bolko_turan
20.08.04, 15:58
Król Artur
serwisy.gazeta.pl/film/1,22535,2189411.html
serwisy.gazeta.pl/film/2,23804,,,,23252327,P_FILMY2.html
Film zaleca się swoim historycznym rewizjonizmem i demitologizującą postawą
wobec jednej z najbardziej znanych europejskich legend (ma rzekomo trzymać
się ściśle faktów, choćby nawet były mało efektowne), ale w rzeczywistości
jest tylko kolejną wersją opowieści o królu Arturze i jego dzielnej drużynie -
tyle że znacznie mniej interesującą od swoich ekranowych czy literackich
poprzedników. I choć "Król Artur" rzeczywiście jest od nich surowszy i
posępniejszy (w domyśle: rzetelniejszy i bliższy prawdy), to tak naprawdę
więcej ma wspólnego z komiksowym kinem akcji (które jest specjalnością
producenta Jerry'ego Bruckheimera) niż solidnym obrazem historycznym; jeżeli
tak ma wyglądać demitologizacja, to ja poproszę o mit.
Rycerze króla Artura mieliby być potomkami Sarmatów (podbitych przed wiekami
przez Rzymian), pełniącymi teraz na rzecz Imperium przymusową, żołnierską
służbę na terytorium obecnej Wielkiej Brytanii. Wobec inwazji potężnej armii
Sasów (wyglądających tu jak Orkowie z "Władcy Pierścieni") Rzym postanawia
wycofać się z tej peryferyjnej posiadłości. Akurat w tym samym czasie kończy
się 15-letni okres służby naszych dzielnych bohaterów, zbierają się więc
ochoczo do powrotu do domu, lecz niestety, czeka ich jeszcze ostatnia,
skrajnie ryzykowna misja: na rozkaz rzymskich zwierzchników mają bezpiecznie
wyprowadzić z saskiego okrążenia małoletniego pupila Papieża. Owa "mission
impossible" kończy się zaskakująco łatwym sukcesem, ale to jeszcze nie koniec
historii. Sprzymierzywszy się z plemieniem Piktów, naszych "siedmiu
wspaniałych" (aluzja to tytułu znanego westernu nieprzypadkowa) podejmuje
walkę z okrutnym najeźdźcą.
Może i tak było, może nie. Istotne jest jednak, czy taka wersja zdarzeń
dorównuje - pod jakimkolwiek względem - mocno zakodowanej w europejskiej
kulturze legendzie. Otóż nie. Tym, co najbardziej uderza w filmie, jest to,
czego w nim nie ma, a lista nieobecności jest niepokojąco długa: nie ma magii
(czarodziej Merlin jest po prostu leciwym, brodatym przywódcą Piktów), nie ma
świętego Graala, nie ma Camelotu, nie ma tragicznego, romantycznego trójkąta
Artur - Ginewra - Lancelot (jedynym śladem są tęskne spojrzenia, jakie
Lancelot rzuca odzianej w skórzane bikini Ginewrze), Okrągły Stół jest tylko
dużym meblem, przy którym rycerze nigdy nie mają czasu zasiąść, Ekskalibur -
zwykłym mieczem tkwiącym w grobie ojca Artura itd. Słowem, nie ma niemal
niczego, co sprawiało, że legenda o królu Arturze stanowiła wielowiekowy
obiekt fascynacji. Ja osobiście mogę np. brak magii jakoś przeboleć, jednak
zredukowanie wątku miłosnego do aktu zawarcia małżeństwa między Arturem a
Ginewrą (czyli - literalnie - chrześcijaństwa z pogaństwem) wydaje mi się
przesadą.
Ale OK - zawsze to trochę nieuczciwe atakować film za to, czego w nim nie ma
zamiast skupić się na tym, co w nim jest i jak się to przedstawia. Niestety,
alternatywna wizja jest zawstydzająco uboga i mało przekonująca. Film trwa
ponad dwie godziny, ale gdyby go ścieśnić do niezbędnych wydarzeń, spokojnie
zmieściłby się w jednej. Mamy tu więc dwie bitwy, nieźle zainscenizowane i -
co trzeba zapisać na korzyść reżysera - operujące żywymi ludźmi, obywające
się bez komputerowych "rozmnożeń". Zwłaszcza pierwsza z nich - rozgrywająca
się na pokrytej lodem rzece - może robić wrażenie, ale tak bardzo zachwycać
się nie ma powodu. Po pierwsze, Sasi w swojej militarnej nieudolności
przypominają Niemców z polskich filmów wojennych z lat 60., gdzie czterech
bohaterskich żołnierzy Armii Ludowej powstrzymywało całe hitlerowskie armie.
Po drugie, uderzająca "bezkrwawość" starć robi wrażenie wykalkulowanego
zabiegu producenta starającego się obniżyć próg wiekowej dopuszczalności
filmu. To, co dzieje się (a właściwie nie dzieje) między scenami
batalistycznymi, budzi jeszcze większe i bardziej zasadnicze wątpliwości.
Film ma ukazać ewolucję tytułowego bohatera od posłusznego, zdyscyplinowanego
żołnierza do zbuntowanego przywódcy narodowego powstania, w związku z czym
nieustannie wkłada mu się w usta szlachetne tyrady o tym, że człowiek rodzi
się wolnym. Słusznie, też tak uważam. Ale są to sformułowania wyprzedzające
swoją epokę o dobre tysiąc lat (a "Król Artur" pretenduje wszak do
historycznej prawdy), nie mówiąc o tym, że ich głosiciel jakby nie zauważa,
że sam wypełniał swoją misję absolutnie niedobrowolnie. W ogóle najgorsze są
tu dialogi: nie mówi się, lecz przemawia (nawet w intymnych sytuacjach), nie
rozmawia, lecz recytuje podniosłe kwestie. Przyznam, że zawarta w nich dawka
operowej pompatyczności przekraczała moją wytrzymałość.