Prawdziwa historia Auschwitz

28.01.05, 01:05
Sława!
Prawdziwa historia
www.naszdziennik.pl/index.php?typ=po&dat=20050127&id=po02.txt


27 stycznia mija 60. rocznica wyzwolenia przez Armię Czerwoną niemieckiego
obozu zagłady Konzentrationslager Auschwitz w Oświęcimiu (27 stycznia 1945
r.).
Koncepcja założenia w tym miejscu obozu koncentracyjnego powstała kilka lat
przed wojną w biurze wyższego dowódcy SS i policji - Ericha von dem Bach-
Zelewskiego we Wrocławiu. Planując agresję na Polskę, Niemcy przewidywali
konieczność przeprowadzenia masowych aresztowań wśród polskiej ludności
Śląska i Generalnej Guberni.

W kwietniu 1940 r. Rudolf Hess mianowany został komendantem obozu, a już 14
czerwca 1940 r. Niemcy przywieźli z Tarnowa pierwszy transport Polaków, w
którym było 728 więźniów.
W pierwszym okresie swego istnienia (do wiosny 1942 r.) lager Auschwitz -
obóz w Oświęcimiu - przeznaczony był głównie dla Polaków, a jego celem była
zagłada polskiej inteligencji, polskich elit politycznych, gospodarczych i
naukowych.
Wraz ze wzrostem ilości więźniów zwiększyło się terytorium obozu, który
przekształcił się w olbrzymi kombinat zagłady.
Auschwitz I - obóz w Oświęcimiu - stał się obozem macierzystym dla
rozrastającej się szybko sieci obozów.
W 1941 r. Niemcy przystąpili do budowy na polach wsi Brzezinka drugiego
obozu, nazwanego później Auschwitz II - Birkenau, który wraz z 39 filiami
obozu Auschwitz stał się największym niemieckim obozem śmierci III Rzeszy.
27 stycznia 1945 r. wojska frontu białoruskiego Armii Czerwonej wyzwoliły
obóz w Oświęcimiu. Natychmiast po wyzwoleniu specjalne komisje ekspertów
rozpoczęły oględziny obiektów zagłady i przesłuchiwanie ocalałych świadków, a
wśród nich członków zespołów Sonderkommand - spalających zwłoki ludzkie w
czterech przemysłowych krematoriach oraz na stosach spaleniskowych.
Śledztwo prowadziła radziecka komisja specjalna i polska komisja pod
kierownictwem prof. Jana Sehna. Zbadano ocalałe i zburzone urządzenia
zagłady, przesłuchano ponad 200 świadków.
Dokładnie obliczono moc urządzeń zagłady i faktyczny czas ich pracy,
uwzględniono fakt masowego spalania więźniów na stosach spaleniskowych.
Ogromna śmiertelność więźniów w lagrze zagłady wynikała również z innych form
eksterminacji, jakimi były: straszliwy głód, znęcanie się nad więźniami,
choroby, mordercza praca, wyczerpująca wszystkie siły, i rozstrzeliwania.
Charakterystyczne, że większość przesłuchiwanych świadków wskazała na liczbę
4 mln jako na najbliższą prawdzie ilość zamordowanych męczenników Auschwitz.
Esesmani z oddziału politycznego obozu na podstawie znajomości dokumentów
obozowych podawali, że w Oświęcimiu zginęło 4-5 mln ludzi.
Sprawa ilości ofiar KL Auschwitz budziła od lat liczne kontrowersje.
Od 1990 r. widać stałą tendencję do zmniejszenia liczby ofiar, obecnie podaje
się liczbę 1,1-1,5 mln.
Do dziś nie zwołano zapowiadanej od wielu lat międzynarodowej konferencji,
która miałaby ponownie podjąć problem liczby ofiar KL Auschwitz.
Przyjęta dziś oficjalna liczba 1,1-1,5 mln stoi w wyraźnej sprzeczności z
zeznaniami świadków i zachowanymi dokumentami.
Spór o liczbę męczenników w dużej mierze zasłonił najważniejszy problem,
jakim jest potworność systemu hitlerowskiej zagłady, który wyrządził
niewinnym i bezbronnym ludziom niezmierzoną ilość straszliwych krzywd i
przerażających cierpień.
Znane są przypadki, gdy w Birkenau esesmani żywcem palili grupy dzieci (i nie
tylko dzieci), ponieważ nie opłacało się im uruchamiać komory gazowej dla
niewielkiej grupy osób; zeznanie takie złożył świadek Eugeniusz Motz.
Oświęcim - to największe pole bitwy narodów o godność i wolność rodziny
ludzkiej.
Ta niezmierzona ofiara naszych sióstr i braci jest wołaniem o braterstwo i
sprawiedliwy pokój między wszystkimi narodami.
Współczesna rodzina ludzka powinna zapamiętać testament męczenników
Oświęcimia:
Nie budźcie bestii w człowieku - raz obudzona nie cofnie się przed niczym!
Władysław A. Terlecki
Jerzy Sawicki
Członkowie Towarzystwa Opieki
nad Oświęcimiem
Warszawa, 26 stycznia 2005 r.





Pozdrawiam i zapraszam na:
Forum Słowiańskie
    • ignorant11 Wierzyłem, że przeżyję 28.01.05, 01:28
      Sława!
      Rozmowa z Jerzym Junoszą-Kowalewskim, więźniem niemieckich obozów
      koncentracyjnych Auschwitz, Gross-Rosen i Dachau
      Wierzyłem, że przeżyję





      Są świadkowie cenniejsi niż złoto. Niosą bowiem swoim życiem prawdę, którą inni
      chcieliby ukryć. Do tych osób należy pan Jerzy Junosza-Kowalewski, były więzień
      niemieckich obozów koncentracyjnych Auschwitz (nr 31119), Gross-Rosen (2751),
      Dachau (63123), ofiara pseudomedycznych eksperymentów. Urodził się
      9 czerwca 1923 r. w Warszawie, w rodzinie od pokoleń patriotycznej. W 1939 r.
      zdał maturę w Szwajcarii i przyjechał na wakacje do Polski. Nie wrócił już
      jednak za granicę, wybuchła wojna. Jerzy wstąpił jako ochotnik do wojska, wziął
      udział w obronie Warszawy, potem walczył w grupie generała Kleeberga na
      Wschodzie. Aresztowany przez Sowietów, uciekł 11 listopada 1939 r. z transportu
      i przez zieloną granicę powrócił do Warszawy...

      Przybywa Pan do okupowanej przez Niemców stolicy. Polacy jednak nie kapitulują,
      działają organizacje konspiracyjne. Młodzież garnie się do pracy w podziemiu...
      - 3 grudnia 1939 r. złożyłem przysięgę w Służbie Zwycięstwu Polski na ręce
      Karola Wachnowskiego. Zostałem skierowany do akcji o kryptonimie ZOM -
      oczyszczania miasta z osób, które pomagają Niemcom i współpracują z nimi.
      Naszym zadaniem było ich wykrycie. W nocy z 21 na 22 kwietnia 1941 r. zostałem
      aresztowany przez gestapo w domu moich rodziców przy ul. Rozbrat. Gdy Niemcy
      wtargnęli do mieszkania, mama dopiero wtedy przyznała się, że jest w
      organizacji, bo myślała, że przyszli po nią. Po rewizji gestapo zabrało mnie do
      samochodu. Jadąc ulicą Książęcą do placu Trzech Krzyży, zastanawiałem się,
      dokąd mnie wiozą. Wiedziałem, że gdy auto skręci w lewo, w aleję Szucha - do
      siedziby gestapo, w prawo - do więzienia na Pawiaku. Samochód skręcił w
      prawo...

      Domyślał się Pan przyczyny aresztowania?
      - Nie wiedziałem, ale gdy po przyjeździe na Pawiak zobaczyłem twarze znajomych
      oficerów, wszystko stało się jasne. Ktoś nas wsypał. Razem ze mną aresztowani
      zostali: Zofia Dobrzańska, Ksawery Lisowski, kpt. Kowalewicz-Kowalewski, Jan
      Piniński, Piątkowski i Tadeusz Piórczyński.
      Razem z aresztowanymi zostałem umieszczony w celi nr 7 na dole, co dało nam
      możliwość ustalenia wspólnej linii podczas przesłuchań. Dopiero później
      przeniesiono nas na 5. oddział, młodzież odseparowano w tzw. celi młodocianej.
      Niemcy zaczęli nas po kolei przesłuchiwać. Byłem często wzywany. Po
      przesłuchaniach nie wróciłem już do naszej celi, ale zostałem zabrany przez dr.
      Śliwickiego i dr. Lotha - lekarzy na Pawiaku i w konspiracji więziennej - do
      szpitala. W jednej sali leżał ze mną ojciec Maksymilian Kolbe. Byłem
      nieprzytomny i nie mogłem jeść, bo wybili mi zęby. Pamiętam, że ojciec
      Maksymilian karmił mnie i wspierał na duchu. To pozwoliło mi przetrwać trudy
      więzienia. Później ojca Maksymiliana Niemcy wywieźli z transportem do
      Auschwitz. Ja zostałem jeszcze w szpitalu.

      Dla młodego chłopca, poddanego okrutnym przesłuchaniom, to musiało być
      podwójnie trudne.
      - Wiedziałem, że nie mogę się poddać. Nawet w tych strasznych warunkach można
      pracować i pomagać innym. Działałem w więziennym ruchu oporu, przekazując na
      zewnątrz informacje o tym, co dzieje się na Pawiaku. Szły więc raporty o
      sposobach przesłuchiwania przez gestapo, o transportach więźniów wysyłanych do
      innych obozów lub na rozstrzelanie, wiadomości dla rodzin, raporty o znęcaniu
      się przez personel więzienny, ale i patriotycznie nastawionych strażnikach.
      Doktor Śliwicki zrobił ze mnie pielęgniarza, więc mogłem pomagać potrzebującym.
      Potem dostałem się do dużych warsztatów krawieckich, gdzie przychodzili Żydzi z
      getta. Dowiadywaliśmy się, co tam się dzieje i przekazywaliśmy te wiadomości
      dalej, na zewnątrz, przez organizację. Na Pawiaku najgorzej było przebywać na
      oddziale. Niemcy stosowali wobec więźniów rozmaite szykany i tortury, np.
      wyczerpującą "gimnastykę", czołganie się po rozpalonym żużlu. Dlatego
      więźniowie chcieli się jak najszybciej wydostać z Pawiaka.

      Dla Pana pobyt w tym więzieniu trwał cały rok.
      - 17 kwietnia 1942 r. wraz z kolegami z konspiracji znalazłem się w Auschwitz.
      W transporcie jechało 487 osób. Dostałem numer 31119, początkowo umieszczono
      mnie w baraku 18A.

      Jakie wrażenia wywoływało pierwsze zetknięcie z obozem? Rotmistrz Witold
      Pilecki, ochotnik do Auschwitz, napisał w swoim "Raporcie", że od pierwszej
      chwili pobytu machina obozowa brutalnie przecinała wszystkie więzy łączące
      więźnia z dotychczasowym życiem.
      - Na rampie kazano nam wysiadać z wagonów. Odbywało się to przy akompaniamencie
      krzyków esesmanów, poszturchiwań. Potem usłyszeliśmy słowa Rudolfa Hessa,
      komendanta obozu: "Przyjechaliście tu do pracy, ale możecie pracować tylko
      przez trzy miesiące, bo przez tyle czasu będziecie mieć siłę. 'Arbeit macht
      frei' - ten napis jest nie dla was. Dla was jest komin krematoryjny". Kazano
      nam się uczyć regulaminu obozowego, co nie było łatwe.

      Na czym polegała ta "nauka"?
      - Ci, co znali język niemiecki, mieli ułatwione zadanie. Nasze numery trzeba
      było umieć powiedzieć w tym języku, tak samo zameldować się esesmanowi,
      śpiewać, gdy się szło do pracy i wracało. Za każde "wykroczenie" dostawało się
      baty. Regulamin polegał też na tym, że więzień musiał stawać przed esesmanem 5
      kroków z przodu, zdejmować czapkę i meldować się. Więzień był tylko numerem,
      bez imienia i nazwiska.
      Musieliśmy się też nauczyć, przed kim należy zdejmować czapkę, jak należy
      chodzić, śpiewać, opanować cały słowniczek obozowych funkcji.
      Nasze komando zostało przekazane do budowy zakładów chemicznych I.G. Farben w
      Monowicach - filii Auschwitz.

      W tym czasie Auschwitz był obozem przede wszystkim dla Polaków - więźniów
      politycznych, tysiącami aresztowanych przez Niemców i zsyłanych do niewolniczej
      pracy w obozie.
      - Obóz powstał w roku 1940, miał mieścić tylko 30 tys. więźniów, którzy
      pracowali w kopalniach, fabrykach w licznych podobozach. W 1942 r. rozpoczęto
      budowę zakładów chemicznych i obozu w Brzezince. Wstawaliśmy do pracy o godz.
      4.00, o godz. 6.00 komando wyruszało z obozu. Powrót - godz. 22.00. Nasze
      komando dowożono pociągiem do stacji kolejowej Dwory, tam nas wyładowywano.
      Pracowałem na szosie łączącej stację kolejową z wioską Dwory. Miałem szczęście,
      bo kapo kazał mi zmywać naczynia po posiłku więźniów.
      W Dworach poznałem 15-letnią dziewczynę - Wandę Noworytę, która nam wszystkim
      pomagała. Dawała więźniom chleb, choć nie wolno było tego robić pod karą. Wanda
      przystąpiła później do wojskowej organizacji obozowej, przez nią
      przekazywaliśmy wiadomości, co dzieje się w Auschwitz. Dużo ludzi zawdzięcza
      jej życie. Do dziś utrzymuję kontakt z Wandą, mieszka w Brzezince, po mężu nosi
      nazwisko Sawkiewicz. Była bardzo dzielną osobą, aresztowana i osadzona w
      Birkenau, nikogo nie wydała.

      Czy Pan też brał udział w obozowej konspiracji?
      - W Auschwitz spotkałem m.in. oficerów, znajomych swoich rodziców, dawnego
      nauczyciela i doświadczonych więźniów politycznych, którzy wprowadzili mnie do
      tajnej organizacji wojskowej założonej przez Witolda Pileckiego - w obozie
      nosił nazwisko Serafiński. Przekazywaliśmy grypsy z informacjami, co dzieje się
      w obozie, pomagaliśmy więźniom. Jestem przekonany, że udział w organizacji
      uratował mi życie.

      Jak to się stało?
      - Na początku maja 1942 r. zostałem wyczytany, że mam się udać do tzw.
      ambulatorium. Tam otrzymałem zastrzyk tyfusowy. Zostałem królikiem
      doświadczalnym, na którym przeprowadzano eksperymenty pseudomedyczne. Koledzy
      więźniowie, którzy byli pielęgniarzami, ostrzegli mnie: "Jurek, jak dostaniesz
      białą pastylkę, nie jedz jej, tylko wypluj". Tak też zrobiłem. Pod koniec maja
      dostałem 40 stopni gorączki, byłem nieprzytomny. Koledzy wiedzieli, że
      więźniowie po doświadczeniach są po jakimś czasie wysyłani do gazu w celu
      likwidacji wszelkich świadków. Zorg
    • ignorant11 Zapiski oświęcimskie 28.01.05, 01:41
      Sława!
      Zapiski oświęcimskie
      (Matkom więźniarkom poświęcam)
      www.naszdziennik.pl/index.php?typ=my&dat=20050127&id=my12.txt


      ...Przybyliście tutaj nie do sanatorium, ale do niemieckiego obozu
      koncentracyjnego, z którego jest tylko jedno wyjście - przez komin
      krematoryjny. Żydzi mają prawo żyć dwa tygodnie, księża miesiąc, pozostali - 3
      miesiące.
      Fragment "powitalnego" przemówienia lagerfürera Karla Fritzscha
      Różne i liczne były publikacje na temat Auschwitz, największego w Polsce
      niemieckiego obozu zagłady. Jednak nigdy nie zetknęłam się z historią kobiet
      wywiezionych z Warszawy podczas powstania. A że do nich należałam, pragnę dać
      świadectwo prawdzie, wiernie relacjonując mój 6-miesięczny pobyt w Auschwitz:
      od sierpnia 1944 r. do lutego 1945 r.

      Do Auschwitz z powstańczej Warszawy trafiły dwa transporty: jeden w pierwszych
      dniach powstania (z południowej części miasta), drugi pod koniec (z północno-
      zachodniej), po zdobyciu przez Niemców Starówki.
      Mąż mój, złapany przez Niemców, został wywieziony do obozów koncentracyjnych w
      Niemczech: Sachsenchausen, a potem Buchenwaldu.
      Ja zaś, po dwóch dniach pobytu w obozie w Pruszkowie, 12 sierpnia 1944 r.
      zostałam wywieziona do Oświęcimia. Byłam wtedy w trzecim miesiącu stanu
      błogosławionego.

      Byłam numerem
      Gdy zmęczeni 30-godzinną podróżą przybyliśmy na rampę wyładowczą w Brzezince -
      tzw. lagrze przejściowym, była noc. Wszystkich wyprowadzono z wagonów i zaraz
      oddzielono kobiety z małymi dziećmi od mężczyzn - już na samym wstępie tragedia
      dla rodzin. Był to okres wzmożonych transportów z całej Europy. Los Żydów (jak
      również Cyganów) był z góry przesądzony. Niektórzy zdrowi i młodzi szczęśliwcy
      mogli liczyć na przedłużenie życia jako czasowi funkcyjni. Większość zaś
      mordowana była w kilku krematoriach, a gdy ich "moc przerobowa" była
      niewystarczająca - po prostu w rowach specjalnie do tego celu wykopanych.
      Pamiętam ten potworny duszący odór, mdły zapach palących się szmat i ludzkich
      ciał i łunę rozświetlającą ciemności, kiedy po opuszczeniu wagonów pędzono nas
      jakąś kamienistą drogą.
      Umieszczono nas w dużej hali. Następnie odebrano nam wszystkie rzeczy, które
      miałyśmy przy sobie. W trakcie spisywania danych personalnych dostałyśmy numery
      obozowe. Odtąd byłyśmy bez imion i nazwisk - operowano tylko numerami.
      Otrzymałyśmy naszywki na pasiak z numerem ewidencyjnym - skrawek materiału z
      czerwonym trójkątem (czerwony kolor oznaczał więźnia politycznego) i literą P
      oraz numerem.
      Po rejestracji zaprowadzono nas do łaźni, gdzie funkcyjne rozdały używaną i
      niedokładnie odwszoną bieliznę oraz odzież obozową, tj. cienką sukienkę i
      pasiak. Obuwia nie otrzymałam, chodziłam boso, dopóki litościwa dusza nie
      zdobyła dla mnie dwóch różnych pantofli. Przez złośliwość kobiety mające piękne
      włosy zostały ogolone na zero.
      Barak, w którym zostałam umieszczona, miał dwupiętrowe koje. Na każdej koi było
      nas dziesięć osób (po pięć na jednym poziomie). Cały blok był strasznie
      zapluskwiony. Te pasożyty mieściły się w szparach ścian i desek. Atakowały
      głównie nocą, spadając jak deszcz. Zgarniało się je z ciała i dusiło w
      dłoniach. W końcu Niemcy zarządzili dezynsekcję, wpuszczając do pustego baraku
      ten sam gaz, który był używany w krematoriach. Efekt był wiadomy.
      W naszym bloku znajdowały się kobiety tylko z transportu warszawskiego.
      Przyznałam się naszej sztubowej, że spodziewam się dziecka. Zebrała wówczas
      pozostałe kobiety w stanie błogosławionym, które się zgłosiły, i zaprowadziła
      nas na badania ginekologiczne, po których umieszczono nas w innym bloku, gdzie
      były także dzieci, kobiety starsze i matki z dziećmi.
      Grupę warszawianek oczekujących potomstwa traktowano inaczej niż pozostałe
      kobiety z transportów powstaniowych. Stan błogosławiony był jedynym powodem
      zainteresowania się nami Austriaka dr. Josefa Mengele. Stanowiłyśmy bowiem
      wspaniały materiał doświadczalno-statystyczny: jak długo wyżyją kobiety
      spodziewające się dziecka w warunkach obozowych, a jeśli już urodzą, jaki
      będzie poród i stopień zdrowotności noworodka.
      Przyszłe matki zwolniono z prac fizycznych. Porcje żywnościowe były bardzo małe
      i w dodatku systematycznie uszczuplane przez funkcyjne danego baraku. Panował
      głód.
      Wielką próbą dla nas była decyzja władz obozowych rozdzielenia matek i dzieci.
      Wyprowadzono matki do innego podobozu, pozostały tylko kobiety w stanie
      błogosławionym i dzieci. Nasz blok był otoczony drutem kolczastym. Nieszczęsne
      matki - narażając się na surowe kary za niesubordynację - przychodziły, aby
      chociaż przez druty zobaczyć swoje pociechy, które wywoływały po imieniu i
      nazwisku.
      Nie wiem, co było powodem zmiany decyzji tej przymusowej rozłąki. Na początku
      listopada 1944 r. przyprowadzono matki akurat wtedy, gdy stałyśmy razem z
      dziećmi na apelu. To była tak wzruszająca scena, że uznałyśmy ten fakt za
      prawdziwy cud.
      W tym okresie sporadycznie uwalniano Polki - ot tak, propaganda miłosierdzia!
      Znam dwa takie wypadki, kiedy kobiety odmówiły wyjścia na wolność. Jednej
      uwarunkowano opuszczenie obozu, jeśli przyzna się, że jest pochodzenia
      niemieckiego, drugiej, że pozostawi chorego noworodka. Pierwsza kobieta
      odmówiła, a parę miesięcy potem urodziła córkę, która jako jedna z niewielu
      przeżyła, druga zaś została z maleństwem, które niestety jakiś czas potem
      zmarło.
      W naszym bloku mieszkało kilkoro małych dzieci. Warszawskie maluchy fatalnie
      znosiły warunki, w jakich się znalazły. Przestawały chodzić i mówić, cofały się
      w rozwoju, zapadały na przeróżne choroby i dolegliwości, np. wszawicę powiek,
      aż w końcu znikały z naszego pola widzenia.
      Do umywalni i latryny chodziło się na sygnał. Nocą nie wolno było opuszczać
      baraków. Męczące były wszelkie apele. Z początku krępujące, a potem już
      obojętne stanie nago przed kontrolą niemieckolekarską. Przy myciu Niemki
      popychały nas i szturchały, a jeśli któraś z nas miała medalik lub krzyżyk na
      szyi, brutalnie zrywały go z łańcuszkiem i deptały.
      Najmniejszy wyprysk na ciele zauważony podczas apelu zostawał zanotowany i
      więźniarkę kierowano na smarowanie maścią przeciwświerzbową. Maść ta była
      okropnie cuchnąca, co przeszkadzało podczas snu sąsiadkom na koi.
      Były to jednak drobne przykrości w porównaniu z zachorowaniem na tzw. durfal
      (rodzaj paratyfusu), chorobę bardzo zaraźliwą, spowodowaną częstokroć piciem
      nieprzegotowanej wody, z gorączką i uporczywą biegunką. Dostanie się na rewir
      stanowiło jednak wielkie ryzyko. Z jednej strony, warunki tam były znacznie
      lepsze: opieka lekarska uczciwego polskiego personelu, brak apeli, pojedyncze
      koje z pościelą (prześcieradło, koc). Z drugiej zaś, istniało niebezpieczeństwo
      selekcji i skazanie na zagazowanie. Zdarzało się to nieraz wobec beznadziejnie
      chorych i staruszek. Skutecznych i właściwych lekarstw antydurfalowych
      brakowało.
      Po pewnym czasie przebywania w Auschwitz-Birkenau zachorowałam na durfal i
      zostałam zabrana do szpitala obozowego na dwa tygodnie. Wtedy kilkakrotnie
      stawałam przed obliczem dr. Mengele: gdy funkcyjna przedstawiła mnie jako jedną
      z kobiet w stanie błogosławionym z transportu warszawskiego, potem podczas
      kontroli selekcyjnej i kiedy zgodził się na mój powrót na blok. Było to akurat
      w Święto Niepodległości 11 listopada 1944 roku.
      W tym miesiącu jeszcze nie wszystkie krematoria były zlikwidowane. Pamiętam
      kolumny więźniarek Żydówek, które pędzono na śmierć do komór gazowych. Nie
      wiem, czy zdawały sobie sprawę, że nadchodzi ich koniec. Makabryczność zjawiska
      potęgował fakt, że marsz ten odbywał się przy grającej orkiestrze.
      Pod koniec listopada wszystkie kobiety będące do tej pory na terenie Birkenau
      zostały przetransportowane do tak zwanego obozu cygańskiego, opustoszałego po
      uprzednim wymordowaniu w krematoriach 28 sierpnia 1944 r. całyc
      • alex.4 Re: Zapiski oświęcimskie 06.02.05, 01:16
        to szczęście że to przeszłość. Szoah i inne zbrodnie hitlerowskie przechodzą
        wyobraxnie. Ale jak napisał Lem w dziennikach gwaizdowych tylko ludzie moga być
        tak podli
        • scand Re: Zapiski oświęcimskie 07.02.05, 10:13
          Przeszłość ?
          Przykład Abu Graib dowodzi nadal do czego zdolny jest czlowiek, jesli wyda mu
          się rozkaz..
          Nadzieją ludzkości jest to że nie będzie wiecej kryzysów ale kto to zapewni ?..
Pełna wersja