xerocopia
13.09.05, 17:03
Jestem studentka I roku, juz praktycznie drugiego. Studiuje prawo w Krakowie,
na dziennych, bezplatnych studiach. Nie jestem z rodziny prawniczej. Moi
rodzice zarabiaja calkiem niezle (mama jakies 3500, tata 1500). oprocz mnie na
utrzymaniu maja moja siostre (jest w II klasie gimnazjum). Chodzi mi o to, ze
moja mama co miesiac daje mi na zycie 600 zl. Mieszkam z chlopakiem, ktory co
prawda od rodzicow dostaje tez tyle, ale jego matka jest bez pracy, a ojciec
nie zarabia zbyt wiele. On dostaje jeszcze pieniadze od dziadkow, oraz
pracuje, zarabia 1500 zl. Czyli w sumie ma mase pieniedzy. gdyby nie on, to
nie wiem, co bym zrobila. Bo jak przezyc za 600 zl? wynajmujemy razem
mieszkanie, to jest bardzo okazyjny wynajem, placimy po 350 zl plus rachunki
(bez wody). Zima rachunki sa dosc wysokie (gazowe ogrzewanie), siegaja 350
zl.Tak wiec na jedzenie, ubrania oraz pomoce naukowe zostaje mi niecale 100
zl. jak ja mam za to wyzyc? glupio mi byc na utrzymaniu mojego chlopaka,
czesto placze po nocach, bo mam skapa matke. Rodzice splacaja co prawda
kredyt, ale rata przeciez nie jest wyzsza niz 800 zl, tak wiec nie wiem, co
oni robia z pieniedzmi i czy sobie wyobrazaja, ze krakow jest tani, czy co?
Nigdzie nie chodze ze znajomymi, na zadne piwo, do zadnej knajpy, czuje sie i
jestem jak odludek, ale zal mi na to kasy, skoro wiem, ze mi moze na jedzenie
nie wystarczyc. Do kina zawsze chodze na koszt mojego chlopaka, ktoremu nie
przeszkadza, ze mnie utrzymuje. Bardzo chcialam dostac stypendium naukowe, ale
zabraklo mi 0,1 do sredniej. Gdy wybieralam sobie kierunek studiow, mama
wyliczyla, ze bedzie mi dawac 1000 zl co miesiac. Cieszylam sie, bo
pomyslalam, ze moglabym sobie czesc pieniedzy odlozyc, i miec po roku na jakis
wiekszy zakup. Niestety, w pierwszym miesiacu na konto wplacila mi 700 zl,
zdarzaly sie tez wplaty 500 zl... Ja wiem, ze sa ludzie, ktorzy zyja za mniej,
ale juz troche jeste podlamana, a matka nie rozumie nic, w ogole ja nie
potrafie sie upomniec o wiecej pieniedzy... Moze ona mysli, ze jesli ja
przyjezdzam do domu raz na dwa tygodnie (mam daleko, bilety sa po 14 zl w
jedna strone, czyli 56 zl miesiecznie, a moze dwa razy dostalam od taty jakies
jego zaskorniaki na bilet...) i biore troche jedzenia (zwykle dwa kotlety
schobowe, sloiczek salatki jarzynowej, 5 golabkow albo pol kilo miesa
mielonego) to mi to wystarcza? nigdy podczas studiow nie kupilam sobie szynki,
ani zadnej wedliny, ciagle tylko dzem albo pasztet. Czasem moj chlopak cos
kupi... na obiady gotuje najczesciej makaron z tesco (pol kilo za niecala
zlotowke) z jakims sosem, albo ryz. Chodzimy tez na pierogi do taniego baru
mlecznego. Czuje sie jak zebrak. A teraz jeszcze jest nowy rok akademicki,
musze kupic podreczniki za okolo 300 zl (tak mi powiedziala rok strasza
kolezanka), nie ma szans ich dostac w bibliotece, bo to glownie rozne
skrypty... Byc moze uda mi sie je kupic taniej... Przepraszam, ze tak duzo
tekstu, ale sie musialam wyzalic...