totalnieskolowana
02.08.05, 22:11
Z miłością mojego życia spędziłam 6 lat.Rozstaliśmy się, bo ja "światowa
kobieta" (ironia) szukałam czegoś więcej, on nie dawał mi stabilizacji, domu,
wciąż zabawy i imprezy. Kochał mnie nad życie. Ubóstwiał, rozpieszczał,
znosił każdy największy cios z mojej strony. Ja jego też. Nadal kocham - tego
jestem pewna.
Ciągłe wyjazdy oddaliły nas od siebie. Pokazały jak łatwo żyć z daleka.
Dlatego łatwo było odejść. Nie przewidziałam tylko, że tym razem droga
powrotu będzie zamknięta..
Już po kilku tyg poznałam kogoś nowego. SIlna fascynacja. Szybki rozwój
sytuacji, szczęście, euforia, zakochanie. Po kilku miesiącach zdecydowaliśmy
się na dziecko. Za miesiąc mam za niego wyjść..
Problem w tym, że fascynacja opadła odsłaniając bolesną rzeczywistość. To nie
on. To nie mój mężczyzna. To nie on miał stać u mego boku. To nie z nim
miałam dzielić cały świat i zakładać dom..
Jest już za późno. Z ciążą są problemy. Źle się czuję fizycznie, psychicznie
jeszcze gorzej. Przeżywam nagonkę z każdej strony. Szczególnie rodziny, która
kochała byłego. Przyszły mąż kocha mnie i dziecko za nas dwoje. Jest cudowny,
wytrwały, mądry, wspaniały. Ale nie jestem pewna, czy czuję miłość. On wyczuł
te obawy..
Czy ktokolwiek był w takiej sytuacji? Czuję się jak gówniara, której opadły
klapki z oczu. W którą stronę się zwrócić?