Dodaj do ulubionych

Prasa o Powstaniu Warszawskim

02.08.04, 04:41
Sława!

Zaroiło sie od rocznicowych artykułów i aż dziw, że ciągle wychodzą nowe
fakty, że rozwiewane są utrwalone streotypy...

Dlatego postanowiłem powklejać co ciekawsze artykuły...
Może zbierzezmy w tym watku wszystko, co potrafimy na ten temat wyszperać?
A dyskutowac będziemy na innym?
Może tak będzie przejrzyście i wygodnie, gdy materiały do dyskusji będą pod
reką a jednoczęsnie oddzielimy materiał faktograficny od dyskusyjnego?

Pozdrawiam i zapraszam na:
Forum Słowiańskie
Obserwuj wątek
    • ignorant11 Nowe Państwo: 60 lat później 02.08.04, 04:44
      Sława!
      60 lat później
      kiosk.onet.pl/art.html?DB=162&ITEM=1178623&KAT=1292


      Istotą Powstania było ujawnienie na te sześćdziesiąt kilka dni struktur
      Polskiego Państwa Podziemnego

      Powstanie Warszawskie, choć jesteśmy z niego bardzo dumni, nadal pozostaje
      kartą historii słabo poznaną. I nie chodzi tylko o wiedzę na jego temat ludzi
      na Zachodzie, ale samych Polaków.


      WOJCIECH STANISŁAWSKI 2004-07-30




      Wojciech Stanisławski: Powstanie Warszawskie jest Polakom - tak się nam
      przynajmniej wydaje - doskonale znane. Czy rzeczywiście tak jest? Zacznijmy od
      pytania najprostszego: ile dni trwało Powstanie? Większość sądzi, że 63.

      Andrzej Krzysztof Kunert, historyk: Sześćdziesiąt sześć.

      Stanisławski: A które trzy dni zostały zapomniane?

      Kunert: Ostatnie: 3, 4 i 5 października, czyli wyjście do niewoli ostatnich
      zwartych oddziałów Warszawskiego Korpusu Armii Krajowej, ostatnie rozkazy
      dowódców do żołnierzy, ostatnie numery pism powstańczych, ostatnie audycje obu
      powstańczych radiostacji, ostatnie depesze nadane do Londynu...

      Stanisławski: Rozumiem, że to najmniej rażący błąd historyczny.

      Kunert: Wbrew pozorom, to dość istotna sprawa. Błąd wynika z niewłaściwej
      definicji Powstania Warszawskiego. Jeśli się przyjmie definicję, że Powstanie
      jest tylko i wyłącznie insurekcją, ruchem zbrojnym, to można teoretycznie
      obronić hipotezę 63 dni, bo rzeczywiście, przerwanie walki nastąpiło 2
      października. Tu też występuje drobny błąd, bo jakoś nikt nie zauważa, kiedy
      został podpisany układ o tak zwanej kapitulacji (tak zwanej, bo słowo to nie
      pada w dokumencie podpisanym z kimś przez Niemców). I dlatego hipoteza 63 dni
      nijak nie znajduje potwierdzenia czy uzasadnienia. Zwłaszcza jeśli się przyjmie
      właściwą definicję Powstania, że jest to zryw zbrojny, przejście do walki
      jawnej (na ulicach, z bronią w ręku, w takich mundurach, jakimi dysponowano, z
      takimi odznakami, jakimi dysponowano), i jednocześnie wyjście na powierzchnię
      struktur Polskiego Państwa Podziemnego, to wtedy rzekomy finał 2 października
      nie ma sensu ani szans na obronę. Bo jak w takim razie wytłumaczyć to, co
      dzieje się w Warszawie 3, 4 i 5 października?

      Kalka pojęciowa 63 dni utrwaliła się jednak po wojnie wyjątkowo mocno, choć
      przecież już w słynnym cyklu audycji radiowych Władysława Bartoszewskiego Dni
      walczącej Stolicy z pamiętnego roku 1981 owych powstańczych dni jest,
      oczywiście, sześćdziesiąt sześć (do 5 października).

      Jan Żaryn, historyk IPN: Ale jednak ta data 2 października ma pewne znaczenie.
      Nie chcę, broń Boże, z tobą polemizować na temat 66 dni. Utrwalenie się tego
      przekonania wynika z tego, kiedy podjęto decyzję o kapitulacji.

      Kunert: Ale podpisana została trzeciego, ba, zrealizowana jeszcze w następnych
      dniach - czwartego i piątego października. Ja wiem, że to jest śmieszne, ale
      tak jest z każdym dużym tematem dotyczącym Powstania, choćby z liczbą zabitych.
      Podaje się powszechnie - a ściślej mówiąc, podawało przez kilkadziesiąt lat -
      liczbę 200 tysięcy. Poświęciłem kilka lat na to, żeby dojść do tego, skąd się
      ona wzięła. Nikt jej nie dokumentuje w żaden sposób, nigdzie nie znajdziemy
      uzasadnienia. A w rzeczywistości liczba ta jest wzięta z sufitu, w dodatku
      wymyślono ją w połowie Powstania, dokładnie 28 sierpnia w Lublinie, na
      konferencji prasowej PKWN dla dziennikarzy zagranicznych. Pierwszej z udziałem
      Anglików i Amerykanów. Prowadzą wszystkie mądrale z PKWN-u, na czele z
      naczelnym dowódcą Ludowego Wojska Polskiego Rolą-Żymierskim. "Panie generale -
      pytanie z sali - jak oceniacie liczbę strat krwawych w powstaniu?". (Ten Lublin
      naprawdę nie jest daleko od Warszawy). Żymierski: "200 tysięcy". "Panie
      generale, a czy mógłby pan w jakiś sposób uzasadnić, uargumentować, na jakiej
      podstawie taki szacunek?". "Oceniamy na podstawie skali natężenia walk". Co
      było dalej? Przyjęto tę liczbę - 200, czasem 250 tysięcy - i uznawano za
      absolutny pewnik do końca istnienia PRL. A ja się pytam, czy PKWN miesiąc
      później, gdy Powstanie Warszawskie konało, nie podniósł przypadkiem owej liczby
      strat? Owszem: centralny organ PKWN Rzeczpospolita podał 16 września liczbę 500
      tysięcy, ba, 7 października podniósł jeszcze i tę liczbę do... 700 tysięcy!
      Pytanie - dlaczego przyjęliśmy po wojnie tę pierwszą, najniższą liczbę,
      wymyśloną w połowie trwania walk powstańczych? Przecież wszystkie trzy są
      jednakowo niewiarygodne, żadna nie ma choćby cienia uzasadnienia.

      Stanisławski: Byłoby dobrze, gdyby w zakresie faktów została do ustalenia tylko
      liczba dni i zabitych.

      Kunert: Nie chodzi naprawdę o to, czy 63 czy 66. Chodzi o przyjęcie właściwej,
      jedynej i sensownej definicji Powstania.

      Stanisławski: Sądzi Pan, że to się może udać?

      Kunert: Tak. Coraz większa liczba historyków przyjmuje, że istotą Powstania
      było ujawnienie na te sześćdziesiąt kilka dni struktur Polskiego Państwa
      Podziemnego. Struktur państwowych dotychczas, do 1 sierpnia, tajnych.
      Oczywiście, ujawnienie na ograniczonym obszarze, w dramatycznie trudnych
      warunkach zewnętrznych, ale ujawnienie naprawdę dość daleko idące. To nie jest
      tak, że ujawniło się paru ministrów. To jest tak, że ujawniło się ileś tam
      pionów konspiracyjnych, zarówno wojskowych, jak i cywilnych. Ujawniło się ileś
      tam służb miejskich, łącznie ze strażą pożarną, pogotowiem ratunkowym itd.
      Czemu się o tym tak mało mówi i pisze?




      Pozdrawiam i zapraszam na:
      Forum Słowiańskie
      • ignorant11 Re: Nowe Państwo: 60 lat później (2) 02.08.04, 04:45

        Spróbujcie panowie znaleźć w jakiejkolwiek monografii Powstania Warszawskiego
        podane pełnym tekstem: tak jak we Wrześniu 1939 roku prezydent Warszawy Stefan
        Starzyński odegrał ogromną rolę w organizacji i współkierowaniu obroną stolicy,
        tak w Powstaniu Warszawskim podobną rolę odegrał prezydent powstańczej Warszawy
        Marceli Porowski. O tym drugim nikt nie słyszał. A to przecież ten człowiek 5
        sierpnia 1944 przejął od Juliana Kulskiego, komisarycznego burmistrza, pełnię
        władzy cywilnej w mieście i sprawował ją na tyle, na ile to było możliwe, do
        końca powstańczych dni.

        Żaryn: Jeszcze do tego, o czym Andrzej powiedział, to znaczy o odkrywaniu tej
        części prawdy o Powstaniu Warszawskim, która dotyczyła przekazania informacji o
        ujawnieniu się struktur Polskiego Państwa Podziemnego. Po raz pierwszy o
        istnieniu PPP usłyszałem od Władysława Bartoszewskiego podczas wykładu w TKN-ie
        [Towarzystwo Kursów Naukowych, działające jako struktura konspiracyjna w latach
        1978-79], w końcu lat siedemdziesiątych. To był jego słynny wykład o Polskim
        Państwie Podziemnym, przekazywany w wąskim gronie, mniej lub bardziej
        towarzyskim.

        Kunert: Dodajmy, pierwszy tekst historyczny napisany w Polsce Ludowej, za który
        autor został ukarany.

        Jeszcze jest jedna ważna rzecz przy tej państwowości. Bo to nie chodzi tylko o
        pełną definicję Powstania, ale o to, kto podjął decyzję. A tę decyzję podjęły
        władze państwowe, co jest niesłychanie ważne. To jest kolejna rzecz, która
        odróżnia Polskie Państwo Podziemne od innych ruchów oporu i Powstanie
        Warszawskie od innych powstań. Mało tego, to była ostatnia suwerenna decyzja
        suwerennych władz państwa polskiego na następne 50 lat.

        Żaryn: Świadomość specyfiki i znaczenia Powstania nie zwalnia jednak od
        zważenia przesłanek leżących u podstaw jego wywołania. Dyskusja na temat
        sensowności czasu wybuchu Powstania związana jest z pytaniem o cel, jaki
        przyświecał decydentom. Jeżeli uznamy, że politycy, którzy je wywołali,
        postawili sobie za cel obronę suwerenności państwa polskiego, zagrożonego, w
        sensie militarnym, ze strony wycofujących się wojsk niemieckich, a w sensie
        politycznym - przez możliwość powstania nowego układu międzynarodowego, to
        wtedy powstaje problem, kto miał więcej danych, by podjąć odpowiednie decyzje:
        politycy w Polsce czy za granicą. W tym momencie zaczyna być już ważne, gdzie
        ją podjęto - w Warszawie w lokalu konspiracyjnym, czy w Londynie, stolicy
        Wielkiej Brytanii, niejako obok gabinetu Churchilla. I trzeba przyznać, że
        Londyn, przy całej swojej niechęci do podejmowania decyzji, miał niewątpliwie
        szerszą wiedzę na temat sytuacji międzynarodowej, polityki Stanów Zjednoczonych
        i Wielkiej Brytanii i ich polityki wobec Sowietów.

        Kunert: Mieli w Londynie cień pojęcia o Teheranie?

        Żaryn: Tak. Mieli. Dlatego że Churchill od stycznia 1944 dawał sygnały, że
        żadnych gwarancji co do granic względem Polski nie podpisywali.

        Kunert: Co było obrzydliwym kłamstwem. Ani w Londynie, ani w Warszawie nikt nie
        miał o tym zielonego pojęcia. Oczywiście, że mówiąc to wszystko, co przed
        chwilą powiedziałem, znakomicie zdaję sobie sprawę z tego, że sytuacja była
        patowa. Była nie do wygrania. I dlatego mówię, że naprawdę nie ma żadnego
        znaczenia, czy Powstanie miało wybuchnąć na początku lipca, w końcu lipca czy
        na początku sierpnia. Rzecz była przegrana.

        Żaryn: Żeby podejmować trafne decyzje polityczne, nie wystarczy znać fakty.
        Istotna jest też znajomość nastrojów, atmosfery, nieoficjalnych doniesień.
        Gdyby informacja o tym, że nie powstał żaden front bałkański, który lansowali
        Brytyjczycy i który by dawał szanse na to, że Armia Czerwona nie wejdzie jako
        pierwsza i jedyna na tereny Europy Środkowowschodniej, była wsparta znajomością
        polityki Roosevelta, atmosfery medialnej, opinii publicznej w Stanach
        Zjednoczonych na temat Stalina, wiedzą o tym, czym jest Związek Sowiecki i jak
        należy interpretować lata 1939-41, to może wówczas przywódcy Polski w Londynie
        dostrzegliby, że nasza sprawa przeszkadza wielkim mocarstwom w ich układach. To
        wcale nie oznacza, że Powstanie Warszawskie miałoby nie wybuchnąć. Ale wtedy
        wybuchłoby z inną intencją, to znaczy jego celem stałaby się nie tyle chęć
        zamanifestowania swojej woli politycznej, ale zniszczenie tworzącego się w
        Europie układu, w którym nie było już miejsca na samookreślenie się wolnych
        narodów.


        Pozdrawiam i zapraszam na:
        Forum Słowiańskie
        • ignorant11 Re: Nowe Państwo: 60 lat później (3) 02.08.04, 04:46
          Stanisławski: A jakie są inne, nieznane karty Powstania. Nie chodzi mi tylko o
          czarne karty - vide próba zbyt pochopnego ich poszukiwania przez Gazetę
          Wyborczą - ale o działania różnego rodzaju służb cywilnych, o ikonografię,
          życie społeczne.

          Żaryn: Pokażcie mi takie karty, które są naprawdę do końca dobrze pokazane i
          opisane.

          Kunert: My dopiero raczkujemy, stawiamy pierwsze kroki. Proszę mi pokazać
          wydaną w ciągu minionych dziesięciu lat monografię dość istotnego aspektu,
          jakim jest czysto militarny aspekt powstania. Zaczynamy od dość wysokiej półki,
          ale im będziemy schodzili niżej, to co chwila będziemy się natykali na takie
          luki. Powstanie Warszawskie w ciągle zbyt dużej mierze jest po prostu
          niezbadane i nieopisane.

          Żaryn: Jeśli na obecnym poziomie wiedzy nic nie można zbudować, to rodzi się
          pytanie, czy w ogóle mamy prawo dyskutować o Powstaniu Warszawskim? A jeżeli
          odpowiemy na to pytanie negatywnie, to straciliśmy jako historycy dziejów
          najnowszych jedną z wielkich szans, żeby budować świadomość zbiorową narodu.

          Kunert: Ja mam poważne wątpliwości co do bardzo stanowczych, jednoznacznych
          wypowiedzi na pewne generalne tematy, jakie padają w niektórych książkach.
          Opowiada się od kilku dziesiątków lat na temat zdrady mocarstw zachodnich,
          pozostawienia Polski samej, zdradzie sowieckiej i tak dalej. Każdy z nas
          świetnie wie, że z dostępem do tajnych materiałów dyplomatycznych chowanych
          dość szybko do sejfów zawsze było, delikatnie mówiąc, różnie. Ale otwarte
          pozostaje pytanie, dlaczego przez kilkadziesiąt lat nie można było do różnych
          rzeczy - nie z tej najwyższej półki z sejfami, tylko z tej troszkę niższej -
          zajrzeć? Tam też w zasadzie nikt nie zajrzał.

          Przepraszam, dlaczego nikt wcześniej nie znalazł tej "afery" z liczbą zabitych?
          Dlaczego nikt nie pytał, z czego wzięła się sytuacja tak kuriozalna, jak
          opowiadanie 6 i 7 sierpnia 1944 roku na Kremlu bez zmrużenia oka, że w
          Warszawie nie ma żadnego Powstania? Dlaczego nikt nie próbował wytłumaczyć tego
          zmasowanego w skali wcześniej niespotykanej, tak wypełnionego jadem nienawiści
          ataku propagandowej machiny sowieckiej na Powstanie, który ruszył natychmiast
          potem? Przecież odpowiedź na owe dość istotne pytania wydaje się całkiem
          prosta. Otóż nie ulega dla mnie żadnej wątpliwości, że Powstanie jest ciosem w
          samo serce Moskwy i Lublina. Sowieci nie wiedzą, jak sobie z tym poradzić. A
          później, jak już muszą to przyjąć do wiadomości, no to reagują po prostu
          tekstami, że powstańcy to zwykli awanturnicy, zbrodniarze, agenci gestapo i tak
          dalej.

          Żaryn: Skoro już dotknęliśmy kwestii sowieckiej, to ja bym widział tę postawę
          Związku Sowieckiego wobec Powstania na kilku co najmniej płaszczyznach, poza
          tą, o której powiedziałeś, czyli kwestią propagandy. Pierwsza to, oczywiście,
          aresztowanie z chwilą wejścia Sowietów na tereny II Rzeczypospolitej w styczniu
          1944 roku i wywożenie na wschód żołnierzy Armii Krajowej. Druga to zakładanie
          obozów przez NKWD i aresztowanie ludzi zza linii Curzona, którzy potencjalnie
          mogliby Powstaniu Warszawskiemu pomóc, a także brak wsparcia dla żołnierzy
          Berlinga, w tym z dawnej 27. Dywizji Wołyńskiej AK, którzy po akcji "Burza" na
          Lwowszczyźnie zostali wcieleni do wojska. Trzecia w końcu, to odmowa zgody na
          międzylądowanie ochotników - lotników polskich lecących ze zrzutami dla
          powstańców. Można zatem mówić wprost o rzeczywistej współpracy sowiecko-
          niemieckiej na terenie Warszawy w roku 1944 przez 66 dni.

          Stanisławski: To jest ostra teza, może odwołajmy się, przewrotnie, do retoryki
          stalinowskiej i powiedzmy, że współpracowali obiektywnie...

          Żaryn: Nie obiektywnie, tylko z punktu widzenia operacyjnego. Wojska sowieckie,
          NKWD, aresztując żołnierzy Armii Krajowej i Narodowych Sił Zbrojnych, wsadzając
          do więzień, do aresztów tworzonych w powiatowych nawet miasteczkach,
          współpracowali z Niemcami.


          Pozdrawiam i zapraszam na:
          Forum Słowiańskie
          • ignorant11 Re: Nowe Państwo: 60 lat później (4) 02.08.04, 04:47
            Kunert: Z całkowitą pewnością można udowodnić bliską współpracę sowiecko-
            niemiecką w propagandzie: przechwytywanie, przejmowanie różnych pomysłów
            propagandowych w obie strony. Fascynujący temat. Wielka szkoda, że nikt się tym
            jeszcze nie zajął.

            Stanisławski: A co Panowie sądzą o tezie Normana Daviesa, że Powstanie
            Warszawskie jest drugim cudem na Wisłą, który uratował Zachód przed okupacją
            sowiecką?

            Kunert: Znane jest tempo posuwania się Sowietów, na przykład w czerwcu-lipcu
            1944. Wiedząc, mniej więcej, jakie były siły niemieckie w Generalnym
            Gubernatorstwie, można wyliczyć skalę zaciętości oporu, można hipotetycznie
            przyjąć, z jaką prędkością Sowieci szliby dalej na Zachód, gdyby nie Powstanie.
            Można. Z wszystkich tego typu szacunkowych wyliczeń - nie lubię tego, bo to
            jest gdybanie - wynika, że zatrzymaliby się nie na Łabie, lecz na Renie, a kto
            wie, czy by nie weszli do Francji. To wydaje się nie ulegać żadnej wątpliwości.
            Bo przecież Armia Czerwona stanęła nad Wisłą na długie miesiące. Sierpień,
            wrzesień, październik, listopad, grudzień, połówka stycznia - to jest niemal
            pół roku.

            Stanisławski: Czy ta Daviesowska teza ma jakiekolwiek szanse przebić się do
            świadomości Zachodu? Czy ma szansę wpłynąć na postrzeganie roli Polski?

            Żaryn: Przede wszystkim Daviesowi należą się wielkie słowa uznania nie tylko za
            to, że w tej chwili wprowadza kwestię Powstania Warszawskiego do słownika pojęć
            podstawowych Europy Zachodniej. Ale za to, że ustawia we właściwym wymiarze
            obydwa zrywy: Powstanie i wcześniejszą o rok obronę getta. Także za to, że w
            dziele pod tytułem Europa z dużym wyczuciem i zrozumieniem naszej mentalności
            potrafił - mówiąc kolokwialnie - wprowadzić kawał Europy Środkowej do historii
            Starego Kontynentu.

            Kunert: Początkowo, kiedy dostałem angielskie wydanie książki, zjeżyłem się,
            gdy zobaczyłem, że jest to ogromny buch, osiem dużych rozdziałów, a Powstanie
            zaczyna się na dobrą sprawę dopiero w piątym. W tej chwili po dość dokładnym
            przestudiowaniu pracy, twierdzę, że Davies ma absolutną rację. W tych
            pierwszych czterech rozdziałach daje czytelnikowi na Zachodzie tak gigantyczną
            porcję, nie tylko informacji, ale także skojarzeń, klimatów, wszystkiego tego,
            na czym nam najbardziej zależy. Żeby ktoś zrozumiał, że to nie jest tak, iż
            mamy tu do czynienia z jakąś klasyczną okupacją, z jakimś klasycznym
            rozkawałkowanym społeczeństwem, w dużej mierze kolaboracyjnym, i nagle 1
            sierpnia Armia Krajowa się buntuje. Tu mamy do czynienia z zupełnie inną
            rzeczywistością. A dzięki jego książce można zrozumieć, że dla powstańców, dla
            mieszkańców Warszawy 1 sierpnia był dniem zwycięstwa. Ale tego się nie zrozumie
            bez pierwszych rozdziałów.

            Stanisławski: Chwała mu, chwała, chociaż ja nie podzielam Panów optymizmu, że
            zdoła przekazać tę tezę o drugim cudzie nad Wisłą światu, który nie bardzo wie,
            na czym ten pierwszy polegał.

            Kunert: Jest jeszcze jedna jaskółka przemian, poza Daviesem, o czym chyba
            jeszcze nikt w Polsce nie wie i nie napisał. Chodzi o bardzo dobrą książkę
            profesora Włodzimierza Borodzieja o Powstaniu Warszawskim, która kilka lat temu
            wyszła w Niemczech i ukazała się właśnie w paper-backu [popularna edycja, na
            gorszym papierze i w miękkiej okładce]. To jest prawdziwy precedens, sygnał, że
            coś się zmienia. Jednocześnie amerykańska telewizja CNN chyba po raz pierwszy w
            historii zaprezentowała głęboki film poświęcony Powstaniu Warszawskiemu,
            noszący tytuł Zapomniani żołnierze II wojny, mający przypomnieć Amerykanom o
            Powstaniu Warszawskim. Podobny cel miał również niemiecki film dokumentalny
            pokazany przed kilkoma dniami w telewizji ARD.

            Żaryn: Żeby zakończyć ten temat, wydaje mi się, że trzeba sobie postawić
            pytanie, czy emigracja polska po II wojnie światowej zrobiła wszystko, by tę
            historię przekazywać społeczeństwom Zachodu?

            Kunert: Oni naprawdę robili tyle, ile mogli. No popatrz do bibliografii i
            przypomnij sobie, ile rzeczy wychodziło natychmiast w języku angielskim.

            Stanisławski: A ja dodam jeszcze psychologizująco, że trzeba mieć taki oddech,
            jak Davies. Z pozycji rozżalenia trudno wychodzi się z pełną edukacją.


            Pozdrawiam i zapraszam na:
            Forum Słowiańskie
            • ignorant11 Re: Nowe Państwo: 60 lat później (5) 02.08.04, 04:50
              Żaryn: Ja nie mówię tego w formie zarzutu, tylko konstatacji, że jest to
              dylemat, który był, jak rozumiem po lekturze wspomnień Zbigniewa
              Mieczkowskiego, dostrzegalny dla samego tego pokolenia [Mieczkowski wydał w
              Londynie Horyzonty wspomnień, w których utyskiwał, że powojenna emigracja
              polityczna zbyt mało poświęciła czasu i energii na przekonanie do swoich racji
              gospodarzy - Anglików, wolała raczej pisać dla przekonanych].

              Stanisławski: Przez chwilę będzie mało przyjemnie. Cytacik z Czesława
              Miłosza: "Był sobie Jaś, nieznany poeta,/ wielbiciel staropolskiej poezji, z
              fachu nauczyciel,/ organizator wielu podziemnych zgromadzeń,/ recytacji,
              wieczorków i wzajemnych kadzeń./ Szlachetna twarz z Grottgera, wąsik i wypieki.
              Przez pięć lat budził ducha, że dzień niedaleki/ że alianci, Powstanie, że
              świat się przybliża,/ a żywił się Norwidem i Janem od Krzyża./ Kiedy właśnie
              stolica jak trzeba płonęła,/ czuł, że musi coś zrobić i wziął się do dzieła./
              We Włochach pod Warszawą, mimo żony płaczu,/ bił co dzień komunikat z walk na
              powielaczu,/ że świetnie, że lotnictwo, że triumf Powstania./ Że bohater,
              możliwe, także mistrz załgania".

              Kunert: Nie gniewaj się, ale to pytanie jest klasycznym pytaniem często
              zadawanym przez ludzi, którzy nie mają zielonego pojęcia o historii. A to, co
              ja mówię o nieuchronności Powstania, o jego charakterze, definicji, nijak się
              do tego ma. Dla mnie jest oczywiste, że mamy do czynienia z gigantycznej skali
              stratami. Boję się publicznie apelować, byśmy przestali powielać nieprawdę o
              250 tysiącach zabitych, zamiast zgodnie z prawdą przyjąć liczbę 120-150
              tysięcy. Wiem, że bardzo wiele osób natychmiast odpowie, że to jest
              odejmowanie, umniejszanie liczby ofiar, jak mówiono w czasach PRL: "pójście na
              pasku rewizjonistów zachodnioniemieckich". A dla mnie nie ulega żadnej
              wątpliwości, że różnica między 250 a 120 tysięcy jest żadna. Obie te liczby
              oznaczają straty gigantycznej skali.

              Żaryn: Mnie się przede wszystkim wydaje, że tu już bardzo dużo powiedziano. To
              jest temat, który suwerenni ludzie, politycy - chociaż na emigracji -
              podejmowali, i to jest pewien dorobek, do którego możemy się odwoływać.
              Przypomnę, że jeden z największych obozów politycznych, czyli obóz narodowy,
              był - przed, w trakcie i po - Powstaniu przeciwny, co nie znaczy, że jego
              przedstawiciele nie wzięli w nim udziału. Wręcz odwrotnie, wzięli i ginęli. Ale
              z punktu widzenia politycznego ich argumentacja była, mniej więcej, taka, że w
              gruncie rzeczy w konstrukcji międzynarodowej jesteśmy przegrani, należy chronić
              substancję narodową i czekać na warunki do wybuchu III wojny światowej, bo jest
              niemożliwe, by ten sojusz taktyczny Anglosasów ze Związkiem Sowieckim przetrwał
              dłużej niż rok, dwa. Była to pewna konstatacja intelektualno-polityczna, która
              zaowocowała krytyką decyzji o wybuchu Powstania Warszawskiego. Oczywiście, z
              perspektywy lat ich argumenty okazują się nietrafione. Nie doszło do wybuchu
              III wojny światowej. Ale w ówczesnych warunkach miała swoje uzasadnienie.

              Kunert: Mówiąc o skutkach, konsekwencjach, dyskusjach na temat Powstania,
              przywołując późniejsze polemiki, zapomina się, że to wszystko zostało napisane
              i ogłoszone już w sierpniu, wrześniu i październiku 1944. Przykładowo -
              przecież to już wtedy pojawiło się oskarżenie o doprowadzenie do wytracenia
              elity narodu. Autorzy powtarzający dzisiaj to twierdzenie przyjmują, że jest
              oczywiste, iż gdyby w powstaniu nie zginął Baczyński i wielu ludzi z tego
              pokolenia, z tej półki, to oni by w istotny sposób zadziałali w rzeczywistości
              popowstaniowej, powojennej i historia Polski potoczyłaby się może inaczej.
              Ale... przecież według ustaleń Wiesława Budzyńskiego, bezpieka jeszcze kilka
              lat po powstaniu szukała w Warszawie Baczyńskiego, żeby go aresztować. Jaki
              jest zatem dowód, czy choćby cień dowodu, że gdyby oni nie zginęli, to
              cokolwiek by się zmieniło?

              I jeszcze jedna rzecz. Kilku powstańców, którzy siedzieli w więzieniach po
              wojnie 5, a nawet 10 lat, powiedziało mi, że cieszyli się wówczas, iż część z
              ich kolegów zginęła wcześniej w Powstaniu Warszawskim. Bo oni zginęli z rąk
              niemieckich, a nie swoich. To stwierdzenie brutalne, straszliwie w swej
              wymowie. Ale to jest także część prawdy o Powstaniu.

              Albo taki zarzut, że rzuciliśmy na linię dzieci i młodzież. No dobrze, a
              pokażcie mi jakąś inną wojnę, gdzie ginęli 40- i 50-latkowie. Czy można sobie
              wyobrazić jakikolwiek konflikt zbrojny, w którym nie giną młodzi, gdzie kto
              inny idzie na pierwszą linię? To jest zresztą stawianie sprawy na głowie:
              dlaczego myśmy tych młodych rzucili na pierwszą linię. A kogo mieliśmy rzucić?
              Zrobić Hitlerjugend z 70-latków? No to każdy by powiedział: Chryste, starców
              rzucili!

              Żaryn: Gdy pisaliśmy książkę Księga świadectw. Skazani na karę śmierci w
              czasach stalinowskich i ich losy, po lekturze przede wszystkim akt operacyjnych
              i sądowych wojskowych sądów rejonowych - bo one głównie zajmowały się
              podziemiem niepodległościowym, działaczami politycznymi - zauważyliśmy, jak
              wielu żołnierzy i polityków znajdujących się w 1944 roku w sierpniu i wrześniu
              w Warszawie było później nie tylko inwigilowanych, ale aresztowanych,
              skazywanych, również na karę śmierci. Udział w Powstaniu był - w opinii
              komunistów - skazą na życiorysie tych ludzi.

              Druga sprawa. Po 1956 roku jedno ze środowisk, które było ustawicznie
              bądź "punktowo" inwigilowane, to było środowisko Armii Krajowej, łącznie z
              tymi, którzy brali udział w Powstaniu Warszawskim. To znowu była pamięć systemu
              wobec osób, które miały być traktowane jako ludzie drugiej kategorii. I trzecia
              kwestia, jakby na przekór temu, co powiedziałem do tej pory. Nie wiem, jaką ty,
              Andrzeju, masz pamięć dotyczącą twojej szkolnej ławki, ale moja szkolna ławka w
              mej pamięci wygląda tak: bardzo dużo z chlubnych kart naszej historii udało się
              komunistom i autorom podręczników okresu PRL-owskiego zohydzić, natomiast, żeby
              nie wiem jak próbowali, nie udało im się zniszczyć Powstania Warszawskiego. To
              znaczy, dla nas młodych, kiedy czytaliśmy czy słyszeliśmy jakiekolwiek hasło
              lekcyjne związane z Powstaniem Warszawskim, tak zwana gula tak rosła, że nie
              dało jej się opanować, choćby nie wiem jak posłuszny reżimowi był nauczyciel. I
              to jest jakaś pozagrobowa chwała i sukces, również natury politycznej i
              świadomościowej, ludzi, którzy tam zginęli.



              Pozdrawiam i zapraszam na:
              Forum Słowiańskie
    • ignorant11 Przegląd:Stalin a powstanie warszawskie 02.08.04, 04:53
      Stalin a powstanie warszawskie
      kiosk.onet.pl/art.html?DB=162&ITEM=1178457


      W lipcu 1944 roku strategiczne interesy Związku Radzieckiego były na
      Bałkanach, a nie nad Wisłą

      Podstawowy zrąb faktów składających się na politykę ZSRR wobec Polski w latach
      1939-1945 jest już dziś w zasadzie znany. Mimo to o wielu jeszcze sprawach
      wiemy za mało. Dotyczy to zwłaszcza powstania warszawskiego, a szczególnie
      procesu i dat dziennych decyzji podejmowanych wówczas na Kremlu.


      EUGENIUSZ DURACZYŃSKI 2004-07-29




      Sukces boju o Warszawę, później nazwanego powstaniem, ci, którzy wydali rozkaz
      w podziemnej Warszawie, i rząd polski w Londynie, który na to zezwolił,
      uzależniali od czterech głównie czynników: sprawności bojowej oddziałów Armii
      Krajowej, zrzutów uzbrojenia z Zachodu i wsparcia politycznego ze strony
      Anglosasów, niezdolności Wehrmachtu do skutecznego i długotrwałego
      przeciwstawiania się naporowi wojsk radzieckich oraz od sukcesów tych
      ostatnich. Temu właśnie czynnikowi – i słusznie – przypisywano decydujące
      znaczenie. W ostatniej dekadzie lipca 1944 r. zakładano bowiem, że front
      radziecko-niemiecki przetoczy się przez Wisłę i Armia Krajowa zdoła opanować
      stolicę przed wkroczeniem do niej Armii Czerwonej.

      Swoisty paradoks polegał jednak na tym, że sukces powstania, politycznie
      wymierzonego przeciwko stalinowskim zamiarom wasalizacji czy wręcz sowietyzacji
      Polski, trafnie odczytywanym przez przywódców podziemnego państwa i dowództwo
      jego wojska, ci sami ludzie wiązali z działaniami Armii Czerwonej, której
      głównodowodzącym był właśnie Stalin. To właśnie jego wojskowe i polityczne
      zarazem decyzje miały zapewnić powodzenie wojskowe i polityczne tym, którzy w
      imię walki o Polskę całą, wolną i niezawisłą przeciwstawiali się zamysłom
      Kremla. Swoista contradictio in adiecto. Kluczowym czynnikiem ostatecznie
      określającym stosunek ZSRR do powstania warszawskiego był wynik moskiewskiej
      wizyty szefa rządu RP, Stanisława Mikołajczyka. Premier nie skapitulował, a
      Stalin mógł już postawić wyłącznie na twór powstały z jego własnej woli –
      Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego – jako trzon przyszłego, zależnego od
      Kremla rządu.

      Po wyjeździe premiera Mikołajczyka z Moskwy, tj. po 10 sierpnia, powstanie było
      nieodwołalnie skazane na klęskę. Po powstaniu PKWN brytyjski premier, Winston
      Churchill, i amerykański prezydent, Franklin Roosevelt, zgodnie poprosili
      Stalina, by przyjął w Moskwie Mikołajczyka i doprowadził do „jakiejś fuzji”
      rządu RP i komitetu. Stalin mógł triumfować. Sojusznicy powierzali mu misję
      rozjemcy, wyrażając nadzieję, iż zdoła on doprowadzić do utworzenia jednego,
      zjednoczonego ośrodka polskiej władzy państwowej. Czy jednak wierzył w
      możliwość ugody z Mikołajczykiem? Godząc się na jego wizytę, chciał najpewniej
      sprawdzić gotowość rozmówcy do ustępstw, które musiałyby się równać kapitulacji
      premiera polskiego, konstytucyjnego, prozachodniego rządu. Mikołajczyk przybył
      do Moskwy 30 lipca. Spotkał się z ambasadorem brytyjskim, Archibaldem Clarkiem-
      Kerrem, wysłuchał jego rad, w szczególności by dążył do zawarcia z PKWN swego
      rodzaju układu roboczego. W tym czasie Armia Czerwona była już na przedpolach
      Warszawy, a dowództwo AK spodziewało się jej rychłego wkroczenia do miasta.

      31 lipca około godz. 18 zapadła decyzja, by nazajutrz, 1 sierpnia, o godz. 17
      oddziały AK rozpoczęły bój o opanowanie stolicy. Co było dalej, wiemy dobrze z
      licznych polskich opracowań historycznych powstałych na emigracji i w kraju.
      Natomiast nasza wiedza o planach i działaniach Armii Czerwonej, a nade wszystko
      o dyrektywach otrzymywanych z Moskwy przez dowódców frontów nadal zawiera wiele
      luk. Wiadomo, że 12 kwietnia 1944 r. radziecka Kwatera Główna (dalej: Stawka)
      zdecydowała, że główną operacją lata będzie rozbicie wojsk niemieckich na
      centralnym, tj. zachodnim, odcinku frontu i wyzwolenie Białorusi. Operacja o
      kryptonimie „Bagration” rozpoczęła się 23 czerwca i rozwijała się w niebywałym
      tempie. W połowie lipca Armia Czerwona wyzwoliła Białoruś i południową część
      Litwy.

      W następstwie rozmaitych przemyśleń w dniach 27-29 lipca na naradzie u Stalina
      po dokonaniu oceny wykonanych zadań ustalono kolejne dyrektywy dla frontów
      operujących na ziemiach polskich. W szczególności 27 lipca wojskom 1. Frontu
      Ukraińskiego marsz. Iwana Koniewa nakazywano wykonanie działań, które
      umożliwiłyby mu natarcie w kierunku Częstochowy i Krakowa. Tego samego dnia
      dowódca 1. Frontu Białoruskiego, marsz. Konstanty Rokossowski, otrzymał
      dyrektywę, by „po opanowaniu rejonu Brześcia i Siedlec prawym skrzydłem frontu
      rozwijać natarcie w ogólnym kierunku na Warszawę i nie później niż 5-8 sierpnia
      opanować Pragę i uchwycić przyczółki na Narwi w rejonie Pułtuska i Serocka.
      Lewym skrzydłem uchwycić przyczółek na Wiśle w rejonie Dęblina, Zwolenia i
      Solca. Zdobyte przyczółki wykorzystać dla uderzenia w kierunku północno-
      zachodnim, aby zwinąć obronę nieprzyjaciela wzdłuż Narwi i Wisły,
      zabezpieczając tym samym forsowanie Narwi przez lewe skrzydło 2. Frontu
      Białoruskiego i Wisły przez centralne armie swego frontu.




      Pozdrawiam i zapraszam na:
      Forum Słowiańskie
      • ignorant11 Re: Przegląd: Stalin a powstanie warszawskie (2) 02.08.04, 04:55
        Następnie mieć na uwadze rozwinięcie natarcia w kierunku zachodnim na Toruń i
        Łódź”. Dla najbliższej przyszłości stolicy losy tych dyrektyw Stalina miały
        bardzo duże znaczenie. W polskiej i rosyjskiej literaturze przedmiotu są one
        różnie interpretowane. W każdym razie dyrektywa nie została wykonana. Spór o
        przyczyny trwa, ale według mnie, odpowiedzi na pytanie o stosunek ZSRR do
        powstania warszawskiego – nie lekceważąc niezwykle istotnych względów natury
        wojskowej – należy szukać w strategii politycznej Stalina. Nie wolno przy tym
        zapominać, że 31 lipca pod Radzyminem siły niemieckie rozbiły nacierającą w
        kierunku Warszawy pancerną czołówkę lewego skrzydła 1. Frontu Białoruskiego
        Rokossowskiego, a 1 sierpnia o godzinie 4.10 czasu moskiewskiego 2. Armia
        Pancerna otrzymała rozkaz przejścia do obrony.

        Na tym odcinku frontu Niemcom udało się odrzucić wojska radzieckie o
        kilkadziesiąt kilometrów. Kilkanaście godzin później w Warszawie rozpoczęło się
        powstanie. 2 sierpnia Londyn informował dowódcę AK, gen. Tadeusza Bora-
        Komorowskiego, że „Anglicy uzależniają poważniejszą pomoc dla Was od wyników
        rozmów moskiewskich”. Od siebie dodajmy, że dotyczyło to nie tylko Anglików,
        lecz także Rosjan, a właściwie ich przede wszystkim. W każdym razie zanim
        jeszcze doszło do pierwszej rozmowy Mikołajczyka ze Stalinem w Londynie (za
        Brytyjczykami wkrótce poszli Amerykanie), sformułowany został ścisły związek
        dwóch spraw – pomocy dla Warszawy i porozumienia polsko-radzieckiego. To, co
        było oczywiste dla Anglosasów, nie mogło być czymś innym dla Kremla.

        Wielka Trójka sprawę polską – łącznie z powstaniem warszawskim – traktowała
        przede wszystkim w kategoriach politycznych. Pierwsza depesza z Warszawy o
        wybuchu walk dotarła do Londynu prawdopodobnie w nocy z 1 na 2 sierpnia. Nie
        wiadomo jednak, kiedy została odczytana. Następną Londyn otrzymał 2 sierpnia o
        godz. 11.50, ale odczytano ją dopiero o 16.30 i zaraz przekazano Anglikom. Ci z
        kolei obie depesze wysłali do swojej misji wojskowej w Moskwie, skąd do Sztabu
        Generalnego Armii Czerwonej trafiły w nocy z 2 na 3 sierpnia, o godzinie 01.10
        czasu moskiewskiego. W godzinach rannych zapoznał się z nimi szef resortu spraw
        zagranicznych, Wiaczesław Mołotow, i zapewne najwcześniej, jak tylko mógł,
        przekazał je Stalinowi. Depesza oznaczona przez misję numerem 2 była krótka,
        ale bardzo treściwa: „Wobec rozpoczęcia walk o opanowanie Warszawy prosimy o
        spowodowanie pomocy sowieckiej przez natychmiastowe uderzenie z zewnątrz”.
        Mikołajczyk o rozpoczęciu walk dowiedział się też od Anglików i prawdopodobnie
        w tym samym czasie co Stalin.

        Nie wiemy jednak, kiedy i jakie informacje otrzymywała Moskwa od zwiadu 1.
        Frontu Białoruskiego, wywiadu z Londynu (pozyskiwała stamtąd niezwykle ważne
        wieści i miała podobno dostęp do korespondencji władz polskich z przywódcami
        państwa podziemnego oraz KG AK) i ewentualnie z samej Warszawy. W świetle
        powyższego dopuszczalne jest chyba domniemanie, że Kreml mógł otrzymać
        informacje o planach powstania powszechnego, niezwykle ważnych meldunkach gen.
        Komorowskiego z 14 i 21 lipca i o innych kluczowych dokumentach wiążących się z
        zamierzoną walką o opanowanie stolicy przed wkroczeniem do niej Armii Czerwonej
        (choć nie o konkretnym terminie wybuchu). Nie mogę też wykluczyć, że wiadomość
        o rozpoczęciu walk w Warszawie przekazana przez brytyjską misję wojskową nie
        była jedyną, która 2 lub 3 sierpnia dotarła na Kreml.

        Gdyby udało się uzyskać dostęp do odpowiednich źródeł, być może łatwiej byłoby
        o odpowiedź na pytania dotyczące operacji Armii Czerwonej na przedpolach
        polskiej stolicy. W każdym razie kiedy 3 sierpnia o godzinie 21.30 czasu
        moskiewskiego Mikołajczyk wraz z przewodniczącym Rady Narodowej RP, Stanisławem
        Grabskim, ministrem spraw zagranicznych, Tadeuszem Romerem, i tłumaczem, radcą
        Aleksandrem Mniszkiem, wkraczali do kremlowskiego gabinetu Stalina, w którym
        oprócz gospodarza znajdowali się Mołotow i tłumacz, obaj rozmówcy wiedzieli
        już, że w Warszawie od 1 sierpnia trwają wszczęte przez Armię Krajową walki.
        Dysponujemy dziś polskimi i rosyjskimi zapisami tych rozmów. Nadal nie znamy
        jednak radzieckich notatek ze spotkań Stalina z przedstawicielami Związku
        Patriotów Polskich i PKWN z Wandą Wasilewską i Bolesławem Bierutem na czele
        (odbyły się 5 i 7 sierpnia).



        Pozdrawiam i zapraszam na:
        Forum Słowiańskie
        • ignorant11 Re: Przegląd: Stalin a powstanie warszawskie (3) 02.08.04, 04:56
          Stalin, powołując się na prośby Churchilla, na pierwszy plan wysunął kwestię
          porozumienia między rządem polskim a komitetem. Nie wchodząc w szczegóły,
          chciałbym jedynie zwrócić uwagę na kluczową, moim zdaniem, deklarację
          Stalina: „Jeśli rząd polski w Londynie ma zamiar i uważa za celowe porozumieć
          się z Polskim Komitetem Wyzwolenia Narodowego i stworzyć jeden rząd polski, to
          rząd radziecki gotów jest w tym pomóc. Jeśli jednak rząd polski nie chciałby
          tego, wówczas rząd radziecki będzie zmuszony współpracować z PKWN. Takie jest
          stanowisko rządu radzieckiego, które on, Stalin, prosi wziąć pod uwagę”. Mogło
          to oznaczać i zapewne oznaczało, że pozytywne ustosunkowanie się Kremla do
          wszystkich innych wysuniętych ewentualnie przez stronę polską postulatów czy
          próśb zależeć będzie od stanowiska Mikołajczyka w tej najważniejszej dla
          Stalina, a także dla jego anglosaskich partnerów sprawie.

          Szef rządu radzieckiego musiał oczywiście zakładać, że polski premier zwróci
          się do niego o pomoc dla walczącej Warszawy, co nastąpiło. Ale podczas
          wszystkich tych spotkań pomoc dla powstania nie stanowiła jakiegoś
          istotniejszego wątku. Rozmawiano przede wszystkim o możliwości i warunkach
          powołania ewentualnego jednego rządu oraz jego składzie, o konstytucji i o
          granicach. Mikołajczyk przedstawił swoją formułę 4+1 (tzn. cztery partie
          wchodzące w skład jego rządu oraz Polska Partia Robotnicza) oraz proporcje
          składu politycznego (6:1) i bronił ich. Bierut oferował mu urząd premiera i
          trzy teki ministerialne, przy 14 dla PKWN. W pierwszym przypadku byłaby
          to „fuzja”, o której myślał i pisał Churchill, w drugim rząd całkowicie
          zdominowany przez komunistów, legitymizowany obecnością Mikołajczyka i zależny
          od Moskwy, tj. taki, jaki chciał mieć Stalin.

          Sądzę, że tylko taka kapitulacja polityczna Polaków, której od Mikołajczyka
          domagali się Stalin z Bierutem i która prawdopodobnie – po jakichś
          modyfikacjach – byłaby do przyjęcia przez Anglosasów, mogłaby zmienić stosunek
          Kremla do powstania warszawskiego. Ale to tylko domysł, spekulacja. Latem 1944
          r. rozstrzygał się ostatecznie dylemat, czy Polska pozostanie częścią
          zdominowanego przez Anglosasów Zachodu, czy też stanie się częścią radzieckiego
          Wschodu. Przegrana Niemiec była już przesądzona i dlatego dla ogromnej
          większości polityków polskich była to wówczas najważniejsza sprawa. Churchill i
          Roosevelt szukali wciąż kompromisu, choć nie mieli już złudzeń, co zaś się
          tyczy Stalina, podzielam pogląd niemieckiego historyka Klausa Zernacka, że
          kwestia polska była „najwyraźniej kluczowym punktem polityki zachodniej”
          Kremla. Chciał ją rozwiązać i rozwiązywał wedle własnego scenariusza.

          Patrząc z tej perspektywy na powstanie warszawskie, uważam, że losy sprawy
          polskiej nie zależały od takiego czy innego finału zrywu zbrojnego warszawian,
          lecz od roli, jaką odegrają w pokonaniu Niemiec siły zbrojne aliantów
          zachodnich i Związku Radzieckiego, oraz od tego, jaki obszar Europy będzie
          przez nie zdobyty czy wyzwolony. Z tego punktu widzenia powstanie warszawskie
          nie mogło odegrać żadnej roli. Pozostawało jedynie dramatyczną, z tragicznym
          finałem, manifestacją woli walki o Polskę całą i niezawisłą, a zarazem obroną
          idei karty atlantyckiej Roosevelta i Churchilla z sierpnia 1941 r., czyli
          wartości przyjętych następnie przez wszystkie Narody Zjednoczone.

          Oba te wymiary czynu i losów polskiej stolicy winny wyznaczać miejsce powstania
          na kartach historii powszechnej okresu II wojny światowej. Powszechnie wiadomo,
          że stosunek Stalina do powstania był politycznie zdecydowanie wrogi. Nie mogę
          jednak w tych rozważaniach nie poruszyć kwestii stale powracającej w
          publikacjach poświęconych powstaniu: czy Armia Czerwona latem 1944 r. mogła i
          chciała dokonać operacji zdobycia Warszawy, czy też nie? W dawniejszej, tj.
          radzieckiej, ale i w najnowszej rosyjskiej literaturze przedmiotu panował i
          nadal panuje pogląd, że chciała i podejmowała w tym kierunku poważne wysiłki,
          jednak nie była w stanie zakończyć ich powodzeniem.



          Pozdrawiam i zapraszam na:
          Forum Słowiańskie
          • ignorant11 Re: Przegląd: Stalin a powstanie warszawskie (4) 02.08.04, 04:59
            choć bliska prawdy może być hipoteza, że Armia Czerwona – biorąc pod uwagę jej
            potencjał – była w stanie pokusić się wówczas o zdobycie polskiej stolicy, ale
            Stalin jej nie pozwolił (niestety, nie wiemy, kiedy dokładnie i w jakiej formie
            zakaz taki został wydany), pozostaje ona jednak hipotezą. Również ja od dawna
            tak uważam. Wróćmy do rozmowy 3 sierpnia. Z ust polskiego premiera padły
            wówczas ważne słowa, że w Warszawie polska podziemna armia rozpoczęła otwartą
            walkę z Niemcami i on, Mikołajczyk, chciałby jak najwcześniej tam się znaleźć i
            stworzyć rząd wedle owej formuły 4+1. Sądzę, że jednego możemy być niemal
            pewni – perspektywa powołania takiego rządu w warunkach politycznych
            stworzonych przez zwycięskie powstanie pozostawała w całkowitej sprzeczności ze
            strategią polityczną Kremla. W związku z tym rodzi się zasadne pytanie: czy,
            jak twierdzi jeden z autorów rosyjskich, cytowane wyżej oświadczenie
            Mikołajczyka „nie przesądziło o losach powstania”?

            Być może, choć pamiętajmy i o tym, że 5 sierpnia Stalin zlecił Gieorgijowi
            Żukowowi i Rokossowskiemu zadanie przedstawienia poglądu na temat możliwości
            zajęcia Warszawy. 8 sierpnia marszałkowie przedłożyli raport, który można
            określić jako szkic do ewentualnej operacji warszawskiej. Był już przedmiotem
            analiz polskich historyków, więc tu tylko przypomnijmy, że chodziło o użycie
            wielkiej liczby wojska i sprzętu, a same działania miałyby się rozpocząć nie
            wcześniej niż 25 sierpnia. Jak wiadomo, do tak szkicowanego natarcia nie
            doszło, o czym oczywiście zdecydował Stalin, choć dotąd nie wiemy, kiedy
            dokładnie i w jakiej formie to nastąpiło. Niewątpliwie jednak nastąpiło, być
            może tuż po pierwszym spotkaniu z Mikołajczykiem lub zaraz po drugim, tj. 9-10,
            ewentualnie na przełomie pierwszej i drugiej dekady sierpnia.

            Powzięta decyzja – poza omówionymi już przyczynami natury politycznej – mogła
            też mieć związek z walkami Armii Czerwonej na terytorium Rumunii. Jeszcze 27
            marca Armia Czerwona przekroczyła Prut, ale po kilku tygodniach natarcie
            utknęło i Stawka wydała na początku maja rozkaz przejścia do obrony, co wiązało
            się w oczywisty sposób z rozpoczęciem przygotowań do operacji „Bagration”. Nowe
            dyrektywy dowodzący wojskami 2. i 3. Frontu Ukraińskiego otrzymali dopiero 2
            sierpnia. Nakazywały przeprowadzenie operacji jasso-kiszyniowskiej. Użyto w
            niej 1,25 mln żołnierzy i trwała od 20 do 29 sierpnia. W połączeniu z
            przewrotem (zwanym puczem) pałacowym w Bukareszcie przyniosła błyskotliwy
            sukces Armii Czerwonej, zerwanie sojuszu Rumunii z Trzecią Rzeszą i skierowanie
            przeciwko niej 400-tysięcznej armii rumuńskiej. Sukces wojskowy i polityczny
            operacji otwierał też drogę do opanowania Bałkanów. Niczego takiego nie
            obiecywała ewentualna operacja warszawska. Przeciwnie, zapowiadała wielkie
            kłopoty polityczne.

            Z punktu widzenia strategii Stalina priorytet kierunku rumuńskiego, przy
            prawdopodobnym fiasku rozmów z Mikołajczykiem, stawał się oczywisty. Jeśli
            rzeczywiście Stalin już 3 lub 4 sierpnia powziął zamiar „odgrodzenia się od
            warszawskiej awantury”, jak to ujął 16 sierpnia w depeszy do Churchilla, to w
            jakim celu zażądał od obu marszałków opinii czy wręcz szkicu planu operacji
            warszawskiej? Czy tylko po to, żeby wyrobić sobie własny pogląd na temat jej
            kosztów ludzkich i materiałowych i zestawić je z hipotetycznymi zyskami
            politycznymi całego przedsięwzięcia? Nie mam na to źródłowych odpowiedzi, ale
            nie mogę też całkowicie wykluczyć prawdopodobieństwa innego domniemania. Skoro
            Stalin wszystko uzależniał od zgody Mikołajczyka na kremlowski wariant „fuzji”
            rządu i PKWN, musiał zdawać sobie doskonale sprawę, że z chwilą uzgodnienia
            takiego porozumienia natychmiast pojawiłby się problem podjęcia przez Armię
            Czerwoną zdecydowanych działań ofensywnych, które doprowadziłyby do wyzwolenia
            Warszawy. Z drugiej jednakże strony sądzę, że nie wierzył w możliwość zawarcia
            porozumienia z Mikołajczykiem na zasadach wyłożonych przez Bieruta. Wszystko to
            otwiera pole dla rozmaitych interpretacji, ale żadnej nie da się wyprowadzić z
            wiarygodnych źródeł, bo tych na razie brak.

            Eugeniusz Duraczyński



            Pozdrawiam i zapraszam na:
            Forum Słowiańskie
    • ignorant11 Powstanie '44 02.08.04, 05:05

      Powstanie '44

      kiosk.onet.pl/art.html?DB=162&ITEM=1177343

      Rozmowa z prof. Normanem Daviesem

      ... Nie rozważałbym kwestii, czy Powstanie ma sens, i czy mądrze jest stanąć
      do walki z karabinem przeciw niemieckim czołgom i samolotom. Podobnie jak nie
      zastanawiali się nad tym ówcześni harcerze i harcerki. Wziąłbym udział w
      Powstaniu jeszcze z innego powodu: żeby sprzeciwić się Niemcom, którzy
      wypaczali wszystkie wyznawane wartości. Pochodzę z domu religijnego,
      patriotycznego, i na pewno walczyłbym z tymi łotrami...


      MARZANNA STYCHLERZ-KŁUCIŃSKA 2004-07-26




      28 lipca w warszawskiej Paście odbędzie się premiera prasowa Pana najnowszej
      książki "Powstanie '44", a 1 sierpnia o godz. 13 w ogrodach Muzeum Powstania
      Warszawskiego spotka się Pan z czytelnikami. Jak donosiła prasa, dzieło to już
      wywołało spore kontrowersje w Wielkiej Brytanii, jako że jego wersja angielska
      ukazała się na jesieni ubiegłego roku. Dlaczego?

      - Nie tyle kontrowersje, ile - co mniej ciekawe dla autora - brak głębokiej
      refleksji, emocjonalnej reakcji, wnikliwej dyskusji, której, nie ukrywam,
      spodziewałem się. Często bywam w Polsce, mam żonę Polkę i wiem, że takie
      doniesienia o "Powstaniu '44", jak pani je określiła - kontrowersyjne,
      ukazywały się w polskiej prasie. Nie bardzo wiem dlaczego. W Wielkiej Brytanii
      ukazało się ok. 30 recenzji tej książki i w żadnej z nich nie byłem ostro
      atakowany.

      Długo już żyję i wiem, że każdy recenzent musi znaleźć coś, do czego może się
      przyczepić. Tylko jeden polonus z Kanady próbował przedstawić sprzeczną wizję,
      argumentując, że Stalin nigdy nie zmieniłby zdania i że powstanie było z góry
      skazane na klęskę. Inni, i to głównie Polacy w Wielkiej Brytanii, krytykowali
      system nazewnictwa. W wersji angielskiej zastosowałem taki oto eksperyment: nie
      używałem prawdziwych polskich nazwisk bohaterów Powstania. Był to zabieg mocno
      przemyślany. Obywatele krajów anglojęzycznych nigdy nie nauczyli się wymawiać
      polskich nazwisk, stanowią one dla nich poważną barierę. To jest podstawowy
      problem dla całej kultury polskiej, tak pięknej i bogatej. Z powodu
      wspomnianych trudności językowych jest ona mało znana na świecie. Jeśli
      obcokrajowiec ma wypowiedzieć nazwisko Krzyżanowski, to najczęściej mówi pan K.
      To powoduje, że nie może on śledzić historii, losów bohaterów. Polacy tego nie
      rozumieją. Powiem więcej, Anglosasi często nie są w stanie wypowiedzieć, a więc
      i pamiętać, nawet nazwisk najsławniejszych polskich obywateli, jak Tadeusz
      Kościuszko czy Bolesław Chrobry.

      - Ale Pan się nauczył?

      - Ja należę do tych wariatów, którzy to potrafią, ale 99,9 proc. czytelników
      angielskich nie. Dlatego w wersji angielskiej "Powstania '44" używałem
      pseudonimów. Pseudonim generała Okulickiego - "Niedźwiadek" w tłumaczeniu
      wypada najszczęśliwiej, bo "Bear Cub" oznacza mały niedźwiedź. Gorzej jest ze
      słowem bór (Boor), które może oznaczać rolnika, ale też prymitywnego chłopa.
      Churchill do Mikołajczyka zwracał się "premierze Mick". W każdym razie Polakom
      w Wielkiej Brytanii mój pseudonimowy zabieg bardzo się nie podobał.

      - Wróćmy do Pańskich oczekiwań. Spodziewał się Pan dyskusji i reakcji ze strony
      środowisk żydowskich, które przez lata rozpowszechniały swoją wersję historii
      Powstania Warszawskiego?

      - Przyznam bez wielkiej satysfakcji, że chyba najboleśniej dotknęło mnie, po
      ukazaniu się angielskiej wersji "Powstania '44", milczenie środowisk
      żydowskich. Z ich strony oczekiwałem żywej dyskusji. Ale nie tylko z ich
      strony. Także większość historyków europejskich i większość amerykańskich jest
      przekonana, że Powstanie Warszawskie odbyło się w getcie. Nie wiedzą, że były
      dwa powstania i że to drugie było znacznie większe. Taka jest siła wiedzy o
      holokauście, na którego temat ukazało się na Zachodzie wiele publikacji.
      Myślałem więc, że choćby na tym punkcie rozgorzeje dyskusja. A tej prawie w
      ogóle nie ma.

      - Istnieje pewna prawidłowość: kiedy nie chce się przyjąć do wiadomości
      prawdziwych faktów, to się ich po prostu nie zauważa, zbywa milczeniem, nie
      podejmuje dyskusji.

      - Niewykluczone, że taka prawidłowość ma miejsce w przypadku mojej książki. Pod
      koniec ubiegłego roku napisałem duży artykuł o rocznicy święta niepodległości,
      obchodzonego w Polsce 11 listopada. Do redakcji The Guardian przyszło sporo
      listów, ale nie opublikowano ich na łamach gazety, tylko przysłano mi do domu.
      Tylko dlatego wiem, że artykuł wywołał odzew, pojawiły się też głosy krytyczne.




      Pozdrawiam i zapraszam na:
      Forum Słowiańskie
      • ignorant11 Re: Powstanie '44 (2) 02.08.04, 05:06
        - W sierpniu '44 r. miał Pan raptem 5 lat. Ale gdyby był Pan starszy i mieszkał
        w Warszawie, czy wziąłby Pan udział w Powstaniu?

        - Bez zastanowienia, i znalazłbym się pewnie w drużynie "Parasola"
        albo "Zośki". Nie rozważałbym kwestii, czy Powstanie ma sens, i czy mądrze jest
        stanąć do walki z karabinem przeciw niemieckim czołgom i samolotom. Podobnie
        jak nie zastanawiali się nad tym ówcześni harcerze i harcerki. Oni też byli
        niepewni swojej przyszłości, ale wiedzieli, że muszą iść walczyć, bo Sprawa
        jest tego warta, bo chodzi o niepodległość ukochanej Ojczyzny. Wziąłbym udział
        w Powstaniu jeszcze z innego powodu: żeby sprzeciwić się Niemcom, którzy
        wypaczali wszystkie wyznawane wartości. Pochodzę z domu religijnego,
        patriotycznego, i na pewno walczyłbym z tymi łotrami.

        - Powstanie skończyło się totalną klęską militarną, śmiercią ok. 200 tys.
        Polaków i całkowitym zniszczeniem stolicy. Czy nie przyczynili się do tego
        pośrednio nasi zachodni alianci, którzy obiecali pomoc, zwłaszcza Wielka
        Brytania, z którą łączył nas sojusz?

        - Ostatnie miesiące pokoju wypełniało mnóstwo dyplomatycznych manewrów i
        blefów. Proszę nie zapominać, że gwarancji rękojmi Wielkiej Brytanii danej
        Polsce 31 marca 1939 r. nie wspierała żadna wiarygodna groźba wprowadzenia jej
        w życie. Zobowiązywała Wielką Brytanię do ochrony "niepodległości Polski" i
        zawierała ofertę "poparcia całą swoją siłą". Doprowadziła do kilku rozmów
        między oficerami sztabowymi brytyjskimi, francuskimi i polskimi; ustalono -
        nieco obłudnie - że reakcją na niemiecki atak na Polskę powinien być francuski
        atak na Niemcy. Generał Gamelin obiecał Polakom "le gros de nos forces". Nie
        poczyniono jednak żadnych szczegółowych planów. 6 kwietnia 1939 r. gwarancja
        otrzymała status wzajemności. Podczas wizyty polskiego ministra spraw
        zagranicznych Józefa Becka w Londynie Polska zobowiązała się bronić
        niepodległości Wielkiej Brytanii w wypadku zagrożenia - tak jak Wielka Brytania
        zobowiązała się bronić niepodległości Polski.

        - Chce Pan powiedzieć, że Polacy wykazali się skrajną naiwnością, wierząc w
        dobre intencje Brytyjczyków, że kierowała nami bardziej postawa życzeniowa niż
        realna?

        - Powiem inaczej. Brytyjsko-polski układ o wzajemnej pomocy z 25 sierpnia był
        rozwiązaniem doraźnym. Zaistniał, ponieważ Wielkiej Brytanii i Francji nie
        udało się powstrzymać Stalina przed zawarciem paktu z Hitlerem. Układ podpisano
        w wielkim pośpiechu, w odpowiedzi na pakt hitlerowsko-sowiecki sprzed zaledwie
        dwóch dni. Wszyscy w Wielkiej Brytanii zdawali sobie sprawę, że nie był to
        układ idealny. Wielu nie zawahałoby się zaakceptować Związku Sowieckiego w roli
        wschodniego sojusznika lub może Związku Sowieckiego wraz z Polską, po to, aby
        zrównoważyć ścisły związek Francji i Belgii na Zachodzie. Ale takie pomysły
        zwyczajnie nie miały szans.

        Skoro Ribbentrop i Mołotow już podpisali pakt, rząd brytyjski stanął przed
        alternatywą: albo mógł mieć Polskę jako wschodniego sojusznika, albo mógł nie
        mieć takiego sojusznika wcale. Czyli, mówiąc wprost, Polska była lepsza niż
        nic. Poza tym liczył się czas. Uderzenia Wehrmachtu oczekiwano w każdej chwili.
        I rzeczywiście: historycy dowiedzieli się później, że Hitler wydał wojskom
        rozkaz wymarszu 26 sierpnia, a potem go odwołał i odłożył o tydzień. Stosunki
        Wielkiej Brytanii z Polską miały swoje wzloty i upadki. Był też moment
        prawdziwego braterstwa broni, zwłaszcza w latach 1940-41, kiedy Wielka Brytania
        stanęła w obliczu takiej samej katastrofy narodowej, jaka wcześniej dotknęła
        Polskę. Te lata przyniosły też atmosferę dużej sympatii, zwłaszcza wśród
        dyplomatów, administracji i personelu wojskowego po obu stronach - ludzi,
        którym przyszło pracować i walczyć pod ciężarem jarzma. Jednakże - jak w
        przypadku romansu, nie mogło to trwać wiecznie - narastały problemy.

        Wielka Brytania znajdowała coraz więcej atrakcyjnych partnerów. A Polska stała
        się już tylko wciąż rosnącą grupą klientów i pełnych nadziei partnerów. Nie
        została porzucona, ale miała wszelkie prawo, aby się czuć coraz bardziej
        zaniedbywana. Pod koniec 1944 r. można już było mówić o nieoficjalnej
        separacji. Formalny rozwód nastąpił dopiero w lipcu 1945 r.

        Pozdrawiam i zapraszam na:
        Forum Słowiańskie
        • ignorant11 Re: Powstanie '44 (3) 02.08.04, 05:08
          Twierdzi Pan, że na Zachodzie ukazało się bardzo niewiele wiarygodnych
          publikacji o Powstaniu. To skąd, gdzie i od kogo zbierał Pan materiał do
          książki?

          - To nie do końca tak. To i owo się ukazało. Już w 1962 r., po powrocie z
          pierwszego mojego wyjazdu do Polski, czytałem wspomnienia Churchilla z czasów
          wojny. Zawierają one spory rozdział poświęcony wydarzeniom z 1944 r. Jak można
          się było spodziewać, Churchill bezgranicznie wychwalał męstwo powstańców, a
          mówiąc o postępowaniu Sowietów, powtórzył przymiotnik "złowrogie", którego już
          raz wcześniej użył. Podał do wiadomości publicznej nawet gorzkie w tonie
          przesłanie do kobiet Warszawy, które mówiły światu, że Polskę potraktowano
          gorzej niż sojuszników Hitlera. Natomiast nie przedstawił niestety żadnej
          krytycznej analizy polityki aliantów. Potem, kiedy lepiej poznałem Polaków w
          Londynie, uświadomiłem sobie, że spora ich grupa winą za upadek Powstania
          obarczyła swoich własnych przywódców.

          Ten punkt widzenia stanowił dla mnie niespodziankę, ponieważ był w znacznym
          stopniu zbieżny z linią polityczną propagowaną przez reżim komunistyczny w
          Warszawie. We wstępie do książki napisałem: "W pewnym okresie pracowałem nad
          kilkoma tematami - chociaż nie nad Powstaniem - z dr. Janem Ciechanowskim,
          wykształconym w Wielkiej Brytanii historykiem i autorem jednego z niewielu
          napisanych po angielsku opracowań Powstania. Dr Ciechanowski, który sam brał
          udział w Powstaniu i który przeszedł twardą szkołę wojny i wygnania, wykonał
          ogrom niezwykle ważnej pracy, badając w zbiorach archiwalnych w Londynie
          dokumenty dotyczące polityki i wewnętrznych podziałów w łonie polskiego rządu w
          czasie wojny oraz formułując całościową interpretację kwestii jego
          odpowiedzialności za tragedię Warszawy. Według tego scenariusza zarówno gabinet
          premiera Mikołajczyka, jak i przywódców wojskowego podziemia obwinia się o
          nierealistyczne postawy, które pociągnęły za sobą mylny osąd zarówno możliwości
          zachodnich aliantów, jak i potrzeby z Sowietami. Sam byłem świadkiem kilku
          gniewnych ataków, do których zostali sprowokowani rodacy doktora Ciechowskiego,
          choć nie zawsze potrafiłem zrozumieć źródło ich gniewu czy zorientować się w
          alternatywach".

          - Co ostatecznie przyczyniło się czy zaważyło na tym, że przedstawia Pan nową
          wizję Powstania w szerszym kontekście? I kiedy to nastąpiło?

          - Dopiero pod koniec lat 90, kiedy stało się dla mnie jasne, że mimo upływu 10
          lat od upadku komunizmu, nikt nie kwapi się do napisania nowej wersji
          Powstania, uporania się z narosłymi legendami i mitami mówiącymi tylko o
          desperackiej, ale z góry skazanej na klęskę walce powstańców z uzbrojonym po
          zęby niemieckim najeźdźcą. W 1994 r. minęła 50. rocznica Powstania i wciąż nie
          ukazała się obszerniejsza rewizja. Istniało niebezpieczeństwo, że rocznica 60. -
          praktycznie ostatnia większa okazja do uroczystości, w której mogłaby jeszcze
          wziąć udział znacząca grupa tych, którzy przeżyli - również minie, nie stając
          się okazją do złożenia Powstaniu należnego hołdu.Rozpocząłem więc szerokie
          badania, coraz więcej czytałem i moja ocena zmieniała się w miarę lektury.

          Muszę przyznać, że na początku byłem skłonny przyjąć wiele z konwencjonalnego
          obrazu, w którym heroiczna wręcz odwaga polskiego podziemia pozostaje w ostrym
          kontraście z krótkowzrocznością jego przywódców. Im więcej się dowiadywałem,
          tym wyraźniej dostrzegałem, że ten konwencjonalny obraz jest fałszywy, że
          zrodził się z bolesnego doświadczenia klęski, z diabolicznej propagandy
          komunistów, z niezdolności historyków do przeprowadzenia krytycznej analizy
          sojuszu aliantów. Dzisiaj myślę, że Powstanie Warszawskie było wspaniałym
          zbrojnym zrywem, który przeszedł wszelkie oczekiwania, i że decyzja o jego
          rozpoczęciu - choć ryzykowna - nie była lekkomyślna ani tym
          bardziej "zbrodnicza".

          I chociaż Powstanie upadło, to jednak szczególnych przyczyn i konsekwencji jego
          upadku nie można było przewidzieć, a niewątpliwych pomyłek i błędnych ocen ze
          strony przywódców Powstania nie powinno się uważać za czynnik o decydującym
          znaczeniu. Siły zbrojne Polski z czasu wojny nie walczyły, jak też Pani
          wspomniała, w pełnej izolacji. Tworzyły część potężnej koalicji aliantów, która
          w 1944 r. stała u progu zwycięstwa. Wszyscy członkowie sojuszu mieli prawa i
          zobowiązania. Ale główną odpowiedzialność za funkcjonowanie koalicji ponosiła
          Wielka Trójka, która uporczywie starała się zatrzymać dla siebie wszystkie
          strategiczne plany i wszystkie poważniejsze debaty wojskowe i polityczne.



          Pozdrawiam i zapraszam na:
          Forum Słowiańskie
          • ignorant11 Re: Powstanie '44 (4) 02.08.04, 05:09
            Czyli postawmy kropkę nad "i": przywódcy Powstania nie wykazali się naiwnością,
            podejmując decyzję o jego rozpoczęciu, a ono samo spełniło swoją rolę. W ten
            sposób Polska zamanifestowała światu, że nie godzi się na to, by po raz kolejny
            nasz kraj zniknął z mapy świata.

            - Bez dyskusji. Powstańcy zdali egzamin na szóstkę. Celem politycznym Powstania
            było samodzielne wyzwolenie stolicy, by ujawnić się mogły działające w
            konspiracji legalne władze państwa polskiego, zanim ZSRR zdoła narzucić Polsce
            rząd uległych sobie komunistów. Przez 2 miesiące kilkadziesiąt tysięcy
            powstańców, wspieranych przez ludność cywilną, dla której zabrakło broni,
            walczyło z doskonale wyposażonymi i liczniejszymi wojskami niemieckimi. Armia
            Czerwona wstrzymała w tym czasie ofensywę i stała po wschodniej stronie Wisły,
            oczekując na zwycięstwo niemieckie. Chcę uświadomić, że Powstanie Warszawskie
            trwało dziesięć razy dłużej niż oczekiwano.

            Celem powstańców było utrzymanie stolicy przez tydzień, i w tym czasie miała
            przyjść pomoc. Poza tym debaty dotyczące możliwości wybuchu powstania przeciw
            Niemcom w Polsce toczyły się w kręgach alianckich już od miesięcy lub nawet od
            lat. I znów odwołam się do mojej książki: "Zarówno Londyn, jak i Waszyngton
            doskonale zdawały sobie sprawę z istnienia tego, co nazywano Tajną Armią, i z
            potencjalnych możliwości owej armii. Nikt jednak nie doprowadził tych debat do
            żadnej ostatecznej konkluzji. W kwietniu 1944 r. generał Tatar przyleciał do
            Wielkiej Brytanii, gdzie spotkał się z Churchillem w towarzystwie innego
            działacza podziemia, Zygmunta Berezowskiego, domagając się ostatecznego
            poparcia Brytyjczyków dla Powstania.

            Ale spotkanie przyjęło nieprzewidziany obrót, ponieważ nastąpiła ożywiona
            wymiana zdań w kwestii granic. Kiedy generał Tatar oświadczył, że Polacy będą
            walczyć o swoje prawowite granice, Churchill odpowiedział ponuro: . Ale było
            też inne zdarzenie, z udziałem generała Tatara. Z sobie tylko znanych powodów,
            zapytany przez prezydenta Roosevelta o stosunki z Sowietami, odpowiedział, że
            są one poprawne. Tak że Zachód przed wybuchem Powstania nie miał prawdziwego
            obrazu położenia Polaków. Warszawa była też jedyną stolicą sojuszniczą, w
            której zarówno Brytyjczycy, jak i Amerykanie nie mieli swoich oficerów wywiadu.
            Podczas gdy w Jugosławii były ich setki".

            - W imieniu redakcji Tygodnika Solidarność, i myślę wszystkich Polaków, chcę
            Panu złożyć serdeczne podziękowania za napisanie "Powstania '44" i
            przedstawienie w nim prawdziwej wersji całego przedsięwzięcia.

            Marzanna Stychlerz-Kłucińska


            Pozdrawiam i zapraszam na:
            Forum Słowiańskie

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka