się z myślą, że jakiś obcy facet będzie Cię pierdolić. Zatem, zawarłem
      z Rudolfem pewną umowę...
      - Ojcze ! Nigdy nie podejrzewałabym Cię o takie ciągoty ! - wykrzyknęła królewna.
      - To nie ciągoty, córko. To twarda, polityczna rzeczywistość. Pomyśl, kim jest
      Rudolf. Jeśli ja go nie wypierdolę, to jak będę się czuł, zawierając
      dalekosiężne pakty handlowe ? Więc jak, zgoda ? A przy okazji, obiecał mi, że
      nigdy nie wspomni na forum międzynarodowym o Twojej dupie w poprzek...
      Trzeba przyznać, że ten ostatni argument przeważył polityczną szalę. Królewna
      darowała Rudolfowi oportunizm i konformizm.
      Żyli długo i, podobno, szczęśliwie...
        • vauban Re: rzyciowe klimatyzatory 15.06.06, 23:53
          Będę się starał, mój Dziekanie (Herbert).
          Pomalutku.
          RU daje wielką radość zaglądającemu.
          Zaglądający nie chce być jałowcem (Juniperus communnis L.), i też coś dać.
          Zatem zaowocować zainteresowany zarąbiście.
          Niebawem może odważyć się obnażyć (zaś potem, wybatożyć, gdyż należy).
          Do przeklejania: wola waszszsza. I'm z another planeta. Planeta Turoń.
          Nie moja mówić, co właściwa. Tarzan hungry. Tarzan eat now.
          Vauban sleeps.

          Kotłownia !
          • vauban Dotyczy. Czy Tycza ma się dobrze ? 17.06.06, 01:56
            Zapoznawszy się dogłębnie z przepastnym wątkiem WSA, składam niniejszym uprzejmą
            prośbę do Szproty o przeniesienie oraz o skasowanie wątku "dla emerytów", ale
            już po przeniesieniu tam treści. Teoretycznie mógłbym wkleić je ponownie, tylko
            po co.
            Szkoda, że od początku nie natrafiłem na właściwe miejsce, nie zakładałbym
            osobnego wątku w Rezerwacie.
            Więcej szczegółów podam, jeśli pozwolicie mi się przed wami obnażyć.
            Z wyrazami.
            • aard Cz Tycza mnie słyszy? 17.06.06, 12:12
              vauban napisał:

              > Zapoznawszy się dogłębnie z przepastnym wątkiem WSA,

              Czy naprawdę dogłębnie z tak PRZEPASTNYM wątkiem można się zapoznać? No i że
              jeszcze zmącę wodę vaubanowej autosatysfakcji: a co z WueNem? ;)

              > składam niniejszym uprzejmą
              > prośbę do Szproty o przeniesienie

              To (niestety?) nie jest możliwe, żeby przenosić posty i doklejać je do wątku.
              Ale nie ma tego złego, bo

              > oraz o skasowanie wątku "dla emerytów",

              VETO!! Piękny wątek i tu przynależy. Jak Szprota usunie, to ja przywrócę :))

              > Teoretycznie mógłbym wkleić je ponownie,

              Tak, to jedyna możliwość.

              > tylko po co.

              Właśnie :)

              > Szkoda, że od początku nie natrafiłem na właściwe miejsce, nie zakładałbym
              > osobnego wątku w Rezerwacie.

              Może szkoda, a może nie. Rezerwat wiele zyskał, a stary WS niewiele stracił - i
              tak jest właściwie tylko dla koneserów i powoli odchodzi na śmietnik historii
              surrealizmu...

              > Więcej szczegółów podam, jeśli pozwolicie mi się przed wami obnażyć.
              > Z wyrazami.

              Tu mam zdanie jeszcze bardziej sprecyzowane: z wyrazami pozwalamy!

              Dzierżżższablewdłoń!
              • huann poczułem, bo jaś/ń /jesttekst 17.06.06, 13:48
                aard napisał:

                > Rezerwat wiele zyskał, a stary WS niewiele stracił - i tak jest właściwie
                tylko dla koneserów i powoli odchodzi na śmietnik historii surrealizmu...

                Bracia Strach* mają Wielkie Oczywiście ;P


                *chodzi o łódzkie kontenery z odpadkami z napisem 'Bracia Strach' Oczywiście
                Wielkie są.
              • szprota tak, tylko web spuszczony 17.06.06, 15:08
                niejednemu w webie czarny koń na myśli, że po Huańsku zaklnę, nie kupiłam jajek,
                więc nie mam po czym się drapać, ale po rzetelnym i uczciwym namyśle Szprota says.












                a, chuj tam. Aard ma rację. Nic dolać nic Maginiak!



                Vaubanie, bałwanie przepyszny, pajacu wspaniały i bajkomizdrzu znakomity -
                pisząc, że na WSa z tym nie zamiarowałam pokazać ci drzwi i lansować się
                admińskimi zapędy. Po mojemu jest to wątek, który najodpowiedniej rereruje nie
                kreskuje twoim pysznościom. Co nie oznacza bynajmniej [a nie! syn dobosza!], że
                tu i teraz są one mniej mile widziane.
                Mnie osobiście napełnia niepohamowanym IHAHA fakt, że mamy cię tu, albowiem cały
                Rezerwat jest poRUwnywalnie odpowiednim miejscem co WS, a poklasku i
                publiczności, powiem tobie ja, daleko więcej.

                obnażenia rychłam królując nowym szatanom cesarza.

                PS Aardzie, z tym śmietnikiem historii się nie zgodzę. Ale do dyskusji zanęcę po
                zrealizowaniu imperatywu w kwestii pierniczków.
                • aard Szprota napisays 17.06.06, 15:58
                  > PS Aardzie, z tym śmietnikiem historii się nie zgodzę. Ale do dyskusji zanęcę
                  po zrealizowaniu imperatywu w kwestii pierniczków.

                  Szproto, ja też się nie zgodzę. Ale do dyskusji prowoknę, bom taki przeko(r)nik
                  bez pony na przebiegunach. Zadem: co będzei, jak się zaardchiwizuje, kuczemu
                  (na cztery łapy) zmierza? Wszak jeśli nie śmietnik nawet, lamus jednakowóz to
                  jest na pewno.


                  PS. Znowu zamieniam i z e!!
                  • szprota Aard zameinai 17.06.06, 16:04
                    a ja złasowawszy pierniczka (polecam w biedronie za 5 zeta 500 gramów!) dodam
                    tylko, że z pamiątkami to można różnie. ja te ważniejsze oprawiam w ramki, kładę
                    pod nimi kwiaty, obkładam bieżnikiem z haftem richelieu i klnę na muchy, że
                    pstrzą. a mogłam na śmietnik z tym i nie musieć przeprowadzać tylu zabiegów.
                    tylko że wyrzucać to ja lubię głupie faktury, a nie pamiątki.
    • vauban Żelazna racja ! 17.06.06, 14:24
      Do konsumpcji jedynie w nagłych przypadkach. Sposób użycia: zalać, najlepiej wodą.
      Posłucham radAarda i nastroję radaard.
      Cicha woda Vaubana rwie.
    • vauban Coś strasznego ! 17.06.06, 18:12
      śFińska bajka ludowa.

      Czy pamiętacie, jak w "Wahadle Foucault'a" Umberto Eco, Jacopo Belbo
      eksperymentował z edytorem tekstu ? W pewnym momencie wpadł na szalenie
      inspirujący pomysł, który niniejszym rozwijam (a oto stosowny cytat):

      [Abu, zrób teraz tak: wystukuję to zdanie, daję Abu rozkaz zastąpienia każdego
      "a" przez "akka" i każdego "o" przez "ulla" i wychodzi z tego fragment prawie po
      fińsku.
      Akkabu, zrób: terakkaz takkak: wystukuję tulla zdakkanie, dakkaję Akkabu
      rullazkakkaz zakkastąpieniakka kakkażdegulla "akka" przez "akkaakka" i
      kakkażdegulla "ulla" przez "ulakka" i wychulladzi z tegulla frakkagment
      prakkawie pulla fińsku.]

      Zatem, Madames, Monsieurs, oto nowy, nie do końca przetłumaczony z fińskiego,
      tekst (częściowo zainspirowany przez fragment prozy Bo Carpelana).


      Gwiezdne ullakulla.

      Przy drulladze, prowakkadzącej przez lakkas, w głębullakim śniegu, w czakkas
      mrullaźnej nullacy, leżakkałulla zakkawinięte w fullacze futrulla dzieciątkulla.
      Był strakkaszny mróz, pullakkawietrze byłulla pełne lulladowych igiełek,
      nakkawet wilki leżakkały w legullawiskakkach, nie śmiejąc wyjść na łullawy.
      Dlakkaczegulla dzieckulla takkam leżałulla ? Bulla je zgubiullanulla !
      Nakka niebie jakkarzyłakka się zullarzakka pullalarnakka, mróz sprakkawiakkał,
      że drzewakka trzakkaskakkały, pękakkając, akka dzieckulla leżakkałulla,
      pullarzucullane przy ulladludnej drulladze, i gawullarzyłulla dulla siebie
      samegulla.
      Drullagą jechakkały sakkanie. Pullawullaził nimi Stakkary Mężczyznakka,
      ullabullak niegulla siedziałakka Stakkara Kullabietakka. Ullakkabydwullaje
      widzieli już wiele wiullasen, niestety, nie dane im było doczekać się pullatullamka.
      Stakkarzy Ludzie wrakkacakkali dulla swullajegulla dullamu z takkargu, gdzie
      sprzedakkali wieprzki, i, zakkadowullaleni, myśleli ulla ciepłej izbie,
      gullarącej zupie i bezpiecznym schrullanieniu przed nullacą.
      Stakkara Kullabieta zakkauważyłakka ciemny ksztakkałt w zakkaspie wcześniej, niż
      Stakkary Mężczyznakka.
      - Zakkatrzymakkaj sakkanie ! - krzyknęłakka dulla mężakka.
      Gdy sakkanie zakkatrzymakkały się, wysiakkadła, i uważnie przyjrzakkałakka
      futrzanemu zakkawiniątku.
      - Akkależ tulla dzieckulla ! - pullawiedziakkałakka do Stakkarego Mężczyzny. -
      Zakkabierzmy je dulla siebie i będzie nakkasze !
      - Dullabrze - ulladparł Stakkary Mężczyznakka - akkale jak je nakkazwiemy ?
      - Nakkazwiemy je Gwiezdne Ullakulla, bulla w jego ullaczach ulladbijają się
      gwiakkazdy - pullawiedziakkałakka Stakkara Kullabietakka.
      Jakkak pullawiedzieli, takkak zrullabili. Gwiezdne Ullakulla rósł zdrullawulla,
      zmieniając się z dzieckakka w przystullajnegulla młulladzieńcakka. Kullachakkał
      swullaich przybrakkanych rulladziców, a ullani kullachali jegulla.
      Mijakkały lakkatakka. W dniu, gdy Gwiezdne Ullakulla skullańczył
      ullasiemnakkaście lakkat, Stakkarakka Kullabietakka i Stakkary Mężczyznakka
      przyullazdullabili izbę świątecznym ullabrusem, wyjęli nakkajpiękniejsze
      nakkaczyniakka z kredensu, urullaczyście zakkasiedli nakka drewniakkanej,
      rzeźbiullanej łakkawie, pulla czym Stakkary Mężczyznakka pullawiedziakkał:
      - Mój przybrakkany synu ! Ullatulla ullasiągnąłeś wiek męski. Ullad tej chwili,
      ty sakkam decydujesz, culla jest słuszne, a culla nie. Wiedz, że makkamy z
      makkałżullanką pewne życzeniakka, które chcielibyśmy, akkabyś spełnił. Biullarąc
      Cię nakka wychullawakkanie, mieliśmy nakkadzieję, że pewnego dniakka spełnisz
      nakkasze nakkajskrytsze makkarzeniakka.
      - Takkak się stakkanie, mój przybrakkany ullajcze i mullajakka przybrana
      makkatkulla - ulladpakkarł Gwiezdne Ullakulla, pulla czym, przeprullasiwszy
      nakka chwilę, znikł był zakka drzwiami. Gdy pullajakkawił się pullanullawnie, w
      ręku trzymał ciężką siekierę, której Stakkary Mężczyznakka używakkał dulla
      rąbaniakka twakkardych kłód drzewakka.
      - Wakkasze nakkajskrytsze prakkagnieniakka zullastaną zakkarakkaz spełniullane -
      pullawiedziakkał, i dwullamakka zakkamakkachakkami rullaztrzakkaskakkał
      czakkaszki Staregulla Dullabregulla Makkałżeństwakka. Krew, mózgi i innakka
      makkateria ullarganicznakka rullazbryznęłakka się pulla ściakkanakkach akka
      nakkawet pulla pullawakkale chakkaty.
      Gwiezdne Ullakulla ulladłullażył, niepullatrzebną już, siekierę.
      - Zakkawsze chcieli umrzeć jednullacześnie, takkak, akkaby jednulla nie
      rullazpakkaczałulla pulla strakkacie drugiegulla... Cóż za miłullaść...
      Ullatakkarł łzę.
      - Nulla, akkale terakkaz, czakkas akkaby zakkacząć nullawe, wielkie życie...
      Dulla chulllalery z tą chakkatką nakka kullańcu świakkatakka... Tfu,
      Lakkapullanii - jednulla wychulladzi. Nakka mnie pullara !
      Gwiezdne Ullakulla spakkakullawakkał w tullabullałek skrullamny dullabytek, i
      nie ullaglądakkając się zakka siebie, ruszył dziakkarskim krullakiem w kierunku
      Helsinek.

      Fińska język trudna język...
      • vauban Re: Etniczne klimaty 23.06.06, 23:53
        Podanie eskimoskie.

        Innukij był wielkim łowcą fok. Pewnego razu, gdy czekał z harpunem w ręce nad
        brzegiem wykutej własnoręcznie przerębli, poczuł nagle, że ktoś poklepał go po
        ramieniu.
        Odwrócił się. Za nim stała bardzo duża foka. Jedną przednią płetwą odebrała mu
        harpun, uderzenie drugiej posłało Innukija do przerębli.
        Morał: gdy nie umiesz pływać, dobrze jest sprawdzić, czy ktoś za tobą nie stoi
        na brzegu.

        Legenda pigmejska.

        M'buRU i Zwa'hi byli braćmi. Pewnego dnia udali się na polowanie. Udało im się
        odnaleźć trop słonia, wytarzali się więc w jego odchodach i podążyli za nim.
        Gdy ślady słonia były już bardzo wyraźne, przyszykowali swoje zatrute oszczepy i
        podkradali się bez najmniejszego szelestu wskroś zarośli. Wtem M'buRU usłyszał
        jakiś dziwny dźwięk dochodzący zza pleców. Obejrzał się i zobaczył wielkiego
        słonia, który wytarzany w obozowej latrynie skradał się ku nim.
        Morał: nawet wdepnięcie w gówno nie przynosi szczęścia, jeśli za późno się
        odwrócisz.

        Klechda kaszubska.

        Józk pojechał na jarmark do Kartuz. Chciał kupić konia, długo wybierał spośród
        wielu, nareszcie znalazł takiego, jakiego chciał. Dobił targu, wypił z
        sprzedającym pokupne, zatabaczyli, i Józk sięgnął po trzos, by za konia zapłacić.
        Niestety, trzosa brakowało. Józk obejrzał się za siebie - i zdołał jeszcze
        ujrzeć znikającą w tłumie gorejącą czapkę na złodzieju.
        Morał: gdy kupujesz konia, patrz mu nie tylko w zęby, ale i dookoła siebie.

            • vauban Re: Spox, detox i etnox 24.06.06, 00:13
              Spokojnie, jeszcze tyle etnosów do eksploatacji, że hej !

              Opowieść huculska.

              Połoninami, jarami, polnymi dróżkami, jechał chłop na huculskim koniku.
              Zdążał ku wiosce rodzinnej, której nie widział już od długich, długich lat.
              Oto w oddali zarysował się widok jego stron rodzinnych. Znajoma kapliczka
              przydrożna, szare, sterane deszczami strzechy... Już, już za zakrętem ujrzeć
              miał swój rodzinny dom, w nim oczekujących go starych rodziców i ukochaną, do
              której wzdychał przez tyle dni i (zwłaszcza)nocy...
              Spojrzał raz jeszcze - i oczom nie uwierzył...
              - Kto tu, kurwa, postawił MacDonalda ?!
              Morał: uważnie czytaj korespondencję z rodziną - unikniesz nieporozumień.
    • vauban Klimatów etno cd 24.06.06, 02:00
      Opowieść mongolska.

      U stóp gór Chatan Chairchan stała jurta zamożnego arata Barsa.
      Bars miał zwyczaj liczyć swoje stada wieczorami. Zapadał zmierzch, a on wciąż
      liczył. Nigdy nie mógł się doliczyć ostatnich wielbłądów i kóz. Bardzo się tym
      martwił.
      Wreszcie zadecydował: dosyć. Nie będę nigdy więcej liczyć!
      Postanawiam: zapomnę całą arytmetykę !
      Po czym położył się spać. Gdy jego kobieta Erechte zbudziła go rano, wyszedł
      przed jurtę i obejrzał swe stada. Tak. Nie pamiętał już nawet tabliczki
      mnożenia. Od tego poranka miał stada liczniejsze niż kiedykolwiek. Od tego dnia
      Bars uspokoił się. Był szczęśliwy.
      Morał: żyj pełnią życia i nie zawracaj sobie głowy pierdołami.

      Opowieść tunezyjska.

      Straszliwy śródziemnomorski pirat Ali Hassan ibn Muhammad Hosrow ben Hassan bin
      Recycle, dla przyjaciół "Ali", dla niewiernych "Czarna Śmierć" albo,
      wzgardliwie, "Cycek", wskazał krzywym bułatem cel swym wiernym psom, kamratom w
      pirackim rzemiośle:
      - Oto statek Giaurów ! Nie minie pięć minut, a będzie nasz !
      - Gdzie, o Allach ! - zakrzyknęli piraci.
      - Taaaaam ! - wskazał im raz jeszcze Ali.
      Niestety, nie dość, że bułat był krzywy z definicji, na dodatek jednooki sternik
      nie doleczył zeza. Straszliwy zgrzyt oznajmił wszystkim, iż statek najechał
      gwałtownie na zdradliwą rafę...
      Morał: w każdym przedsięwzięciu, najważniejszy jest czynnik ludzki.

      Opowieść rumuńska.

      Wstawał świt. Na palach dogorywali ostatni skazańcy. Strażnik Valgodescu
      otrząsał się z porannej wilgoci. Zaklął - dracului ! - znów trzeba będzie oliwić
      kolczugę. Nie lubił tego - oliwa lała się w lniane hajdawery. Zardzewiała,
      skrzypiała jednak nieznośnie.
      Oho ! - jakiś kształt na murze - blisko - czarna, powłóczysta opończa, na
      kształt nietoperzych skrzydeł łopotała złowieszczo - już przy blankach,
      przechyliła się... Rozległ się straszliwy odgłos, jakby wydarty przemocą z
      trzewi: Eueeyyychcheeeee !!!
      Valgodescu poprawił halabardę i zbliżył się.
      - Piórko, czy "Alka - Prim", Panie ?
      - Eueech... tfu... - odparł hrabia Dracula - dziękuję ci, wierny strażniku...
      Bue... - splunął.
      - Powiedz, czy handlarz winem wbity tam oto... tfu, żyw jeszcze ?
      - Nie hrabio, skapiał jeszcze wieczorem - odparł Valgodescu.
      - Miał szczęście... Widzisz, jak mnie załatwił ? I to ma być wino ?
      Jabol, i tyle ! Rzygam już od północy...
      Morał: in vino veritas. Veritatis splendor.
      • aard Stare ale jare 26.06.06, 16:00
        vauban napisał:

        > Opowieść mongolska.
        >
        > U stóp gór Chatan Chairchan stała jurta zamożnego arata Barsa.
        > Bars miał zwyczaj liczyć swoje stada wieczorami. Zapadał zmierzch, a on wciąż
        > liczył. Nigdy nie mógł się doliczyć ostatnich wielbłądów i kóz. Bardzo się tym
        > martwił.
        > Wreszcie zadecydował: dosyć. Nie będę nigdy więcej liczyć!
        > Postanawiam: zapomnę całą arytmetykę !
        > Po czym położył się spać. Gdy jego kobieta Erechte zbudziła go rano, wyszedł
        > przed jurtę i obejrzał swe stada. Tak. Nie pamiętał już nawet tabliczki
        > mnożenia. Od tego poranka miał stada liczniejsze niż kiedykolwiek. Od tego
        dnia
        > Bars uspokoił się. Był szczęśliwy.
        > Morał: żyj pełnią życia i nie zawracaj sobie głowy pierdołami.


        A tymczasem tak naprawdę napisał:

        To będzie mówić Język mongolski ć. Przy współczynnikach góry uwieńczają (stawać
        na czele) konstanta. Stają się Stoją Zamożny Chatan Chairchan jurta arata
        Barsa. Zwyczaj musiał kosztować wieczory stadtów w wieczór zagrodzenia. Półmrok
        powalić, ale on to kosztował wciąż. Nigdy może być dodawany ostatnio wielbłądów
        i she-goats. To zmartwiło bardzo to. Wreszcie to określiło dosyć. Nigdy JA
        będzie kosztować większa ilość rozstrzygam JA być zapominać Arytmetyka cała!
        Potem położony śpią. Kiedy kobieta obudziła jego to wczesny Rano Erechte, to ma
        pozostawiany zanim jurtę i to zaobserwowało stadty. Tak więc. To nie pamiętało
        stół powiększenia nawet już. Miał liczne stadty od tego poranku niż kiedyś. To
        było było uspokajane od tych Zagrodzeń dnia. Tam było szczęśliwy. Morał to
        pełnię czegoś długotrwałość i to nie zawraca główny pierdołami.
          • vauban etniczne klimaty 02.07.06, 15:09
            Bajka czechosłowacka

            - Ajjj ! To neji zedni legrace... Jęknął Rumcajs, ryjąc nosem w ściółce
            Rzaholeckiego Lasu. Szyszki kłuły go w nos. Nabity żołędziami pistolet odrzucił
            dla bezpieczeństwa jeszcze podczas swego krótkiego lotu.
            - Krtek ! wykrzyknął, zobaczywszy, o co zawadził zawijastym zbójnickim ciżmem.
            - Nu, pogadi !
            Ze zrujnowanego kretowiska wychynął kreci łebek.
            - Ach, jooo ! Westchnął Krtek.
            - Pozor ! Ja ci, kurwa, pokażę, czarny chuju... charknął przez zmierzwioną i
            omszoną brodę Rumcajs.
            Jak Szarik, z odbicia obu nóg, Rumcajs skoczył ! Obcasami rozdyźdał łebek Krteka
            ! Ciżmy śliznęły po krecich flaczkach - po Warszawsku w rosole, przemknęło
            Rumcajsowi przeze myśl - siadł ciężko na rozsypanej, miękkiej ziemi.
            - Cypiskowi futerko na czapkę... Nie nada się. Trudno - zadecydował Rumcajs,
            otrzepując hajdawery.
            - Hej, Hanecko, głodnym ! - wołał, powracając do zbójeckiego legowiska.
            - Może otworzę Ci puszkę ? - odparła Hanka.
            - Cipuszkę później, głodny jestem ! - rzekł Rumcajs, wycierając jednocześnie nos
            w chusteczkę, zrabowaną przedwczoraj Księciu Panu z Jiczina...

            --
            Gott strafe Rumcajs

                          • vauban Re: Z morskich bezkresów IHAHA ! 19.07.06, 02:39
                            Spośród nieznanych przygód Guliwera, najbardziej lubię tą, mój drogi
                            Piętaszku... Zagaił rozmowę Robin Son, zachłystując się wprost dymem ze swego
                            doskonałego, kubańsko - radzieckiego cygara.
                            - O, Panie i Autorytecie mój, jam robak, w prochu u stóp twych pełzający... Racz
                            oświecić mój ciemny umysł, Panie mój ! Jedyny i Wielki ! - z czołobitnością
                            odpowiedział Piętaszek, starając się jednocześnie nie rozlać drogocennego wina z
                            drzewa Dżewe poza obrąb kielicha, wyrżniętego (!) w najczystszym krysztale
                            górskim. Trunek mienił się w promieniach słonecznych jak żywa istota.
                            - Dziękuję ci, mój wierny sługo. Lecz wracając do tematu...
                            - Temat nie gołąb, nie ucieka - niezdarnie zażartował wierny Piętaszek.
                            - Doprawdy, Piętaszku... Czy nie spoufalasz się ze mną zanadto ? - z przekąsem
                            powiedział Robin.
                            - Gdzieżbym śmiał, Wasza Miłość... - odparł Piętaszek - jeno myślałem o ptaszku,
                            którego...
                            - Doprawdy, Piętaszku, nie myśl. Proszę cię. Nie wychodzi ci to najlepiej.
                            Pozostaw to zadanie mnie - twojemu Panu. Wiem wszystko o ptaszkach. Wszelkiego
                            rodzaju. Twój prostacki umysł może objąć niewielką doprawdy cząstkę szlachetnej
                            wiedzy ornitologicznej. Wiesz co nieco o ptakach - na potrzeby kuchni. Wiesz
                            (albo zdaje ci się, że wiesz) to i owo o pieczeniu kur na ognisku. Wszelako nie
                            upoważnia cię to do wydawania sądów a priori na temat gołębi, kur, drobiu...
                            - Kiedy, Panie, ja nie o tym chciałem, naprwadę... - sumitował się Piętaszek.
                            - Drób grzebiący... Galliformae... to jest, chciałem rzec, kurakowate... Jest to
                            temat, jakim pragnąłbym zaprzątnąć mój analityczny umysł... Wyższa cywilizacja,
                            Piętaszku, charakteryzuje się szczególnym podejściem filozoficznym, jeśli chodzi
                            o drób...
                            - Ale, Panie mój, czy nie kończy się on kurzym obozem zagłady ? Jak inaczej
                            nazwać te ogromne, obrzydliwe fermy drobiowe, z których jednej właścicielem jest
                            Pan Mój ? - rzekł Piętaszek, coraz zuchwalej popatrujący na Robina.
                            - A masowa produkcja jaj ? Handel komórkami ? Telefonia komórkowa ? Mocium
                            Panie, czyż nie są to objawy globalizacji, jakim ulegamy nieświadomie nawet tu,
                            na tej teoretycznie bezludnej wyspie ?
                            - Eee. Nudzisz mnie, Piętaszku - odparł Robin (nawet nie wiedział, że właśnie w
                            tym momencie Królowa nadała Mu - pośmiertnie, gdyż uważany był od dawna za
                            zaginionego bez wieści - tytuł lordowski, zatem należałoby sprostować całą
                            linijkę: Eee. Nudzisz mnie, Piętaszku - odparł Sir Robin etc.) - Spieeee...
                            uchchch... alaj... Ziewnięcie rozdarło mu od niedawna arystokratycznie
                            zarysowaną szczękę.
                            - Jak Pan każe - odrzekł Piętaszek.
                            Ocean huczał i huczał.
                            Cią g w dal szym od cinku.
                            --
                            dziki Lenin jest Pszczyński
                            • vauban Re: Otchłanie Pacyfiku 20.07.06, 01:29
                              Huk oceanu monotonią swą sprawiał, że Sir Robin Son, niezależnie od ilości
                              trunków, niezmordowanie serwowanych przez zacnego Piętaszka, zastanawiał się
                              niekiedy nad kwestiami ciągłości i nieciągłości egzystencji.
                              Ciągłość raziła monotonią - wciąż te same palmy, szumiące do wtóru fal, wciąż
                              ten sam widok na koralową plażę, wciąż przepocone pachy Piętaszka.
                              Nieciągłość, jakkolwiek rzadka, związana była zwykle z irytującymi zjawiskami
                              przyrodniczymi - tajfun, na przykład. Prócz konieczności stawiania na nowo
                              chatki z bambusa, tajfun stawiał Sir Robina w krępującej dla niego konieczności
                              pofolgowania instynktowi samozachowawczemu. Musiał wtenczas wstać z hamaka,
                              przebyć najeżony trudnościami odcinek drogi z plaży do najbliższej jaskini, i
                              pozostawać tam, w chłodzie i wilgoci aż do czasu rozpogodzenia. Sir Robin
                              nienawidził tego z całego serca. Prostoduszny Piętaszek nie pojmował zmian
                              nastroju swego Mistrza i Pana.
                              - Dlaczego, Panie mój, wybuchasz tak wielką złością z tak błahego i poniekąd
                              niezależnego od naszej woli zjawiska, jakim jest zła pogoda ? - pytał Sir Robina.
                              - Czyż mamy na to jakikolwiek wpływ ? Wszak jest to zwyczajne zjawisko
                              meteorologiczne. Powieje, popada i przestaje, a przy okazji oczyszcza nam
                              latrynę. Osobiście, zdecydowanie wolę zdać się na siły przyrody, niż czyścić ją
                              ręcznie, względnie kopać co pół roku nową, za przeproszeniem Jaśnie Pana, dziurę
                              na kupy...
                              - Kochany mój, najmilszy Piętaszku, mordo ty moja ! - odrzekł Sir Robin.
                              - W swej prostoduszności, widzisz tylko wymiar praktyczny, wręcz wąsko
                              utylitarny. Tajfun, to podniosłe misterium natury, ma dla ciebie wymiar
                              spuszczenia wody w toalecie. Więcej wyobraźni, kwiatuszku. Rozpętane żywioły i
                              ich majestat... Nalej mi jeszcze, dziękuję, stary. No, po prostu, to działa na
                              mnie tak, że nie wiem co. Nolmarnie, jakby mi klóriki po brzuchu się ganiały.
                              Nalej jeszcze. Nie rozlewaj, głupku ! Czy ty wiesz, ile dali by na Allegro za
                              ten rocznik, hep ! Czy mówiłem, że ten hamak trzeba by wymienić na lepszy ?
                              W jaskini za daleko do barku. Hep ! Czy ten transatlantyk hep ! nie mógł rozbić
                              się trochę bliżej jaskini, co ? Hep ! Aż mi cię żal, jak widzę jak hep ! Ganiasz
                              po każdą butelkę aż na rafę, nie mógłbyś przynieść więcej od razu, hep ! I mnie
                              przestraszyć, bo czkawki dostałem hep !
                              - Panie mój, spiżarnia transatlantyka świeci pustkami. Przyniosłem stamtąd już
                              właściwie wszystko... - odrzekł Piętaszek, starając się przybrać przepraszający
                              wyraz twarzy.
                              - Serio ? - zaniepokoił się Sir Robin - kurwa, chujowo... Skąd weźmiemy żarcie i
                              picie ? Ale źle !
                              - Bez obaw, mój Panie. Pan kazał się przestraszyć, zatem zrelacjonowałem to, co
                              zdarzy się za jakieś trzydzieści lat, o ile szlag nie trafi pokładowych lodówek
                              - na razie działają...
                              - O. No to nieźle. I czkawka minęła. Piętaszku, kocham cię ! Co ja bym bez
                              ciebie zrobił ! Daj pyska, mój robaczku !
                              - Dam, Panie, dam i więcej...
                              Zapadał zmierzch. Zachodzące słońce rzucało ostatnie promienie, sprawiając, że
                              koralowa plaża mieniła się przepysznymi odcieniami różu, czerwieni i pomarańczu.
                              Palmy kołysały się w łagodnych podmuchach orzeźwiającej bryzy. Fale szumiały,
                              przypominając o wiecznej stałości i zmienności natury. W powietrzu unosił się
                              zapach egzotycznego kwiecia i miłości.
                              CDN
                              --
                              jest dziki Pszczyński Lenin.
                              • vauban Re: Szumuszu szuszu, pszszchachch... 27.07.06, 04:12
                                Mówiły miękko fale, i przyciągnęłam go w dół ku sobie tak że mógł uczuć moje
                                piersi pachnące tak a serce mu biło jak szalone i tak powiedziałam tak chcę Tak.
                                - Sir Robinie ! Ach, Sir Robinie, zbudź się ! Majaczysz !
                                Słowa Piętaszka niechętnie docierały do Robin Sonowej świadomości. Po - przez
                                strzępy snu, zamazane wspomnieniami młodzieńczych lektur, bezustannym szumem
                                fal, na wpół zatartym wizerunkiem naprawdę_jaka_jesteś_nie_wie_nikt_dziewczęcia,
                                tytanicznym wysiłkiem przeżarły rozliczne warstwy zamglenia Robinowego umysłu,
                                jednak. Jego spontaniczna erekcja zanikała zwolna, podobnie jak postalkoholowa
                                glątwa.
                                - W czym rzecz, psie mój wierny ? - Sir Robin sklecił z trudem zgłoski.
                                - Ach, Panie Mój, mam złe wieści... - powiedział Piętaszek.
                                - W dawnych, dobrych czasach, przynoszących złe wieści uśmiercano, Piętaszku.
                                Zakonotuj to sobie, bądź też, jeśli wolisz, wyrzuć sobie na margines...
                                - Ale, w rzeczy samej, o co ci chodzi ?
                                - Panie, dwie rzeczy zdarzyły się podczas twej ostatniej nieprzytomności: ślady
                                stóp ludzkich na plaży i maszt okrętu na horyzoncie widzialny ! Czyżby ratunek
                                nam zgoła nadciągał ? Alboli wyspa nasza nie jest bezludną ? Rady, Panie, szukam
                                u Ciebie !
                                - Okręt. Kurwa, nie mam ochoty wsiadać na żadne pływające cholerstwo. Sam
                                widziałeś, czym to się ostatnio skończyło. Poza tym, naruszają nasz 200 - milowy
                                pas wód przybrzeżnych. Piętaszku, oto zadanie dla ciebie: opierdol ich -
                                ktokolwiek by to nie był - każ im zapłacić cło, i resztę... Takie tam...
                                Będziesz sam wiedział. I podaj mi Martini z lodem.
                                - Oto Martini, Panie, loda niestety zrobić zmuszony będę nieco później. Mój Pan
                                nie wyraził zdania wobec innego zjawiska, mianowicie śladów stóp na plaży. O ile
                                wiem, Pan nie chodzi wcale - noszę Pana na plecach nawet do latryny - zaś ja
                                używam tenisówek Made in China, jakich kontener znalazłem wyrzucony na brzeg, i
                                Panu zalecam noszenie... W sumie, do latryny to mógłby się Pan własnonożnie
                                pofatygować...
                                - Piętaszku, nie zapominaj, iż żyjemy w eklektycznych czasach - ja gram rolę
                                dziewiętnastowiecznego rozbitka, a ty mojego dziewiętnastoletniego sługi...
                                Należy w takich sprawach zachowywać formę nawet pomimo wszystko. Zatem rzekłeś,
                                iż obcy na wyspie naszej jakiś przebywa ?
                                - O tak, Panie Mój Nieomylny... odrzekł Piętaszek.
                                - Właśnie. Jeszcze martini, podwójne, nie, poczwórne... W końcu, należą mi się
                                wakacje... Zgodnie z utartą fabułą, poinni być to ludożercy.
                                - Jak to, i Pan Mój mówi to z takim spokojem ?
                                - Oczywiście. Są niegroźni. Mnie nie tkną, bo o kim byłaby opowieść ? Ty też
                                jesteś potrzebny. Nie zjjeeeeedzą cięęęę... uuuachch... - Sir Robin ziewnął jak
                                hopipotam (Alternatywny hipopotam, wybitnie mięsożerny, występuje w tropikach i
                                w rewii na lodzie - przypis autora).
                                - Martini !!! Piętaszszku, lej ! W puchary... Zwierz Alpuhary... Dzierżż !
                                - Pan Mój, w obliczu takich zdarzeń, trzeźwość zachować powinien... -
                                bezskutecznie marudził Piętaszek, dolewając jednocześnie trunek do kielicha Sir
                                Robina. Służalcza natura brała w nim jednak górę.
                                - Lej, chuju. Tak mawiał mój pradziadek do swojego chuja, gdy pojawiły się
                                problemy z prostatą. Moszsze nie ? Mosz nowy worek, Piętaszku ? Czyżby świt
                                wstawał ? Lej, bo ci wleję !
                                - Naści, Panie... rzekł Piętaszek, oglądając się jednocześnie trwożliwie przez
                                lewe ramię. Coś mówiło mu, że nie pozostaną długo sami na tej, skądinąd
                                bezludnej, wyspie...
                                • vauban Tropików smutek 10.08.06, 03:45
                                  Siedząc na plaży, Piętaszek gryzł bezsilnie dłonie.
                                  Jak otrzeźwić wiecznie pijanego Sir Robin Sona, w obliczu nadciągających
                                  kłopotów ? Jak nie narazić się na demonstrację jego wielkopańskich zaiste manier
                                  ? No i jak wybrnąć z honorem z idiotyczno - homoseksualnej zależności, w którą
                                  popadli obaj - zarówno Piętaszek, jak i Sir Robin, znalazłwszy się na tej
                                  okropnej, bezludnej - a zatem pozbawionej możliwości wyboru partnera /
                                  partnerki, wyspie ?
                                  Piętaszek łamał sobie głowę i łamał...
                                  - Bez wodki nie razbieriosz ! - orzekł na koniec, i rozejrzał się uważnie po
                                  okolicy. Jego Pan spał. Dobrze ! - pomyślał sobie. Da radę !
                                  Piętaszek nigdy nie był intelektualistą, co więcej, nie ukończył żadnej szkoły,
                                  miejscem jego edukacji były smrodliwe zakątki portowej Odessy.
                                  Kradło się - wiedział, jak. Wiedział też, po co.
                                  Dźgało się - wiedział, jak. Nóż był zawsze naostrzon.
                                  Pływało się - navigare necesse est, jak mawiał doń pewien stary, rozpustny marynarz.
                                  ...Ale, żeby w taki sposób... Na bezludną wyspę trafić ? Tego ja się,
                                  nieszczęsny, nie spodziewał !
                                  - Ech, job jewo mat' ! - zaklął był w rodzimym języku. Pora zbudzić tego burżuja
                                  - Robin Sona ! Zapłaci mi on kiedyś za moje krzywdy, ot, zapłaci...
                                  Piętaszek powstał z pnia nadgniłej palmy, i nakierował swe kroki ku
                                  nieprzytomnemu z przepicia Sir Robinowi.
                                  ... Tymczasem, szwedzki okręt szykował się już do rzucenia kotwicy...
      • vauban Re: Klimaty etno nowe 13.11.06, 23:00
        Bajęda bretońska.
        Jacques obrabiał swe pole od lat. Obrabiał je jego pradziad, dziad i ojciec.
        Jacques nie chciał być gorszy.
        Zatem pracowicie, od rana do nocy orał swoje trzy hektary. Dziwił się nieco, że
        nic na nich nie chce wyrosnąć. Złośliwy sąsiad, Jean - Martin powiadał
        wprawdzie, że oprócz orki dobrze byłoby czasem na tym polu coś kiedyś również
        zasiać, ale Jacques był ponad takie docinki.
        Orał więc wytrwale.
        Pewnego dnia, gdy słońce w swym biegu osiągnęło zenit, a posłuszne woły ciągnęły
        radło, Jacques poczuł, że coś zawadziło o pług.
        Zatrzymał zaprzęg, i przyjrzał się uważnie przeszkodzie.
        Spod grud żyznej ziemi przebijał blask złota. Jacques odgarnął humus, podniósł
        znalezisko do oczu. Była to złota korona królów francuskich.
        Jeszcze tego samego wieczoru, na Ile - de - Cite, z polecenia królewskiego
        wzniesiono i podpalono stos, na którym skwierczał był zawistny sąsiad Jean -
        Martin, oskarżony dla wygody panującego o czary.
        morał: władza deprawuje, władza absolutna deprawuje absolutnie.
        • vauban Re: Sir Robin i jego smutny koniec 21.12.06, 22:56
          - Piętaszku ! Piętaszkuuu !
          Głos Robin Sona odbijał się bezsilnie od palmowych kłodzin *.
          Odpowiadał mu jedynie monotonny szum fal i wiatr we włosach.
          - Jeeny. Na nikogo już nie można liczyć - stęknął Robin, i usiadł ciężko na
          piasku. Odechciało mu się wszystkiego.
          - Wszystko huj. Mam dosyć - stwierdził, i, rzuciwszy jeszcze okiem w stronę
          szwedzkiego statku, rzucającego bezczelnie kotwicę w koralowym atolu, splunął
          pogardliwie do przejrzystej morskiej wody.
          Wiatr wiał. Robin Son siedział nieruchomo na plaży. Ramiona drgały mu w
          spazmatycznym odruchu wzgardy, lecz nie był w stanie wykonać kroku naprzód.
          - Piętaszkuuu ! - zawołał, bez nadziei na odzew.
          - Jestem, o Panie ! - doszedł go głos wiernego sługi, dochodzący z oddali i z
          charakterystycznym przydechem, znać wołający w biegu i zdyszany.
          - Tu jesteś, krosto... No, dobra. Słuchaj ! Natychmiast przynieś mi mój rewolwer
          na złotej tacy !
          - Tej ze statku, co tam ?... Upewnił się Piętaszek.
          -Tak. Mamy może jakąś inną ? Chcę sobie stylowo palnąć w łeb, mój drogi. I ma
          się to odbyć naprawdę porządnie, więc leć po tacę... No, i sprzęt...
          - Panie ! Pan mówi poważnie ? - zaniepokoił się Piętaszek.
          - Tak. I, kurwa, pospiesz się, bo nie będę czekał pół dnia. Ten statek... Moje
          wakacje - wszystko przesrane. Oby to...
          Piętaszek, trzeba oddać mu sprawiedliwość, bardzo długo szukał i tacy, i
          rewolweru. Przynosząc je, miał minę zbitego przez kochającego pana psa systemu
          basset.
          - Panie mój, oto jest to, o co prosiłeś... Zwracam jednak uwagę, iż do rewolweru
          nie mamy naboi !
          - Tak ci się tylko zdaje, otóż mamy. Jeden nabój, w sam raz dla mnie... Chowałem
          go w skarpetce, abyś podstępnie nie wydarł mi go... Teraz się przyda.
          Robin Son, z determinacją wypisaną na obliczu, załadował nabój do bębna
          rewolweru. Spojrzał smutnie na Piętaszka, przyłożył broń do skroni i pociągnął
          za spust. Huknęło.
          - O, rety ! - wzdrygnął się Piętaszek. Otarł z twarzy bryzgi krwi i mózgu.
          - No, to mam, wolne, nareszcie. Warto było poczekać - stwierdził.
          Szwedzki statek majestatycznie opuszczał szalupy. Ciało Sir Robina drżało w
          ostatnich skurczach na piasku plaży. Zapadał zmierzch.
              • szprota e, też mam kłaczki siwizny 22.12.06, 02:53
                za kilka dni wyświetli mi się w wizytówce, że mam 30 lat.
                póki co myślę o tym wieku w wyłącznie kategorii powziętego niegdyś
                postanowienia, że gdy dotrwam trzydziestki, ostrzygę się i ufarbuję na blond.
                      • szprota Re: a coś ty, kot ogrodnicka? 22.12.06, 03:07
                        to ja dla rozruszania jeszcze zrzut z koleżanki Oli:
                        Szprota 2:58:32
                        KŁYKCIE! STRASZLIWE KŁYKCIE!
                        Breblebrox 2:58:57
                        Eklektyczny kontrabas?
                        Szprota 2:59:15
                        nie, cytrynowy fortepian!
                        Breblebrox 3:00:10
                        Rozszabrowałaś moje delikatne fale eteru...
                        Szprota 3:00:22
                        ale tylko między krze
                        Breblebrox 3:01:08
                        Widzę że jesteś wytrawnym koneserem sera!
                        Szprota 3:01:20
                        bo ke sera, sera.
                        Breblebrox 3:02:00
                        Tylko nie próbuj wzbudzić mojego współczucia, to twoja wina!
                        Breblebrox 3:02:32
                        Czy ktoś zamawiał taksówkę?
                        Szprota 3:02:35
                        nie wpędzaj mnie w poczucie wina, powinnam go unikać
                        Szprota 3:02:44
                        pielęgniarka trochę.
                        Breblebrox 3:03:35
                        Zżera mnie niebotyczna kijanka
                        Breblebrox 3:03:47
                        To samo co weekend
                        Breblebrox 3:04:13
                        KIJANKA< KIJANKA!!! Rozumiesz?
                        Szprota 3:04:16
                        cóż, każdy ma jakąś żabę do połknięcia. jakie to szczęście, ze biedronka jest
                        tak blisko.
                              • szprota moje mają dwie 22.12.06, 15:23
                                i chyba faktycznie każde chadza oddzielnie, bo Kotę widzę zawsze w tej
                                mniejszej, granatowej ;]
                                schnę po supportowaniu taty w wyprawach namierzających prezenty.
                                  • vauban Re: W nawiązaniu do bajek toruńskich 01.02.07, 23:08
                                    popełniłem taki tekst:

                                    ... jeszcze kilka nakłuć igły, i oto będę. Jestem. Ręce szwaczki są chude,
                                    czerwone, obracają mnie na wszystkie strony, badają: żadnych dziur, sieczka się
                                    nie sypie, oczka trzymają się na miejscu, dobrze jest.
                                    Pewnie, że dobrze. Leżę w pudełku, zaczynam swoją ziemską tułaczkę, rozmyślam.
                                    Kim jestem ?
                                    Oto lustro (to nazywa się:lustro. Skąd to wiem ?). Widzę siebie w kartonowym
                                    pudle, niebieski plusz, czarne oczy, niebieska kokarda pod szyją. No, mogło być
                                    gorzej. Mogłem być jak ten różowy dinozaur w sąsiednim pudełku: brzydki, z
                                    grzebieniem z filcu i kretyńskim wyrazem pyska. Ja przynajmniej inteligentnie
                                    spoglądam, oczy z guzików lśnią, uśmiech niewymuszony. Co dalej ?
                                    Oho, zabierają mnie gdzieś. Hej, hej, słyszeliście kiedyś o morskiej chorobie ?
                                    Nie rzucajcie tak tym pudłem ! To nieważne, że się nie stłukę, trochę godności,
                                    cholera, myślicie sobie, że pluszowym misiem można tak sobie pomiatać ?
                                    Ach ! Z rozmachem wciśnięto mnie na półkę. Dopychają z boku różowego dinozaura.
                                    No, tragedia po prostu, mam się z nim tu razem męczyć ? Ta pierdoła nie umie
                                    nawet do trzech policzyć, w sam raz na zabawkę dla niemowlaka, bo starsze
                                    dziecko odrzuci go ze wstrętem. O losie, losie...
                                    Zabrali dinozaura, na szczęście. Jakaś paniusia na obcasie: "Mój synuś będzie
                                    zachwycony". Biedne dziecko, mieć matkę z takim gustem to prosta droga do
                                    nieszczęścia. Wykolei się, jak dwa i dwa jest cztery. Po takich traumatycznych
                                    przeżyciach z dzieciństwa, wódka będzie dlań jedyną alternatywą. Albo narkotyki.
                                    Ciekawe, jak ja trafię. Jestem nie byle kto, więc mam nadzieję, że nie byle gdzie.
                                    Czas płynie, latają muchy, kurz osiada - a ja tkwię na półce. Nudno jest...
                                    Pogadałbym z kimś, nawet z dinozaurem.
                                    O, zdjęli mnie z półki. Ręce, oczy. Macają, oglądają. "To ile on kosztuje ?"
                                    Sprzedawczyni mówi coś, czego nie dosłyszę, śmiech i przekomarzania. Szelest
                                    papieru, to zapakowują mnie i znowu morska choroba, niosą, niosą...
                                    Nareszcie, ciepło i jakieś zapachy, odwijają mnie z papieru, sadzają na czymś
                                    miękkim. O, łoże z baldachimem. Właściwy miś na właściwym miejscu, nie ma co !
                                    Czasami warto poczekać, aby zostać naprawdę docenionym. Nieźle, wcale nieźle.
                                    Jestem głaskany, przytulany, jest mi dobrze. Kobieta, która mnie kupiła, jest -
                                    jak się dowiaduję - księżną. To mi pochlebia. Spać w objęciach księżniczki - tak
                                    dobrze nie ma nawet jej małżonek, książę Jaromir. Nic zresztą dziwnego, ode mnie
                                    nie zajeżdża piwem i rybami, zawsze jestem miły w dotyku i ogolony, w
                                    przeciwieństwie do księcia. Nie chrapię też w nocy, nie peroruję gromko o
                                    polityce, jestem po prostu pluszowym misiaczkiem. I dobrze nam z tym, nam, bo
                                    jesteśmy parą - księżna i ja. Znamy się dobrze, znamy swoje sekrety. Dni płyną
                                    nam, jak w bajce.
                                    Co to ? Czyje kroki tak dudnią w korytarzu pałacowym ? Bach - bach, bach -
                                    bach... Wpadł, wściekły, rozgląda się. Ja ? O co chodzi ? Ja tu tylko leżę...
                                    Niedobrze, miecz w ręku - za co ? Uderzył - boli, cholera, nie mam się gdzie
                                    schować, uderzył znowu - sypią mi się trociny z rozerwanego brzucha, to już
                                    chyba koniec... Mamo, Mamo, Szwaczko !

                                    Kontekst jest tu:
                                    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=71&w=46668609
                                    • tlss O smoku nadgryzaczu 08.02.07, 00:51
                                      Za górami za lasami, za siedmioma dymiącymi dymarkami, za jedną górą żył sobie
                                      smok co pasjami lubiał nadgryzac księżniczki. I w zależności od humoru
                                      nadgryzał je w całości lub też pozostawiał bez rączki, lub nóżki.
                                      Z tego to powodu w kręgach dworskich zwano smoka smokiem ortopedą lub po prostu
                                      nadgryzaczem.
                                      To swoiste hobby połączone było ze swoistym gustem kulinarnym (smok bowiem
                                      lubił sobie przed konsumpcją doprawic księżniczkę a to pieprzem a to solą a to
                                      posmarowac musztardą saperską), gdyż jak twierdził lepiej mu wchodzą.
                                      Pomimy tutaj także tak nieistotne szczegóły jak 4 wyprawy walne z Brombergii,
                                      Bławatii i Torunii pod jednym sztandarem lub kilkoma w celu ubicia smoka.
                                      Wszystkie one bowiem zakończyły się odwrotem na z góry upatrzone pozycje a i w
                                      żadnych kronikach o nich nie przeczytacie ze względu na zalecenia dynastyczne
                                      idące z góry.
                                      Powrócmy więc do smoka któremu nie wystarczało menu złożone z napotkanych
                                      owieczek czy też krówek i który to uważał że niedziela bez księżniczki w menu
                                      jest niedzielą straconą.
                                      Sami rozumiecie że tego typu gusty kulinarne smoka w ciągu paru lat
                                      doprowadziły do swoistej przewagi popytu nad podażą.
                                      Nie pomagało też smokowi to że rodzicie przebierali księżniczki w zbroje i
                                      wysyłali do obozów wojennych celem zmylenia smoka.
                                      Smok rzeczywiście wielokrotnie został zmylony co jednak nie zapobiegło licznym
                                      mezaliansom oraz tragediom dynastycznym.
                                      Chcąc dogodzic swoim gustom kulinarnym smok nadgryzacz musiał zapuszczac się
                                      coraz dalej i dalej. Aż w końcu dopadł jedną księżniczkę znad morza lodowatego.
                                      Lot w obie strony trwał około 6 dni sami więc rozumiecie że zaraz po lądowaniu
                                      smok przystapił do doprawiania przyprawami zemdlałej księżniczki.
                                      Co jednak próbował księżniczkę nadgryźc czy też połknąc to ją zwracał albowiem
                                      była okrutna w smaku. I nie pomagało tu smarowanie musztardą saprepską,
                                      pieprzenie, solenie czy o zgrozo korzystanie z przypraw Kamisu.
                                      Smok zwracał i zwracał i połknąc ani nadryźc nie mógł bo księżniczka okrutnie
                                      niedobra była w smaku.
                                      W końcu całą ją obślinił i doprzyprawiał a z tego żalu że jej zjesc ani
                                      nadgryżc nie mógł padł i już nie wstał.
                                      A z tej bajki drogie dzieci a zwłaszcza dziewczynki morał taki że częste mycie
                                      skraca życie z czym się po przeczytaniu tej bajki pewnie chętnie zgodzicie.
                                      Tak więc nie blokujcie łazienki rano przez godzinę bo was smok połknie i tyle.
                                      • vauban Re: Szwedzi i Piętaszek 28.02.07, 17:56
                                        Gdy rzutem oka w mig obejrzon, wybrzeża skraj natężonym wzrokiem pomierzony, kot
                                        w skok, ot, kot, w skoku swym nad wyraz wyrażony, elo.
                                        Kot z Vik, skok, skik, śmig, kot na plaży, słońce, słońce się zamarzy.
                                        Kołysze się szalupa, morze wokoło chlup chlupa, szumuszu szuszu, pszchachch,
                                        dobrze kotu, że aż strach.
                                        Palma, Malma, Matka Alma, co z Vik nie jest, lecz nadąża, bo zaraz kolejna
                                        ciąża, jeszcze nie zginęła, póki sztabę zgięła. Prawdziwa Matka Wikingów...
                                        Kot w skok, jakiż byłby zen* zwiadowca, gdyby nie zginęła owca, nie zginęła i
                                        nie zginie, pozdychały za to świnie.
                                        Sven Svensson z Vik, on porządek zrobi w mig, oto zbliża się Piętszek, zaprawdę
                                        gotów do pracy i do obrony.

                                        ...Piętaszek zastanawiał się już od paru kwadransów, co zrobić w nowej, a
                                        niewygodnej dlań sytuacji.
                                        - z jednej strony, mogą mnie oskarżyć o zabójstwo, jestem jedynym świadkiem. Na
                                        cholerę przywiało tu tych Szwedów ! Źle mi było z Robin Sonem ? Nie ! Były,
                                        rzecz jasna, pewne niedogodności - ale, w sumie... No, chyba, że załapię się na
                                        szwedzki statek jako kucharz. Trochę doświadczenia już mam.
                                        - z drugiej strony, ewidentnie widać, iż sir Robin palnął sobie w skroń
                                        własnoręcznie - może jakoś to wytłumaczę jego mizantropią. Na widok obcych, mógł
                                        był biedak popaść w depresję - a w ładowniach tankowca nie znalazłem prozaku...
                                        - jak by nie było, zawsze jakoś było, jeszcze nigdy tak nie było, aby jakoś tam
                                        nie było - dodał sobie otuchy Piętaszek, i śmielej wystąpił w stronę szwedzkiego
                                        kapitana, który w ślad za kotem z Vik, odważny do szaleństwa, stawiał właśnie
                                        stopę na plaży Bezludnej Wyspy.
                                        • vauban Re: klasyczny spam 03.03.07, 01:46
                                          Czyli wklejanie powtórzonych tekstów.

                                          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=71&w=46668609
                                          no, ale, może w końcu ktoś przeczyta.

                                          Rzecz się dzieje w świecie zwierzątek.

                                          - Jest rzeczą oczywistą dla każdego, kto tylko ma choć trzy szare komórki, że to
                                          właśnie bobry stanowią szczyt ewolucji i są lepsze od wiewiórek ! - zapalczywie
                                          krzyknął bóbr Bobek w kierunku rudej wiewiórki Joanny.
                                          - Akurat - prychnęła wiewiórka Joanna, zajęta w tejże chwili ogryzaniem bukowego
                                          orzeszka - bobry szczytem ewolucji, paradne. Niby dlaczego, płaskoogonowy gryzoniu ?
                                          - To zupełnie proste ! - bóbr nastroszył futerko - nasze, bobrze żeremia, są
                                          szczytem technologii i budownictwa wodno - lądowego. Naszymi kanałami możemy
                                          chwalić się przed całą Europą, ba ! Przed całym światem ! Nawet ludzie nie
                                          zbudowali niczego, co choć trochę byłoby lepsze od bobrzej konstrukcji. Ich tamy
                                          i kanały są po prostu żałosne i prymitywne. Bóbr, to brzmi dumnie. Tryumf woli,
                                          maestria, całkowite panowanie nad materią, wyzwolony w bobrzych łapkach geniusz,
                                          tryumf natury ! Nasze bobrze osiedla to arcydzieła architektoniczne.
                                          Klimatyzacja, ekologiczność, wyrafinowane systemy bezpieczeństwa... Gdzie wam do
                                          nas, wiewiórom... Mieszkacie na drzewach, i na drzewach skończycie. Niech się
                                          wiewiórom nie marzy dominacja nad dumnym światem bobra !
                                          - Phi - zlekceważyła bobrze wywody wiewiórka - takie sobie gadanie, dobre na
                                          zwierzęcy sejmik, tam wielu wygaduje podobne brednie. Co z tego, że zbudowałeś
                                          sobie żeremie ? Ja mam wygodną dziuplę, i wystarczy. Spiżarni mam dość,
                                          wszystkie wypchane orzeszkami, mimo, że dopiero marzec i nie zapowiada się na
                                          razie wiosna. A ty masz zamarzniętą kałużę, ogryzione patyki i pełno głodnych
                                          bobrząt w żeremiu... Ja mam sucho, a ty mokro - i nie zmienisz tego, łuskowata
                                          gadzino z wrogiej Żeremii !
                                          - Aha ! To dlatego mi przygadujesz, że mieszkam w Żeremii !? - Bobek zirytował
                                          się już nie na żarty - a tobie w tej zapyziałej Topolii to lepiej ? U mnie
                                          rezyduje zwierzęcy Wojewoda, u ciebie zaledwie Sejmik, ukradziony zresztą...
                                          - Kto niby ukradł Sejmik ? Sam się zainstalował, i jeszcze orzechy mi wykradają,
                                          na diety niby... A kto usiłował podrosjanić Zwierzęcą Akademię Nauk i przenieść
                                          ją do żeremiowiska, na te ohydne bagno ? Może nie bobry ?
                                          Wiewiórka Joanna była już wyraźnie zdenerwowana. Orzeszek wypadł jej z łapek,
                                          ale nie zauważyła tego, kontynuując słowną napaść na bobra.
                                          - Bobry zawsze się rządziły, jak tylko chciały ! Kopać kanał - to od razu wam
                                          wolno, a na zwykłą dziuplę trzeba było czekać, aż umrze poprzedni lokator
                                          dzięcioł ! Pod ochronę was wzięli, to teraz kopiecie, kopiecie, a ludzie
                                          narzekają, że im łąki podtopiliście. Futrzaki ! Żeby tak jak w średniowieczu
                                          było, kiedy książę Jaromir w post was zwykł był jadać, a to z racji łuskowatego
                                          ogona - e, temu facetowi wszystko się zresztą z rybą kojarzyło - wiewiórkom
                                          dobrze wtedy było...
                                          - Ekhem, a księżnej futro z wiewiórczych ogonów ? - bóbr Bobek nie ukrywał
                                          złośliwości w głosie.
                                          - To były błędy i wypaczenia, to się nie powtórzy. I twoje szczęście, a kołnierz
                                          alchemika książęcego to był może z królika ? Co ?
                                          - No nie, z bobra. Cholerny świat. W gruncie rzeczy, to ludzie zawsze psuli nam
                                          szyki. Wiewiórkom też nie było zawsze łatwo...
                                          - Właśnie, gryzonie powinny trzymać się razem, a nie wyzłośliwiać się w
                                          bezsensownych sporach - zasugerowała Joanna.
                                          - Tak jest ! No, co złego, to nie ja - podaj łapkę, ssaku...
                                          - Niech będzie - zgodziła się wiewiórka.


                                          ... Majestatycznie, z warkotem, w dolinę rzeczki zjeżdżał potężny buldożer. Za
                                          nim widać było kolumnę ciężarówek, betoniarek, tłum ludzi.
                                          - Będziemy budować tutaj nową drogę, będzie lepiej ! - powiedział jeden z
                                          robotników. Inni obrzucili go niechętnym spojrzeniem.
                                          - Żeby tylko w terminie płacili, psiekrwie... mruknął któryś. Szczęknęły łopaty.
Inne wątki na temat:

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka