ignorant11
03.05.04, 13:18
Sława!
Zakochani w wielkich stołach
http://kiosk.onet.pl/art.asp?DB=162&ITEM=1161479&KAT=1292
Uczty magnackie w dawnej Polsce
Czytelnicy Trylogii Henryka Sienkiewicza z pewnością pamiętają barwne opisy
uczt, np. tej na dworze hetmana Janusza Radziwiłła w Kiejdanach. Sienkiewicz
znakomicie odmalował ich ceremoniał, przepych zastawy stołowej, obfitość
jadła i napojów.
KAMILA MORAWSKA 2004-04-30
Uczta była jednym z ważniejszych elementów obyczajowości szlacheckiej w
dawnej Polsce, zwłaszcza że służyła nie tylko napełnieniu żołądka czy
rozrywce. Przy stole nasi przodkowie zawierali polityczne sojusze i rodowe
mariaże.
Dla człowieka późnego renesansu i baroku ideałem były pulchne i obfite
kształty, zresztą nie tylko u kobiet. Tusza była oznaką dobrego pochodzenia i
zamożności. We Florencji dla wpływowych bogaczy ukuto nawet określenie popolo
grasso (ludzie grubi), w przeciwieństwie do popolo minuto – chudego
pospólstwa. Rzecz jasna, nie wszyscy bogaci byli otyli, a nie każdy chłop –
chuderlakiem, niemniej takie uogólnienie dobitnie świadczyło o upodobaniach
ludzi w tej epoce.
Ówczesne menu nie należało do dietetycznych i zdrowych, w dodatku ilość
posiłków i ich obfitość była, z dzisiejszego punktu widzenia, zatrważająca.
Zaczynano pożywnym śniadaniem, na które składała się zwykle piwna polewka z
pieczywem. Później był obiad z 2–3 dań u mniej zamożnych bądź 5–6 i więcej u
bogatszych. Wszystko to obficie podlane piwem, miodem lub winem węgierskim.
Na zakończenie obiadu podawano wety, czyli deser: owoce (świeże bądź w
cukrze), konfitury, pieczone jabłka. Potem przychodził czas na podwieczorek:
najczęściej serwowano piwo oraz chleb z masłem i wędliną czy powidłami.
Czasem stawał się on większym posiłkiem, na który podawano jajecznicę lub
bigos. Wieczorem spożywano kolację, która składała się z zup, kilku rodzajów
mięs, czasem bigosu oraz ciast. Oto przykład osiemnastowiecznego menu
magnackiej kolacji: rosół z flaczkami, kotlety z rusztu z sosem po polsku,
zając z kaparami w sosie rumianym, kura młoda, sos rumiany z sardelami,
pieczeń z sarny, budyń z jabłkami.
STÓŁ, CZYLI GDZIE KTO SIADAŁ
Uczty magnackie były niezwykle wystawnymi kolacjami, na których gospodarz
mógł popisać się bogactwem, znajomością panującej mody i zwyczajów. Hubert
Vautrin, Francuz osiadły na Litwie, wychowawca Kazimierza Nestora Sapiehy,
pisał w latach siedemdziesiątych XVIII wieku: Swoim dostatkiem popisuje się
Polak przede wszystkim przy stole, tam się wyżywa. Dba więcej o wystawność
stołu niż o wykwintność potraw, sam będąc raczej żarłokiem niźli smakoszem.
Przyjrzyjmy się teraz nieco bliżej owemu stołowi.
Stół gościnny musiał być zasłany obrusem, szlachta nie siadała do
nienakrytego stołu. Kiedyś kniaź moskiewski przyjmując posłów polskich
popełnił spory nietakt, nie znając tego zwyczaju; posłowie zasiedli do uczty,
dopiero gdy przyniesiono kosztowny obrus. Wystawność nakrycia świadczyła nie
tylko o zamożności domu, ale przede wszystkim o chęci uczczenia gości. Jednak
nie wszyscy dostępowali zaszczytu spożywania posiłku na złotej czy srebrnej
zastawie – zależało to nie tylko od zasobności gospodarzy, ale przede
wszystkim statusu społecznego gości.
Tak pisze o tym Jędrzej Kitowicz: Tu, gdzie mieścić się miały dystyngowane
osoby, kładziono łyżki srebrne i talerze takież albo farfurowe lub
porcelanowe; po końcach zaś [stołu], do których tłoczył się, kto chciał i kto
się mógł zmieścić, dawano łyżki blaszane lub cynowe i talerze takież.
Oszczędność nie zawsze wynikała ze skąpstwa, lecz raczej z zapobiegliwości,
ponieważ sproszona szlachta często zabierała zastawę do domu. Przy każdym
nakryciu kładziono serwetę, często wyszywaną, do obtarcia ust i rąk po
posiłku, jednak później z opisanych wyżej przyczyn serwety zastąpiono
przyszytymi do obrusa kawałkami nakrochmalonego płótna. Wspominałam już o
łyżkach, natomiast jeśli chodzi o inne sztućce, to niemal każdy z
biesiadników przychodził z własnym niezbędnikiem, umieszczonym w skórzanym
lub uszytym z drogiej materii pokrowcu, często haftowanym srebrną albo złotą
nicią.
Kitowicz pisze, że takie przybory nosiła nie tylko drobna szlachta
zasiadająca na końcach stołu, ale także dworzanie i towarzystwo, a nawet
wielu z szlachty domatorów. Zwyczaj ten zakorzenił się w Polsce już w czasach
Wazów, o czym świadczą relacje cudzoziemców odwiedzających Rzeczpospolitą.
Hauteville, intendent dworu Jana Kazimierza, pisze o kultywowanej także na
dworze królewskim tradycji zamykania biesiadników w sali podczas uczty: Kiedy
już wszyscy zaproszeni usadowią się w pokoju lub sali, zamyka się drzwi na
klucz i otwiera się je dopiero po powstaniu od stołu, gdy całe srebro zostało
już zabrane. W innym wypadku służba niejedną sztukę by zabrała. Z tego też
powodu serwet, noży, łyżek i widelców na stół się nie podaje.
Odpowiednie usadzenie gości było nie lada sztuką i olbrzymim kłopotem. W grę
wchodził tytuł, piastowane stanowisko, pokrewieństwo, a także kwestie
honorowe – nie wypadało przecież posadzić obok siebie osób skonfliktowanych.
Gospodarz musiał wiedzieć, kto z kim się procesuje, aby uniknąć kłótni, a
czasem nawet rękoczynów w czasie uczty. Podobnie było na fetach wydawanych z
okazji wielkich uroczystości dworskich. Pisze o tym wspomniany już
Hauteville: po obu stronach długich stołów siedzą damy, senatorowie i wszyscy
inni zaproszeni goście, którzy zanim się usadowią, są wywoływani po nazwisku,
aby każdy zajął odpowiednie miejsce, przysługujące mu z tytułu pełnionego
urzędu.
TAŃCE, GAWĘDY I OGNIE SZTUCZNE
Uczta na dworach magnackich rozpoczynała się zwykle o godzinie 4 lub 5 po
południu i trwała zazwyczaj do późna w nocy, a nawet do rana, dlatego oprócz
jedzenia należało zapewnić gościom inne rozrywki. Nieodzownym dodatkiem do
każdej imprezy była muzyka umilająca jedzenie. W salach bankietowych
magnackich pałaców często umieszczano specjalne galerie lub ganki dla
dworskiej orkiestry, jak w pałacu Ostrogskich w Warszawie. Jeżeli uczta
odbywała się w wynajętej sali, stawiano prowizoryczne drewniane ganki. Na
szczególnie uroczystych biesiadach muzycy przygrywali także do tańca. Na
weselach i innych uroczystościach rodzinnych pośrodku sali rozciągano wielki
czerwony dywan, na którym tańczono tańce polskie, a później także obce:
włoskie padwany, niemieckie cenary i reje, francuskie galardy. Angażowano
także kuglarzy, tancerzy, a nawet trupy teatralne.
Inną rozrywką dla ucztujących były opowieści, anegdoty i plotki opowiadane
przez specjalnie zapraszanych gawędziarzy. Umieli oni powtórzyć co ciekawsze
nowinki z bliższej i dalszej okolicy oraz ze świata, snuli sagi rodzinne,
prawili o wyprawach wojennych, wizytach w wielkim mieście lub za granicą.
Poruszali także sprawy bieżące: gospodarcze, sejmikowe itp. Oczywiście
gawędziarze często fantazjowali, ale dzięki ich opowieściom uczta nabierała
dodatkowego kolorytu.
Huczne przyjęcia w bogatych dworach nie mogły się obyć bez pokazów
pirotechnicznych. Salwy armatnie, odgłosy trąb i bębnów nierzadko
towarzyszyły wznoszeniu szczególnie uroczystych toastów lub powitaniu
znakomitego gościa. Pisze o tym Marcin Matuszewicz, opisując imieniny hetmana
wielkiego koronnego Jana Branickiego.
NA TALERZU I W KIELICHU
Menu podczas uczt różniło się znacznie od codziennego jadłospisu. Gospodarz
musiał zadbać o to, by na stole znalazła się odpowiednia ilość potraw, tak
aby goście nie odczuli ich braku, co przyniosłoby ujmę wydającemu ucztę.
Biesiady planowano więc rozrzutnie, chętniej narażając się na straty niż na
wstyd. Rachowano, aby na każdego uczestnika przyjęcia przypadał jeden
półmisek potraw. Jeśli zaproszono 36 osób, na stole musiało być przynajmniej
12 potraw – każda w trzech misach.
Nie tylko wielość potraw