secondmichaela1
05.06.10, 11:32
Jestem mężatką od 5 lat i nie jestem szczęśliwa w moim małżeństwie.
Mamy 2 letnią córeczkę.
Nie kocham męża, nie chcę spędzac z nim czasu, najchętniej
chciałabym żeby go nie było, żeby zniknął i nigdy nie wracał i dał
mi święty spokój. Nie cieszę się, kiedy mam wracac do domu, a on tam
jest, a seks (jak już jest chwilę między nami <dobrze> to tylko
obowiązek, a nie przyjemnośc, a nawet stres, żeby nie zajśc w ciąże
(chociaż się zabezpieczamy). Nie chcę z nim miec drugiego dziecka,
bo mnie totatnie nie wspiera, nie czuję w nim oparcia w niczym. To
raczej on jest dla mnie kulą u nogi. Często płaczę sobie. Rzadko
jest u Nas dobrze, a kłótnie i niedogadanie to chleb powszedni. Jak
jest <dobrze> to tylko przez chwile i też mi się chce płakac, bo to
jest udawanie. Takie są moje uczucia teraz. A dlaczego? Za wcześnie
wzięliśmy ślub, byliśmy niedojrzali przez co wiele błędów robiliśmy,
mąż się wszystkiego czepiał - był zazdrosny, każdą miłą chcwilę psuł
(bo wydawało mu się, że ja się na kogoś patrzę itd - mnóstwo
przykładów, mnóstwo łez). Mogę z czystym sumieniem powiedziec, że
kiedyś kochałam męża (tak mi się przynajmniej wydawało), ale przez 5
lat małżeństwa totalnie to uczucie zrujnował i teraz nie chce mi się
przykładów wymieniac, bo było ich bardzo dużo.
Zepsuliśmy nasze relacje totalnie, nie mamy do siebie za grosz
zaufania, szacunku, dochodzi między nami w kłótni do bijatyki.
Nie potrafię życ z moim mężem i to jest ten problem. Staram się,
żebyśmy przy dziecku się nie kłócili, ale czasem to nie wychodzi,
zresztą córcia i tak wyczuwa, kiedy jestem zdenerwowana.
Czuję się, jakbym wpadła w jakąś dziurę, z której nie ma wyjścia, a
ja (ta kiedyś radosna, zadowolona z życia dziewczyna) umieram, albo
już umarłam (bo teraz jestem ciągle przygnębiona, zmęczona życiem,
płaczliwa).
Nie chcę tak życ. Wiele razy chciałam się rozstac, mąż parę razy się
już wyprowadzał, a potem wracał z obietnicami, że będzie lepiej, itd.
Czasem jak się kłócimy, a ja go już proszę żeby się wyprowadził on
mnie straszy, jak to będzie dla mnie okropny, wredny itd. jak się
rozstaniemy, że będzie zawsze kładł mi kłody pod nogi, zabierze mi
dziecko, itd. I ja w to wierzę, bo on taki jest. Jak jest dobrze, to
jest dobrze (czyli wtedy, kiedy ja od niego nic nie chcę), a jak
jest źle, to zachowuje się jak diabeł.
Nigdy bym nie przypuszczała, że tak mi się życie ułoży.
Mam tylko jedno do was wszystkich pytanie, co wy byście zrobili
jakbyście się czuli tak jak ja?