krasnoloodek
12.04.05, 15:49
każdy ma jakieś wady i zalety - to oczywiste, że ideału nie ma. Niektóre z
nich moga być mniej znaczące a inne doprowadzają nas do szału. I tak się
własnie zastanawiam jak doprowadzić sztukę kompromisu do perfekcji? Czy
jeżeli ja zrezygnuję z czegoś bo mój M tego nie chce, nie lubi itp. to czy
już on w pewnien sposób mnie ogranicza? NIe myślę o jakiś patologicznych
sytuacjach i wymuszeniach z jego strony.
w związku zawsze trzeba z czegoś zrezygnować, choćby w najmniejszym stopniu.
Żyjemy przecież dla siebie, ze sobą a nie obok siebie. Czytając posty na tym
forum i nie tylko, zauważyłam takie rady/komentarze: "jeśli on każe prać
tobie swoje skarpety to uciekaj!!!" (nie cytuję żadnej wypowiedzi tylko
ogólnie "taką myśl w pigułce"). na pewno każda z nas powinna odczuc ten
moment kiedy zaczyna się poświęcać a nic w zamian nie dostaje, że kopromis
(pozorny własciwie) nie daje dwustronnej korzyści. Jeśli w wielu sprawach się
nie zgadzamy to już znaczy, że nie jesteśmy dla siebie stworzeni? Wtedy
trzeba pójśc na kopromis ale ile razy można tak rezygnowac dla "dobra ogółu"?
trochę się poplatałam w zeznaniach :) ale mam nadzieję, że w miarę wiadomo o
co chodzi.
Wiem, że każdy przypadek trzeba oceniać osobno. Czy macie jakieś ogólne
spostrzeżenia i doświadczenia w temacie kompromisu. Można dużo mówić/pisac
ale jak to się sprawdza w praktyce?