dobrowoj
09.07.05, 17:21
W październiku 1991 roku doszło do publicznego ujawnienia sprawy przeszłości
ojca obecnego marszałka Sejmu i kandydata na prezydenta RP Włodzimierza
Cimoszewicza. Poseł OKP Jan Beszta-Borowski stwierdził wręcz, że ojciec
Włodzimierza Cimoszewicza był członkiem "organizacji przestępczej" -
Informacji Wojskowej.
Według Beszty-Borowskiego: "Szef Informacji Wojskowej w Wojskowej Akademii
Technicznej o nazwisku Cimoszewicz miał zwyczaj rozmawiania z ludźmi,
trzymając w ręku pistolet i obracając nim na palcu cynglowym. Znany jest fakt
śmierci jednego z podwładnych w wyniku takich rozmów" (cyt. za "Gazetą
Wyborczą" z 11 października 1991 r.). Oświadczenie posła Beszty-Borowskiego
wywołało gwałtowną publiczną ripostę ze strony Włodzimierza Cimoszewicza.
Nazwał Besztę-Borowskiego "załganym łobuzem", a w innym tekście (w "Gazecie
Współczesnej") stwierdził m.in.: "Rozumiem, że dla Borowskiego, jego szefów i
was, nierozumnych dziennikarzy, babrzących się w takich prowokacjach,
wybawcami byli naziści, skoro ci, którzy z nimi walczyli, zasługują na miano
oprawców. Po wojnie mój ojciec przez 30 lat służył w Wojsku Polskim, w tym
także w kontrwywiadzie, instytucji, jaka jest zawsze i w każdej armii. Wy,
którzy opluwacie Go dzisiaj, możecie powołać się tylko na fakt służby w tej
formacji. Nie przytaczacie, bo nie możecie przytoczyć żadnych prawdziwych
zarzutów, dotyczących Jego postępowania. 'Dowody' Borowskiego są łgarstwem"
(cyt. za: Piotr Jakucki "Pułkownik Cimoszewicz", "Gazeta Polska" z 4 listopada
1993 r.).
Oburzony stwierdzeniami W. Cimoszewicza poseł Beszta-Borowski skierował
przeciwko niemu skargę do sądu, przedstawiając dowody prawdziwości swych
zarzutów pod adresem ojca Cimoszewicza. W osobnym liście do "Gazety Lokalnej"
(por. nr 14-15 z 1992 roku) poseł Jan Beszta-Borowski przytoczył uzupełniające
dane na temat życiorysu ojca Cimoszewicza jeszcze przed objęciem funkcji szefa
Informacji Wojskowej na WAT. Pisał: "(...) Oto przyszły pułkownik Cimoszewicz
w czasie wybuchu wojny w 1939 roku, mając lat 22, nie uczestniczy w obronie
Polski, nie jest żołnierzem Armii Polskiej broniącej ojczyzny przed dwoma
najeźdźcami. Przeciwnie - już w październiku 1939 r. jest poborcą dostaw
obowiązkowych w wołkowyskim Rejnopolnamzakie. Czyli jest na służbie jednego z
zaborców - bolszewików. Rekwirował płody rolne od polskich rolników na rzecz
najeźdźcy". Jakucki w cytowanym wcześniej artykule powoływał się na zeznania
świadka Romualda U., który zapamiętał M. Cimoszewicza jako "seksota" (tajnego
agenta) komisarza kadr, ówczesnego naczelnika kadr w dziale technicznym
parowozowni w Białymstoku. W 1943 roku Cimoszewicz skończył szkołę pracowników
politycznych i do końca wojny był w aparacie politycznym. Od kwietnia 1945
roku robi błyskawiczną karierę w Informacji Wojskowej - w ciągu 3 lat zostaje
komendantem w Głównym Zarządzie Informacji, kontrolowanym wówczas przez dwóch
sowieckich zbrodniarzy, pułkowników NKWD w Polsce: Wozniesieńskiego i
Skulbaszewskiego, a także szefem Informacji Wojskowej na WAT. Robert Mazurek,
autor interesująco naszkicowanej sylwetki Włodzimierza Cimoszewicza
("Metamorfozy pana C.", "Życie Warszawy" z 31 marca 1997 r.) pisał, że ojciec
Cimoszewicza "(...) w 1951 r. trafia do Wojskowej Akademii Technicznej. Tam
aresztuje komendanta uczelni gen. Floriana Grabczyńskiego. Z jego rozkazu
aresztowano też kilkunastu oficerów WAT, którzy wcześniej byli w AK".
Dokonując tej bezwzględnej czystki na wyższej uczelni, major Marian
Cimoszewicz był w tym czasie oficerem bez żadnego wykształcenia. Dopiero kilka
lat później - w 1957 roku, skończył liceum i zdał maturę (!).
Dodajmy do tego informacje o wcześniejszej roli Mariana Cimoszewicza w
likwidowaniu oddziałów AK - sam się chwalił podczas spotkania z oficerami
akademii, że w 1944 r. zlikwidował oddział AK. Według innych źródeł, w 1946 r.
jako oficer IW kierował grupą likwidującą "bandę" Bohuna (za: P. Jakucki, op.
cit.). Cimoszewiczowie zamieszkali w domu na Boernerowie (Bemowo), odebranym
prawowitym właścicielom, których przymusowo wysiedlono z Boernerowa na
początku lat 50. jako "element politycznie niepewny" ("Gazeta Lokalna" nr
2/104 z lutego 1996 r.). Żona majora M. Cimoszewicza zaczęła pracę w
bibliotece WAT na miejscu poprzedniej pracowniczki tej biblioteki Ewy
Cecetki-Cymerman, zwolnionej nagle bez uzasadnienia w sposób bardzo ordynarny
przez M. Cimoszewicza ("Gazeta Lokalna" z 27 czerwca 1992 r., nr 12-13/42-43).
Porównajmy opisane wyżej fakty z gwałtownym zarzucaniem Beszcie-Borowskiemu
łgarstwa przez W. Cimoszewicza i pokrzykiwaniem o tym, że dla takich jak on
"wybawcami byli naziści".
Włodzimierz Cimoszewicz, występując z taką furią przeciw przypominaniu
przeszłości ojca, jako motto do swej książki wybrał stwierdzenie Anny Uchlig:
"Kto przekreśla PRL, ten przekreśla cały mój życiorys". Trzeba przyznać, że
swoją publiczną identyfikację z PRL-em zaczął bardzo wcześnie. Już jako
maturzysta w 1968 roku kategorycznie przeciwstawił się napiętnowaniu
ówczesnych rządów gomułkowskich jako "dyktatury ciemniaków" i uzyskał
wydrukowanie proreżimowego tekstu swego wypracowania maturalnego na łamach
"Życia Warszawy" (por. W. Cimoszewicz "Czas odwetu", Białystok 1993 r., s.
40). Wielu jego rówieśników było w tym czasie "pałowanych" na rozkaz
"ciemniaków". On w pełni utożsamiał się z totalitarną dyktaturą. Jakżeby mógł
inaczej, wychowany pod "opiekuńczymi skrzydłami" pułkownika Cimoszewicza! Od
jesieni 1968 roku studiuje na Wydziale Prawa w Warszawie i staje się
działaczem uczelnianej organizacji Związku Młodzieży Socjalistycznej. W 1971
roku wstępuje do PZPR, a w 1972 r. zostaje przewodniczącym ZMS na
Uniwersytecie Warszawskim. Wchodzi do władz Komitetu Uczelnianego PZPR. Nawet
swą błyskawiczną karierę w ZMS tłumaczył później jako swoisty przykład
niezależności, twierdząc, że: "Przynależność do ZMS mogła nawet przeszkadzać"
(!!!) (W. Cimoszewicz "Czas odwetu", s. 43) - był bowiem dużo częściej
odpytywany na zajęciach. Kiedy doszło do połączenia - pomimo protestu wielu
studentów - trzech organizacji studenckich w jeden Socjalistyczny Związek
Studentów Polskich (SZSP), należał do zdecydowanych zwolenników tego
połączenia, narzuconego studentom przez partyjną biurokrację i został...
komisarycznym szefem SZSP na UW. Józef Oleksy wspominał Cimoszewicza z owych
czasów jako wręcz zwracającego uwagę swoją pryncypialnością. Pisał, że wionęło
pryncypialnością, gdy tylko Cimoszewicz wchodził na trybunę. Miał zaledwie
dwadzieścia kilka lat, gdy uzyskał kolejny błyskawiczny awans - został
sekretarzem Komitetu Uczelnianego PZPR, akurat w czasie pogłębiającego się
kryzysu politycznego późnego Gierka, w okresie aktywizacji opozycji. O
dokonanej przez Gierka zmianie konstytucji serwilistycznie uzależniającej
Polskę od ZSRS wspominał: "Wszyscy mieliśmy skłonność do usprawiedliwiania
miękkiej postawy wobec Związku Radzieckiego, byliśmy przekonani, że inne
zachowania mogłyby być groźne dla Polski". W sprawie innego posunięcia
ówczesnych władz PZPR - zapisania w konstytucji kierowniczej roli PZPR -
szczerze przyznawał: "Nas jako członków PZPR ani to ziębiło, ani grzało. Nie
popadaliśmy przez to w jakiś konflikt sami ze sobą" (W. Cimoszewicz, op. cit.,
s. 53). Poczucie bycia członkiem kierowniczej siły, jak widać, wzmacniało
dobre samopoczucie szybko awansującego działacza partyjnego.
W 1980 roku został wysłany na
3 miesiące do pracy w konsulacie w Malmö. We wrześniu tego roku zaś wyjechał
na stypendium Fulbrighta do USA dzięki decyzji władz PRL, że jego konkurent do
stypendium, Lamentowicz, powinien się wycofać (op. cit., s. 55). Pozostał
wierny PZPR-owi w czasach "Solidarności" i po ogłoszeniu stanu wojennego.
Podczas pobytu na Uniwersytecie Columbia należał do organizacji PZPR przy
konsulacie w Nowym Jorku. W lutym 1982 roku powrócił do pracy na warszawską
uczelnię.
Według informacji z listy Macierewicza, Cimoszewicz w 1980 roku