Dodaj do ulubionych

Post modernizm? – Aleksander Dugin

14.03.07, 22:03
1. Obecne unikanie definicji.

W ciągu ostatnich 10 lat wyrażenia “postmodernizm” i “postmoderna” używane są
tak często, że stają się banalne, zwyczajne i pozbawione znaczenia. Treść tych
terminów pozostaje niedookreślona i płynna. Brak zgody co do definicji pojawia
się i u krytyków, i u artystów, i u znawców sztuki, i u filozofów. Zjawisko to
jest określane bardziej intuicyjnie i w sposób przybliżony. A tak, jak
“postmoderna” umyślnie dąży do bycia dwuznaczną, “aluzyjną”, pojawiającą się
równocześnie na wielu płaszczyznach, tak wymykanie się ze sztywnych ram
definicyjnych stanowi jedną z jej podstawowych cech charakterystycznych.

W zasadzie nie jest to niczym nowym. Jakikolwiek proces nie zakończony, będący
w rozwoju, z konieczności jest sprzeczny, wielopłaszczyznowy i nieokreślony.
Potwierdza to nawet etymologia słowa: nieokreślony, czyli taki, który nie
uzyskał jeszcze określenia – granicy, nie ujawnił swego celu. Jest wciąż żywy
i może urzeczywistnić się w sposób, który wszystkich zadziwi. Nieostrość
terminu “postmodernizm” jest wyraźnym świadectwem jego aktualności.

Nie jest to jednakże wystarczający powód do tego, by zrezygnować z
jakichkolwiek prób wyjaśnienia, czym się o­n w istocie objawia.

2. Kilka opisów.

By posunąć się w dociekaniach poświęconych naszemu tematowi, przywołamy kilka
przykładów z klasycznej analizy tego zjawiska. Oto, jak charakteryzuje
postmodernizm Ihab Hassan, teoretyk amerykańskiej kontrkultury (“Die
unvollendete Vernunft: Moderne versus Postmoderne”wink:

1. Niedokładność (duża skłonność do dwuznaczności, ślizgania się po znaczeniach)
2. Fragmentacja
3. De-kanonizacja
4. Utrata “ja” i “świata wewnętrznego”
5. Nie-reprezentatywność
6. Ironia (wynikająca z perspektywizmu, a to z kolei – z wieloznaczności)
7. Hybrydyzacja
8. Karnawalizacja (analogiczna do heteroglosji – wielogłosu Rabelais’go lub
Sterna i identyczna z odśrodkową polifonią i wesołą, wielobarwną względnością)
9. Performance i współuczestnictwo (energia w ruchu)
10. Konstrukcjonizm, co implikuje, że świat nie jest nam dany raz na zawsze,
ale jawi się jako proces nieprzerwanej generacji wielości skłóconych ze sobą
wersji.
11. Immanentność, intertekstualność wszelkiego życia objawiające się związkiem
zespolonych znaczeń.

Podstawowe aspekty postmodernizmu wg Charlesa Jencksa, jednego z najlepszych
współczesnych historyków architektury (“Die Postmoderne”wink, to:

1. Zamiast harmonii, do której dążył renesans i integracji, ku której zmierzał
modernizm, postmodernizm pozostaje przy hybrydzie sztuki i architektury
charakteryzującej się “dysonansowym pięknem” i “dysharmonijną harmonią”. Co
więcej, brak tu doskonałej całości, w której nie można nic odjąć ani dodać, by
owej harmonii nie naruszyć, lecz przede wszystkim są to “trudne zespoły” i
dyspersyjne jednostki. Powinny pojawić się starcia rozmaitych stylów,
zadziwiające obserwatora rozłamy, synkopowana proporcja, fragmentaryczna
czystość itd.
2. Postmodernizm proponuje polityczny i kulturowy pluralizm; nieunikniona
heterogeniczność społeczeństw masowych winna się objawiać poprzez
postmodernistyczne budowle. Nie można dopuścić do dominacji jakiegokolwiek stylu.
3. Postmodernizm proponuje elegancki urbanizm. Elementy tradycyjnego
urbanizmu, np. ulice, arkady i place winny być rekonstruowane i rewitalizowane
z uwzględnieniem nowych technologii i środków transportu.
4. Zwrot w kierunku antropomorfizmu jako elementu architektury
postmodernistycznej. Ciało ludzkie znowu znajduje swoje miejsce w dekoracji.
5. Kontynuacja i przyjęcie przeszłości, anamneza. Wspomnienia, relikwie
włączone w postmodernistyczną konstrukcję – niezależnie od tego, czy
społeczeństwo rozumie ich znaczenie, czy nie.
6. Malarstwo postmodernistyczne akcentuje realizm narracyjny, martwe natury i
pejzaże.
7. Postmodernizm oznacza “podwójne kodowanie”. Każdy element powinien mieć
swoją funkcję dublującą się poprzez ironię, sprzeczność, wieloznaczność.
8. Korelatem “podwójnego kodowania” jest wieloznaczność. W tym przejawia się
odejście od integracyjnego “wysokiego modernizmu”.
9. Wspomnienia i skojarzenia powinny wzbogacać każdy ponowoczesny budynek, w
przeciwnym razie będzie o­n okaleczony, ograbiony.
10. Postmodernizm proponuje wprowadzenie nowych figur retorycznych:
paradoksów, oksymoronów, wieloznaczności, podwójnego kodowania, dysharmonijnej
harmonii, kompleksowości, sprzeczności itd. Nowe figury powinny służyć temu,
by uczynić „obecnym” to, co nieobecne.
11. Zwrot ku nieobecnemu centrum. Zespół architektoniczny lub dzieła sztuki
spełniają swoje role w taki sposób, że wszystkie elementy są zgrupowane wokół
jednego centrum, ale miejsce owego centrum pozostaje puste.

3. Terminologiczne pytania. Co się za nimi kryje?

Jeszcze w roku 1987 na fali pierwszej dyskusji o “postmodernie”, Wolfgang
Welsch w swojej książce “Unsere postmoderne Moderne” podjął próbę ukazania
genezy zjawiska. Welsch dąży do utworzenia szeregu rozgraniczeń między samym
“postmodernizmem” i równoległymi do niego zjawiskami, takimi jak
“post-historia” czy “postindustrialne społeczeństwo”. W rzeczywistości, nawet
przy uwzględnieniu, iż tezy Welscha są czymś uzasadnione, nie określają o­ne w
pełni danego zjawiska, a ścisłe rozgraniczanie, czego się o­n domaga, okazuje
się zdecydowanie przedwczesne.

Przeciwnie bowiem, nawet z punktu widzenia lingwistyki, przedrostek “post”
wyraźnie we wszystkich trzech pojęciach – nie przypadkowo, ale rzeczywiście –
wiąże te trzy zjawiska, które nie będąc synonimami, są paralelne i powiązane
ze sobą.

Teoria “post-historii” została rozwinięta i doskonale wyłożona przez Jeana
Baudrillarda. “Post-historią” nazywa Baudrillard taki stan społeczeństwa, w
którym aktualizują się wszystkie historyczne możliwości, a zatem
niedopuszczalne jest na dłuższą metę jakiekolwiek nowatorstwo. Jedynym
nastrojem pozostaje gorycz, cynizm, bierność i szarość. Bieg świata, zdaniem
Baudrillarda, osiąga ostateczne stadium określane jako “hipertelia”, w którym
możliwości osiągnięcia pełni neutralizują się nawzajem, stwarzając
wszechobecny indyferentyzm oraz przekształcając naszą cywilizację w
gigantyczny mechanizm, “megamaszynę”, która z kolei, definitywnie i
bezpowrotnie “homogenizuje” wszystkie typy “różnic” naturalnych dla życia.

Tak struktura świata zamykająca się w odpowiednim czasie w tworzeniu „różnic”,
przepływa w kierunku fazy produkowania „bezróżnicy”. Innymi słowy, dialektyka
dyferencjacji przenicowuje swoją podstawę i tworzy indyferentność. Wszystko
należy już do przeszłości: wiara w utopie, nadzieje na lepszy świat,
oczekiwanie lepszego jutra...

Zachodzi tylko jedna i ta sama procedura: niekończące się klonowanie,
proliferacja (rozmnażanie się) komórek rakowych, całkowita niemożność
wprowadzenia jakiejkolwiek innowacji, „nieprzyzwoite otłuszczenie”.
Post-historia już nie wytwarza i nie odrzuca sprzeczności, ale zadowala się
zachwytem nad narcyzmem.

Baudrillard jest pesymistą przekonanym, że główną cechą post-historii jest
utrata wiary w utopię. To kryterium stosuje do epoki postmoderny. Ponowoczesny
aktywizm to jedynie ślepe samonapędzanie się narcyzmu, który utracił już
resztki witalności i sił twórczych.

Welsch usiłuje obalić twierdzenie Baudrillarda uważając, iż nie zrozumiał o­n
pozytywnej strony postmoderny. Z tego jednak powodu diagnoza Baudrillarda
wcale nie staje się mniej przekonywająca. Jeśli postmodernizm wyróżnia się z
post-historii, to nieważne – nie przekreśla to ich synchroniczności. Występują
o­ne bowie
Obserwuj wątek
    • dobrowoj Re: Post modernizm? – Aleksander Dugin 14.03.07, 22:04
      Występują o­ne bowiem paralelnie. Post-historia jest faktem. W mniejszym stopniu
      stwarza historyczne, egzystencjalne i kulturowe tło postmoderny. Można uznać
      rozróżnienie postmodernizmu od post-historii, ale brak jakichkolwiek podstaw do
      tego, by je sobie przeciwstawiać. Wręcz przeciwnie, mają o­ne tak wiele
      wspólnego, że przypominają bliźnięta. W dalszej kolejności spróbujemy zrozumieć,
      jakie są realne podstawy podobnego rozgraniczenia. Póki co, po prostu
      zaakcentujemy możliwość takiej poprawki terminologicznej.

      Welsch proponuje także oddzielić postmodernizm od postindustrialnego
      społeczeństwa, którego czołowym teoretykiem jest Amerykanin Daniel Bell –
      zdeklarowany technokrata. Sądzi o­n, że postindustrialne społeczeństwo
      charakteryzuje się takim stadium rozwoju stosunków produkcyjnych, w którym
      wszystkie sprzeczności historyczne, społeczno-ekonomiczne nikną wobec
      gwałtownego rozwoju techniki. Przejście od technologii maszyn do technologii
      informacji, wg Bella, pozbawia wszelkiego sensu opór wobec kapitału,
      eksploatatorów, władzy i przemocy. „Społeczeństwo otwarte” Poppera
      urzeczywistnia się w praktyce – w historii dokonuje się całkowita racjonalizacja
      społecznego i produkcyjnego bytu ludzkości. Daniel Bell rozpatruje
      postindustrialne społeczeństwo jako ideał i wyższą wartość. Jako „koniec
      historii”. Jedyną przeszkodą w realizacji owego ideału jest jego zdaniem
      kultura. Sfera kultury jest wg Bella oparta na logice różnej od dualistycznego
      modelu racjonalnego działania, a zatem prędzej czy później pogłębi się
      fundamentalna sprzeczność tkwiąca w postindustrialnym społeczeństwie – między
      monolityczną i uniwersalistyczną logiką racjonalnej technokracji i sferyczną,
      pluralistyczną i a-racjonalną logiką kultury. W ten sposób Bell przyrównuje
      kulturę do „subwersyjnej”, tzn. odwróconej rzeczywistości przez sam fakt jej
      istnienia zagrażającego swobodnemu funkcjonowaniu postindustrialnej „idylli”
      całkowitej technokracji. Opozycja ta nie może się jednak przerodzić w otwarty
      konflikt czy katastrofę. Jeśli postindustrialne społeczeństwo – megamaszyna
      banków, mechanizmów rynkowych i technologii informacyjnych – zdoła odzyskać dla
      siebie kulturę, przetworzyć ją w produkt konsumpcyjny, w gadżet, w element
      swojej zamkniętej technologicznej gry, jej podważona pozycja zostanie
      sprowadzona do minimum lub wręcz do zera.

      Wyobraziwszy sobie taką udaną operację, otrzymujemy obraz identyczny do
      post-historii Baudrillarda. Innymi słowy, postindustrialne społeczeństwo tworzy
      idealną post-historię wtedy, gdy umie wyzwolić się od wyzwań stawianych przez
      kulturę.

      Czym zatem odróżnia się postmoderna Welscha od tych dwóch kategorii –
      postindustrialnego społeczeństwa i post-historii? Welsch jako podstawowe
      kryterium przytacza „optymizm”.

      Smutne stwierdzenie. Czyj optymizm? Dlaczego optymizm?

      Zostaliśmy teraz zmuszeni zwrócić się ku Nowej Prawicy, która z entuzjazmem
      przyjęła prace Welscha. Wyjaśnia nam o­na źródła tak uporczywego dążenia do
      wydzielenia postmodernizmu w samodzielną kategorię.

      4. Optymizm postmodernizmu.

      Na wyzwanie postmodernizmu jako jedni z pierwszych intelektualistów, przy czym z
      nader pozytywnym i optymistycznym nastawieniem, odpowiedzieli przedstawiciele
      Nowej Prawicy – Armin Mohler, Alain de Benoist, Robert Steuckers i inni. Jest to
      całkiem logiczne. Wydało się im, że „przespali modernizm”, tzn. okazali się być
      współczesnymi tej epoce, w której nareszcie kończyła się niepodzielna dominacja
      zasad i teorii nieakceptowanych przez długi okres czasu w kręgach
      „konserwatywnych rewolucjonistów” odrzucających „współczesny świat” – postulaty
      Nowego Czasu.

      Przeciwko koncepcji postmoderny występowali kolejni humaniści, w szczególności
      Habermas, który rozpoznał w nim „chorobliwe uderzenie wielkiego planu
      oświeceniowego”. I naturalnie, analogiczne (ale á rebours) reakcje nie mogły nie
      pojawić się ze strony wiecznych przeciwników Oświecenia – „nowoprawicowców”.

      Robert Steuckers przekonująco wykazał, że w postmodernizmie swoją szansę ujrzeli
      przedstawiciele tej tradycji, która powstała kilka wieków temu jako alternatywa
      wobec kartezjanizmu i jego idei mathesis universalis, proponującej całkowitą
      racjonalizację społecznego bytu, i – w szczególności – skrajną uniformizację
      architektury. Ta tendencja, tzw. Gegen-Neuzeit, „kontr-moderna”, powstała w roku
      1750, gdy Rousseau skrytykował mechanizm rozumowania Descartesa, a Baumgarten w
      swojej „Estetyce” szukał „estetycznej kompensacji” dla prawdziwego racjonalizmu.
      Od Vico i Rousseau do Baudelaire’a, Nietzschego i Gottfrieda Benna kontr-moderna
      nie osłabiła swojej ugruntowanej pozycji jako alternatywa w stosunku do ideału
      kartezjańskiego. Kolejni naśladowcy tego nurtu uznali, iż doczekali wreszcie
      swojego czasu, tzn. tego momentu, w którym patos moderny okazał się całkowicie
      wyczerpany (przy czym stało się to oczywiste nie tylko dla jego przeciwników,
      ale i zwolenników). Od tego czasu pojawia się optymizm nowoprawicowców w kwestii
      postmoderny i dążenie do utrzymania definicji Welscha i innych teoretyków,
      poczynając od Amitai Etzioniego, autora pracy „Aktywne społeczeństwo”, w której
      po raz pierwszy został użyty sam termin „postmodernizm”. Interesujące jest to,
      że prawie identyczną analizę tego terminu przeprowadził przedstawiciel Nowej
      Lewicy – Jean-François Lyotard, który dostrzegł w tym zjawisku możliwość
      pokonania mechanicyzmu i kartezjanizmu. Fakt ten oznacza, że nie tylko
      nowoprawicowcy mieli podstawy do zaakcentowania pozytywnej siły postmodernizmu,
      wynikającej ze specyfiki ich własnego intelektualnego naśladownictwa
      konserwatywnej tradycji Gegen-Neuzeit. Zmobilizowani zostali także i ci lewicowi
      myśliciele, którzy krytycznie odnosili się do współczesności z zupełnie
      przeciwnej pozycji, postrzegając kartezjanizm jako „racjonalistyczny
      totalitaryzm” i typologiczną podstawę „faszyzmu”.

      Jak by nie było, zaznacza się widoczna tendencja ze strony odrębnej grupy
      intelektualistów, zniechęconych ideą moderny, do wykorzystania postmodernizmu
      jako pozytywnego narzędzia w celu umocnienia swoich własnych racji w takiej
      sytuacji, w której sprzeczna i nienawistnie do nich nastawiona dominująca wizja
      zatraca podstawy swego panowania, zaczyna być chwiejna, niepewna, traci
      uprawomocnienie i oczywistość. Jeśli w odniesieniu do nowoprawicowców ich
      nieśmiały optymizm może być określony jako wyżej przytoczona fraza – „przespali
      modernizm”, to w wypadku nowolewicowców pojawia się inne określenie:
      „przeskoczyli totalitaryzm zamknięty w modernie”, „wykonali ostatni krok do
      doskonałej wolności”. Ku tej nowolewicowej linii optymistycznego postmodernizmu
      zbliżają się i Foucault, i Deleuze, i Derrida, którzy – każdy na swój sposób –
      widzą w tym zjawisku wymiar „nowej wolności”. Foucault – w ostatnim okresie,
      charakteryzującym się zerwaniem ze strukturalizmem – upatrywał w postmodernizmie
      ostatecznego rozbratu z uniwersalistycznym paradygmatem, tzn. ze wszystkimi
      epistemologicznymi i ideologicznymi normatywami, które pretendowały do
      osiągnięcia monopolu na poznanie jedynego „kodu” rzeczywistości. W zamian
      ogłaszał początek ery nagromadzania „różnic”, pełnej fragmentaryzacji
      rzeczywistości, przejście w kierunku oswobodzenia istotnej heterogeniczności
      rzeczy i istnień.

      Gilles Deleuze tworzy swoją koncepcję „kłącza” (le rhisome), kłębiącego się
      chaosu nieprzewidywalnego nakładania się rozmaitych ewolucyjnych i inwolucyjnych
      kajdan. Od leibnizowskiej „monady” Deleuze przeszedł do teorii „nomady”,
      „koczowniczego błąd
      • dobrowoj Re: Post modernizm? – Aleksander Dugin 14.03.07, 22:06
        „koczowniczego błądzenia po labiryntach rzeczywistości”, niesystematycznych i
        nieoczekiwanych różnic i syntetycznych symultaniczności. U Deleuze’a widoczny
        jest całkowicie „lewicowy” optymizm „wyzwolenia chaosu”.

        Derrida ujawnił w tym zjawisku nowe drogi dyferencjacji, które odtąd posiadają
        nie statyczny, muzealny, ale dynamiczny charakter – tak, że mogą być postulowane
        i klasyfikowane.

        Interesujące, że wszystkich tych „optymistów postmodernistycznych”, Habermas,
        wierny dialektyce Oświecenia, potraktował jak renegatów i niemalże faszystów,
        zauważając wspólny entuzjazm nowolewicowców i nowoprawicowców. o­n sam gotów
        jest zaliczyć siebie do „ortodoksyjnych lewicowców”, odrzucających postmodernizm
        jako niebezpieczeństwo powrotu do pre-modernizmu. Jednak ten właśnie zwrot mieli
        na myśli Mohler, de Benoist i Steuckers wtedy, gdy idea postmodernistów z
        nowolewicowej flanki ujawniała zatrważający absolutny nihilizm.

        I tak dochodzimy do uprzednio sformułowanych wniosków. Istnieje optymistyczna
        wersja postmodernizmu, oparta na tradycji odrzucenia (czy pokonania) modernizmu.
        Jeśli ta tradycja przedstawiana jest jako nieprzerwana linia u niektórych
        współczesnych teoretyków „konserwatywnej rewolucji”, to w wypadku Nowej Lewicy
        wciela się o­na raczej w „postępujące skoki naprzód”, poza zakres rozwoju,
        immanentnie przyrodzone epoce moderny i rozpoznawane jako ograniczające rubieże.
        Dlatego istnieje tendencja do przeciwstawiania postmodernizmu jako idei, wysiłku
        intelektualnego, jako wyjaśnienia, jako stylu czy aktywności innym modalnościom
        ultrawspółczesnej epoki, które z kolei określają bierną, stanowiącą tło
        „negatywną rzeczywistość”, realizującą się w odpowiadających im ideach
        post-historii i postindustrialnego społeczeństwa.

        Teraz wszystkie te trzy pojęcia mogą zostać zhierarchizowane. Jeśli rozpatrywać
        postmodernizm jako zjawisko synonimiczne i homogeniczne do post-historii
        (Baudrillarda lub Fukuyamy) i postindustrialnego społeczeństwa, to możemy mówić
        o biernym postmodernizmie, postmodernizmie stanowiącym tło, pesymistycznym
        postmodernizmie. Taki postmodernizm byłby ściśle związany z kulturą, całkowicie
        podporządkowaną technokratycznemu hiperkapitalistycznemu projektowi
        postindustrialnego społeczeństwa (o tym wyraźnie pisał Arnold Gehlen).
        Współcześnie oczywiste jest, że coś podobnego istnieje i, być może, jest
        najbardziej wyrazistym i rzucającym się w oczy wyznacznikiem naszej epoki.

        Z drugiej strony zaznacza się tendencja przeciwna – do rozdzielania
        społeczeństwa postindustrialnego i post-historii z jednej strony oraz
        postmodernizmu z drugiej, rozpatrując je jako antytezy, bieguny, przeciwieństwa.
        W takim wypadku postindustrialne społeczeństwo i post-historia będą synonimami
        negatywnych następstw właśnie modernizmu, postmodernizm natomiast będzie
        kierunkiem pokonującym te przypadłości, nową ideą, nonkonformistyczną strategią,
        wyzwaniem, alternatywą. Taki postmodernizm można określić jako „aktywny”,
        optymistyczny, rewolucyjny, podmiotowy. I właśnie na takiej płaszczyźnie schodzą
        się dwie najbardziej radykalne – a to zawsze interesujące – współczesne
        intelektualne opcje: Nowa Lewica i Nowa Prawica. Nowa Lewica upatruje w aktywnym
        postmodernizmie nadejścia wyzwalającego chaosu, zaś Nowa Prawica – oczyszczenia
        przestrzeni dla „utworzenia nowego ładu” i umocnienia nowej struktury
        aksjologicznej.

        5. Parenteza – uwolnienie się od skrajności.

        Odejdziemy nieco od głównego wątku i rozpatrzymy dokładniej owo zetknięcie się
        Nowej Lewicy i Nowej Prawicy w kwestii postmodernizmu. Nowa Lewica odróżnia się
        od „starej” cechą, która sama w sobie może służyć za ilustrację tego, co określa
        się istotą modernizmu, Neuzeit. Stara lewica dąży bowiem do rozszerzenia
        kategorii klasycznej racjonalności na globalną teleologiczną ideę i stworzenia
        podstaw dla jak najbardziej rozsądnego i uporządkowanego ustroju, doprowadzając
        do ostatecznych granic fundamentalne założenia Oświecenia.

        Stara prawica odrzuca bardzo podobny racjonalistyczny paradygmat, a przy tym
        odcina się od jego aspektu „zaprojektowanego”, uniwersalistycznego,
        globalistycznego i postępowego. Stara prawica ciąży ku utrzymaniu historycznego
        status quo, ku umocnieniu i konsolidacji już istniejących – społecznych,
        politycznych, państwowych, narodowych, ekonomicznych itd. – struktur w takiej
        formie, w jakiej obecnie funkcjonują.

        Stara prawica może być nazwana „minimalnie racjonalną” na takiej samej zasadzie,
        jak stara lewica – maksymalnie racjonalną.

        Jednak owym głównym opcjom politycznym tradycyjnie towarzyszyły elementy
        radykalne, które wychodziły ze swoich stron polityczno-ideologicznej mapy i
        przekraczały bariery dopuszczalnych postaw. Zwykle nazywa się je „skrajną
        lewicą” i „skrajną prawicą”. W rzeczywistości elementy te były zbyt obce
        zwykłemu ideologicznemu rozłożeniu sił, a ich orientacje świadomie przecinały
        normatywy „nowego czasu”. Właśnie te tendencje, jednak nie w sekciarskiej i
        ograniczonej, ale w otwartej, awangardowej formie legły u podstaw tego, co
        zwykło się nazywać Nową Lewicą i Nową Prawicą. Ich odmienność wobec „skrajnych”
        leżała nie w sferze ideologii, ale w manierze, w stylu stawiania pytań i
        wskazywania problemów. W pewnym sensie byli o­ni bardziej radykalni niż ci
        skrajni, wychodząc cały czas poza zakres zastanych konwencji.

        Tak Nowa Lewica poddała w wątpliwość „totalitarne aspekty komunizmu”, który
        obserwować można było w Związku Radzieckim czy maoizmie. Nie ze względów
        moralnych, lecz śledząc logikę filozofii wyzwolenia, która doprowadziła ich do
        krytyki marksizmu i zdemaskowania jego faszystowskiej natury. Innymi słowy,
        najbardziej konsekwentną formą lewicy był zdeklarowany „otwarty, niedogmatyczny
        anarchizm”. o­n to, w swej ostatecznej wersji podważał cały konceptualny system
        „myśli postępowej”, której zasady zostały wyłożone w epoce Oświecenia. Źródło
        „dyktatury” i „eksploatacji” ujawniło się w samym sednie idei, które dla
        przedstawicieli starej lewicy było podstawowym narzędziem wyzwolenia. Oczywiście
        później następował chaotyczny a-racjonalizm odrzucający jakiekolwiek sztywne i
        utrwalone kody i racjonalizacje aż do takich giętkich i kompleksowych modeli,
        jak freudyzm (zob. krytykę freudyzmu u Deleuze’a i Guattari w „Anty-Edypie”wink.

        Nowa Prawica przeszła natomiast analogiczną drogę, ale w odwrotnym kierunku.
        Jednym z ojców duchowych tej myśli był Julius Evola, ekscentryczny polityk,
        filozof i ideolog, który postrzegał całą historię współczesnego świata –
        poczynając niemal od początków chrześcijaństwa – jako epokę degeneracji i
        zwyrodnienia, i przeciwstawiał temu dawniejszy ideał tradycyjnych społeczności
        antyku. Na poziomie filozoficznym oznaczało to całkowity rozbrat z racjonalizmem
        we wszystkich jego przejawach, a zatem i ze starą prawicą ograniczoną
        „nacjonalizmem”, „etatyzmem”, konwencjonalną religijnością i moralizmem. Nowa
        Prawica – przede wszystkim Alain de Benoist, Giorgio Locchi itd. – na pozór
        modernizowali dyskurs tradycjonalisty Evoli. Dodali doń wiele kulturowych,
        filozoficznych i naukowych warstw, które wyrażały ową ideę na innych
        płaszczyznach językowych. We współczesnej filozofii i fizyce nurt ten otrzymał
        nazwę „holizm”, z greckiego holos – „cały”. W ślad za Evolą nowoprawicowcy
        utrzymywali, że duch współczesności opiera się na „spreparowanej całości”, na
        dokonywaniu podziałów i dotyczy to zarówno sfery myśli, jak i polityki. Nowa
        Prawica poddała całościowej rewizji prawicową ideologię, odrzucając większość
        jej postulatów –
        • dobrowoj Re: Post modernizm? – Aleksander Dugin 14.03.07, 22:08
          Nowa Prawica poddała całościowej rewizji prawicową ideologię, odrzucając
          większość jej postulatów – „państwa-narodu”, „moralności”, „ksenofobii”,
          „elitaryzmu”.

          Nowoprawicowcy i nowolewicowcy byli o wiele bardziej postmodernistami niż
          modernistami, jeśli pod pojęciem postmoderny rozumieć będziemy jego wersję
          aktywną. Można też jeszcze bardziej uściślić stosunek ich wspólnych
          postmodernistycznych tendencji i wyjaśnić, do jakiego stopnia pozostają o­ne
          jednakowe.

          Nowolewicowi postmoderniści zakładają, iż wyzwolenie od „terroru rozsądku”
          następuje w sytuacji granicznej, dynamiczno-chaotycznej oraz w sprowokowanym i
          kontrolowanym szaleństwie. Społecznym odpowiednikiem tego jest orgiastyczne
          święto rewolucji, performance pomieszania zmysłów, zburzenie hierarchii,
          saturnalia, potlacz. Przy tym, choć sami nowolewicowcy uporczywie nie chcą
          rozmawiać o „programie twórczym”, inercja odejścia od klasycznej racjonalności
          umieszcza ich po tej stronie cienkiej błony „dynamicznego chaosu” i zmusza do
          akceptacji. Tak np. Gilles Deleuze w „La logique du sens” w ślad za Antoninem
          Artaudem mówi o „nowej powierzchowności” i „ciele bez obrazów”, co dokładnie
          odpowiada inicjacyjnej koncepcji „nowego człowieka” czy „nowej twórczości”.
          Julius Evola, znakomity specjalista w dziedzinie ezoteryki właśnie na
          analogicznych inicjacyjnych teoriach oparł swoje wzorce polityczno-ideologiczne.
          Etapy inicjacji dzielą się na negatywne („brudna robota”, rozprężenie, chaos) i
          pozytywne („czysta praca”, tworzenie zalążka „nowego”, nowa harmonia). Program
          „chaotycznego anarchizmu” Deleuze’a odpowiada pierwszemu stadium działania
          inicjacyjnego. Jego społecznym przejawem jest rewolucja, powstanie, orgiastyczny
          performance itd.

          Nowa Prawica szczególnie akcentuje ponadto drugie stadium twórcze, budowę
          „nowego ładu”, powrót sacrum, z tym, że możliwe jest o­no tylko po radykalnym
          wyzwoleniu się od „klasycznej racjonalności” i jej wytworów społecznych. Chaos
          Nowej Lewicy staje się zalążkiem porządku Nowej Prawicy. Jeśli mówimy tylko o
          płaszczyźnie teoretycznej, trudno jest nam przewidzieć, do jakiego stopnia
          rozpościerać się będzie wspólna droga tych dwu wersji „aktywnego postmodernizmu”
          i kiedy popadną o­ne (o ile w ogóle popadną) w sprzeczność. Całkiem logiczne
          jest przypuszczenie, że nie każdy chaos zechce się przeobrazić w „nowy ład”,
          preferując pozostanie w takim zdecentralizowanym stanie, co niechybnie pociągnie
          za sobą nowy rozłam.

          Jest pewna historyczna osobliwość, która nie dopuszcza dyskusji o realnej
          współpracy nowolewicowej i nowoprawicowej wersji postmodernizmu. Rzecz w tym, że
          w Europie (szczególnie we Francji) przez kilka dziesięcioleci z rzędu Nową
          Lewicę uważano za główny element intelektualnego establishmentu i tym samym Nowa
          Prawica była poddawana kulturowej dyskryminacji i spychana na margines, mimo że
          z czysto teoretycznego punktu widzenia ich ciężar intelektualny był na równym
          poziomie. Z tego powodu nawet w przypadkach li tylko radykalnego nonkonformizmu,
          lewicowcy przyrównywali się do „ekstrawaganckich dziwaków”, a prawicowcy, nawet
          ci bardziej umiarkowani, z oburzeniem odżegnywali się od nazywania ich
          „faszystami”. Dlatego też między tymi dwiema ideologicznymi rodzinami, tak
          podobnymi w ogólnej strategii, pojawiła się sztuczna społeczna przepaść. Skutki
          tego odczuwane są aż do czasów obecnych, gdy sama Nowa Lewica w szybkim tempie
          marginalizuje się i rezygnuje z prawa do wypowiedzi w liberalnym establishmencie.

          Najważniejsze jednak zawiera się w tym, że obie wersje aktywnego postmodernizmu
          w całości sprowadzają się do skrajnego, kulturowo-ideologicznego sektora, jaki
          postaramy się zestawić z uogólnionym „biernym postmodernizmem”, tzn. z otwartym
          i natarczywym następstwem tych fenomenów, które określa się mianem post-historii
          i postindustrialnego społeczeństwa.

          Zbliżenie czy wręcz zlanie się teoretyczne Nowej Lewicy i Nowej Prawicy w jednej
          aktywnej postmodernistycznej koncepcji nie rozwiązuje fundamentalnego problemu
          totalizacji post-historii. Innymi słowy, aktywna i bierna postmoderna
          rozpatrywane są w innych kategoriach. Pierwsza – elitarno-marginalna, druga –
          agresywno-totalna wspierana podstawową logiką historii, nie zmieniającej swego
          głównego kursu w ciągu ostatnich stuleci, ale dochodzącej do ostatecznych granic.

          Istota problemu tkwi w tym, że z powodu „przespania modernizmu” czy pokonania
          totalnych granic „klasycznej racjonalizacji”, tzn. zdobycia możliwości
          utrzymania pozycji alternatywnych rozwiązań, nie bojąc się poddania
          „oświeceniowej cenzurze” aktywni postmoderniści stracili ten
          społeczno-historyczny podmiot, dla którego podobne stwierdzenia, podobne
          wezwania miały jeszcze jakikolwiek sens.

          Innymi słowy, przebiegłość post-historii polega na tym, że jest o­na zdolna
          przyporządkować sobie swoją antytezę i utorować jej drogę.

          6. Nieobecne centrum.

          Temat „nieobecnego centrum” w przytoczonych na początku artykułu regułach
          Charlesa Jencksa okazuje się być znamienny. Można wyobrazić sobie taki obraz:
          „klasyczna racjonalność” rezygnuje z autorytarnej dominacji i pozostawia
          centralne miejsce pustym. Pojawia się tu jednak podstawowy warunek: miejsce to
          musi pozostać puste także w przyszłości. Aktywni postmoderniści – nowolewicowcy
          i nowoprawicowcy – cieszą się tymczasem, że „idol” odszedł i przygotowują się do
          zajęcia owego miejsca w taki sposób, że w ich rękach koncentruje się
          alternatywny projekt, cała logika i mechanizm nie-moderny czy jej wewnętrznej
          struktury. Jednakże nie uwzględniają o­ni jednego zasadniczego szczegółu. Otóż
          klasyczna racjonalność, wielkie meta-narracje współczesności samounicestwiają
          się nie pod działaniem zewnętrznych sił, nie pod naciskiem wewnętrznej
          alternatywy i nie dlatego, iż uznają swoją niesłuszność, ale dlatego, że dążą do
          znalezienia nowej formy egzystencji, która wchłaniałby przeciwieństwa – nie
          walczyła z nimi, ale wsysała je w siebie. Inaczej rzecz ujmując, w
          postmodernizmie szuka ostatniego i triumfującego etapu duch samego modernizmu,
          wszak w ostatecznym rozrachunku jest to budowanie czegoś racjonalnego w sposób
          niemądry, gdzie rozsądek i jego działanie obracają się wokół zupełnej pustki.
          Uznanie jednak takiej okoliczności może doprowadzić do traumatycznego rozdarcia
          i wezwania ku czemuś innemu („witalnej sile duchowej” Bergsona, „nadracjonalnemu
          intelektowi” tradycjonalistów, ku „ciemnemu mgnieniu” Błoka czy „przeklętej
          części” Bataille’a, teorii chaosu Prigogine’a i Mandelbrota, ku nadczłowiekowi
          Nietzschego itd.). W tym wypadku chodzi o rewolucję i może okazać się to próbą
          utrzymania status quo w jego absolutnie maksymalnej formie.

          Post-historia ma wyraźną nadzieję na stworzenie nieskończonego „końca czasów”,
          na zamianę kryzysu racjonalności w coś innego trwającego wiecznie, w modus
          vivendi, w szczelnie chroniony, samozamknięty styl, na uczynienie z depresji
          obojętności, z konstatacji – ironicznej aluzji, a z egzystencjalnego horroru –
          aspiryny. Nieobecne centrum, gdy się ujawni, wykonuje ważniejsze historyczne
          zadanie. Nie chcąc dłużej ukrywać swoich forteli, które leżą u podstaw moderny,
          Neuzeit, post-historia usiłuje raz na zawsze zahipnotyzować rzeczywistość w taki
          sposób, że dobrowolnie demonstruje swoją znikomość czyniąc tym samym aluzję do
          tego, iż potencjał immanentnego „nic” jest nieporównywalnie większy od
          potencjału „czegoś”.

          Puste miejsce w centrum. Nie dla nas, ale i nie dla was.

          W szybkim tempie
          • dobrowoj Re: Post modernizm? – Aleksander Dugin 14.03.07, 22:08
            W szybkim tempie dokonuje się wydarzenie o kolosalnym znaczeniu – aktywny
            postmodernizm, postmodernizm jako alternatywa, jako przezwyciężenie, jako coś
            innego niż modernizm ujawnia brak wymiaru historycznego, traci o­ntologiczną i
            gnozeologiczną (epistemologiczną) sensowność, roztapia się w biernym
            postmodernizmie (post-historii i postindustrialnym społeczeństwie), transformuje
            się w widmo, staje się ogniwem złożonego łańcucha jednego z przypadkowych
            „trudnych zespołów”. Zamiast autentycznego a-racjonalnego chaosu następuje jego
            imitacja, „pozorny nieład”, „fikcyjna imitowana wolność”.

            Trudno – co oczywiste – dokładnie przewidzieć przyszłość, ale najprawdopodobniej
            teza Baudrillarda jest usprawiedliwiona. Post-historia zdoła pochłonąć
            postmodernizm w jego alternatywnej wersji. Według jakiejś dziwnej prawidłowości,
            jeden po drugim odchodzą na naszych oczach ludzie, którzy uświadamiali sobie
            możliwość innej drogi – Deleuze, Debord, Guattari, Kurechin...

            Centrum pozostaje puste tylko pod tym warunkiem, że nikt go nie zajmie. Ostatni
            fortel moderny – samemu wystąpić w roli własnego wroga.

            Już Debord wskazywał, że najskuteczniejsze narzędzie Systemu to nie sztywny
            podział ról przyjaciel – wróg, ale miękka integracja, odzyskanie, zaokrąglenie
            kątów, wchłanianie antytez.

            Postmodernizm z całą właściwą mu dwuznacznością i rozmyciem znaczeń – oto
            idealne narzędzie osiągnięcia tego celu.

            W jaki sposób gwarantowana jest nieskończoność postmoderny? Ano w taki, że
            kończy się czymś, co uprzednio zostało stwierdzone i prognostycznie potwierdza
            się, iż coś nastąpiło, wreszcie, że to nie nastąpiło. Tak samo pojawia się
            unikanie tego, że – zgodnie z każdą logiką – powinno było się urzeczywistnić i
            nastąpić.

            7. Czarna, czarna noc.

            Jeśli chcielibyśmy analizować sytuację jak najbardziej rzetelnie, to powinniśmy
            skonstatować, że radykalny pesymizm Baudrillarda jest słuszny. Oznacza to, że w
            swoim masowym przejawie, w makroskali, postmodernizm jawi się jedynie jako
            dodatkowy wymiar post-historii i styl postindustrialnego społeczeństwa. Innymi
            słowy, w przytłaczającej większości przypadków postmodernizm jest bierny.
            Aktywny postmodernizm, wspólna doskonała koncepcja Nowej Prawicy i Nowej Lewicy
            przedstawia sobą widmo, cień migocący na krawędzi bytu, nie potrafiący wcielić
            się w podmiot historii. Przy tym nie chodzi tylko o wewnętrzną słabość i
            niewielkie znaczenie nonkonformistycznego bieguna. Sam System czynnie
            przeszkadza i uprzedza jakiekolwiek możliwości ukonstytuowania alternatywy i
            zespolenia jej w jedną całość – nawet w skali mikro. Gigantyczne siły
            post-historii tracą energię na to, by nie dopuścić do syntezy Nowej Lewicy i
            Nowej Prawicy nawet w sytuacji, w której przedstawiają o­ne znikomy procent w
            masowym społeczeństwie. Postindustrialne społeczeństwo bardzo poważnie odniosło
            się do idei Bella w kwestii ważkiego zagrożenia, jakie kultura stwarza
            technokracji. Dlatego też technokracja dąży do zupełnego podporządkowania sobie
            i oswojenia kultury, a tam, gdzie napotka sprzeciw, włącza się aparat represji.
            Tak było w przypadku francuskiej intelektualistycznej gazety „Idiot
            International”, brutalnie rozgromionej przez System w roku 1993, absurdalnie
            obwinionej o „czerwono-brunatną” orientację. Pod tym upokarzającym terminem
            rozumie się nonkonformistyczny alians aktywnych postmodernistów z różnych opcji
            ideologicznych. I rzeczywiście, w kolegium redakcyjnym byli nowolewicowcy,
            komuniści, nacjonal-bolszewik Limonow, guru nowoprawicowców Alain de Benoist i
            wiele innych politycznie oryginalnych osobistości. Gazeta została zlikwidowana,
            a jej redaktorzy zmuszeni do przejścia przez poniżający proces publicznego
            kajania się. Mimo pozorów, postindustrialne kapitalistyczne społeczeństwo
            pozostaje w swej istocie brutalnie totalitarne.

            Nie pozbawimy aktywnego postmodernizmu prawa do istnienia – wręcz przeciwnie,
            sami siebie postrzegamy jako przedstawicieli tego nurtu. Nie jesteśmy jednak
            skłonni żywić złudzenia, że owa tendencja się urzeczywistni. Jeśli mogłaby
            uzyskać minimalną społeczno-historyczną potęgę, weszlibyśmy w epokę Rewolucji i
            chimera post-historii rozwiałaby się jak poranna mgła. Należy robić wszystko,
            aby tak się stało.

            Z drugiej strony powinniśmy obawiać się przyjęcia czegoś prawie nieistniejącego,
            migocąco-potencjalnego za rzeczywiste. Jeśli wpadniemy w tę pułapkę, to
            niepostrzeżenie społeczeństwo spektaklu, post-historia i bierny postmodernizm
            pochłoną nas samych, zamienią w gadżet, w reklamową parodię, w
            postmodernistyczną, dwuznaczną, synkopowaną i chwiejną sztampę. Aktywny
            postmodernizm – radykalna antyteza post-historii, czynne roztapianie
            istniejącego Systemu, dobitne i zwycięskie potwierdzenie pustki jego centrum.
            Owa pustka zamiast pozostać kokieteryjną, powierzchowną, delikatną, zabawną i
            pretendującą do wieczności, powinna ujawnić się jako bezdenna otchłań
            o­ntologicznego unicestwienia.

            Innymi słowy, aktywny postmodernizm stanie się rzeczywistością tylko wtedy, gdy
            współczesny świat wpadnie w pustkę swego własnego centrum, zostanie pożarty
            przez rozbudzony chaos, który zrzuci System w mrok dogorywającego strachu i
            chorobliwego, obrzydliwego rozkładu. W miejsce „pozytywnego zaprzeczenia”
            wiecznie ślepej ewolucji biernej postmoderny, post-historia przyjdzie jedyna i
            niepowtarzalna jako wyjęta z gry teatru cieni synkopa Rewolucji i „niszczące,
            katastroficzne odrzucenie” – nie umowne i nie stylowe, lecz surowe,
            barbarzyńskie, mściwe. Dopóki tego nie ma, dopóki post-historia zachowuje pełną
            władzę i sprawuje kontrolę, nasz biegun balansuje na krawędzi bezdenności,
            pół-istnienia, rozkładu eschatologicznej siły. I naszym obowiązkiem jest
            akceptować go dokładnie takim, jaki jest. To tragiczne, ale i odpowiedzialne.

            Aktywny postmodernizm jako post-postmodernizm, jako koniec postindustrialnego
            społeczeństwa i ostateczna Rewolucja stoi pod znakiem zapytania. Może nastąpić
            albo i nie. Na razie obserwacje popychają nas do wniosku, że nie będzie mu łatwo
            się spełnić. Jednak jest coś, co nie podlega wątpliwości, co jest bezwarunkowe i
            absolutnie nieuchronne – koniec historii nie będzie trwał wiecznie, mimo
            wszystkich jej roszczeń. Owa pozorna nieskończoność końca to ostatnia iluzja
            eonu, który osiągnął już swój kres.

            Immanentny proces zapewne nie przejdzie przez czarodziejską krawędź od
            nieskończenie małego do żadnego, od prawie nic do zupełnego nic, od
            quasi-nieistnienia do całkowitego nieistnienia. Dążenie do teleologicznego
            punktu pragnie rozciągnąć w nieskończoność, by maksymalnie zbliżyć się do niego.
            Jak w paradoksie Zenona, gdzie żółw usiłuje wykonać kilka drobnych kroczków,
            żeby prześcignąć Achillesa – zwiastuna śmierci.

            Czas ma wrażenie, że zbliża się jego koniec. Że nadchodzi nowy czas – czas
            końca. I ze strachu zbacza z prostej drogi – zawija się w spirale, zawraca,
            rozdrabnia się, naśladuje kolejne z niezliczonych kwantów, których analityczne
            roztrząsanie jednego za drugim oddala i oddala końcowy akord. Proces pragnie
            przeżyć swój kres, zachować się w innym bycie chimerycznej wirtualnej
            rzeczywistości, na ekranie wyimaginowanej gry, w klonach i atrapach rzeczy i
            istnień. Wynalazczość konającego automatu jest niemal nieograniczona.
            Urzeczywistnia się o­na w strategii biernego postmodernizmu, który uznaje samego
            siebie za absolutny styl, jako że ma możność wielokrotnego przetwarzania
            wszystkich historycznie utrwalonych lub symulowanych sytuacji.

            Po postmodernizmie nie może nastąpić żaden inny nurt, ponieważ jest to styl
            absolutny. Stanie się o­n totalnym tylko w tym wypadku, jeśli poradzi sobie z
            migocącym, aktywnym postmodernizmem. I wtedy iluzja nieskończoności stanie się
            faktem. Ale nawet wtedy pozostanie o­na tylko iluzją.

            Wszystko ma
            • dobrowoj Re: Post modernizm? – Aleksander Dugin 14.03.07, 22:09
              Wszystko ma swój kres. Jest to koniec sam w sobie ostateczny. Koniec raz na
              zawsze. Gaśnie ekran halucynacji nazywanej współczesnym światem. W proch
              rozsypują się ciała telewidzów, papiery wartościowe, komisariaty policji,
              pedantyczni politycy w garniturach, dziadkowie Scrudge z Komisji Trilateralnej i
              Chase Manhattan Bank, szaleni naukowcy ze sklonowaną owieczką Dolly, kolorowe
              czasopisma z opalonymi dziewczynami na plażach i perwersyjne typy o chytrych
              oczach kreślące „nowy porządek świata”.

              Czarna noc nadchodzi bezgłośnie i bezpowrotnie. To nie ulega wątpliwości. Jakich
              by nie użył forteli czas u progu tajemnicy rzeczywistego ostatecznego końca a
              nie jego simulacrum i tak ktoś pochwyci twardą ręką tę chronologiczną żmiję ze
              śliską szyją i płaskim łbem. I czerep ów razem z jadowitym żądłem zostanie raz
              na zawsze zawinięty i ukręcony.

              Dokładnie tak. Z całą pewnością. Bez wątpienia.

              Ale jest chwila, jest czas. Jest bicie serca i dźwięk gwiazdy, gdy to wreszcie
              nastąpi. Czarna, czarna noc.

              Aleksander Dugin
              tłum. Karolina Bielenin

              ______________

              Tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Elemienty” nr 9, 1999, przedruk za zgodą
              autora.
    • pani.psycholog.z.pociagu Welcome to Babylon - wyglada to na bardzo staranna 17.03.07, 11:41
      analize.

      dobrowoj napisał:

      > 1. Obecne unikanie definicji.
      >
      > W ciągu ostatnich 10 lat wyrażenia “postmodernizm” i “postmod
      > erna” używane są
      > tak często, że stają się banalne, zwyczajne i pozbawione znaczenia. Treść tych
      > terminów pozostaje niedookreślona i płynna. Brak zgody co do definicji pojawia
      > się i u krytyków, i u artystów, i u znawców sztuki, i u filozofów. Zjawisko to
      > jest określane bardziej intuicyjnie i w sposób przybliżony. A tak, jak
      > “postmoderna” umyślnie dąży do bycia dwuznaczną, “aluzyjną
      > 221;, pojawiającą się
      > równocześnie na wielu płaszczyznach, tak wymykanie się ze sztywnych ram
      > definicyjnych stanowi jedną z jej podstawowych cech charakterystycznych.
      >
      > W zasadzie nie jest to niczym nowym. Jakikolwiek proces nie zakończony, będący
      > w rozwoju, z konieczności jest sprzeczny, wielopłaszczyznowy i nieokreślony.
      > Potwierdza to nawet etymologia słowa: nieokreślony, czyli taki, który nie
      > uzyskał jeszcze określenia – granicy, nie ujawnił swego celu. Jest wciąż
      > żywy
      > i może urzeczywistnić się w sposób, który wszystkich zadziwi. Nieostrość
      > terminu “postmodernizm” jest wyraźnym świadectwem jego aktualności.

      To, ze postmodernizm nie ujawnil celu, nie znaczy, ze takiego nie ma. - Celem
      jest juz sama droga - czyli sam proces ksztaltowania -, ktora wszak zawsze
      dokads prowadzi. Wyniki tego procesu interpretowac mozna z wielu perspektyw,
      ktore jednak zawsze pozostana subiektywne.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka