nie wiem, czy to jesień, czy hormony, czy coś w powietrzu wisi...
a może za długo czytam Noa, Oszukanego...

Coś mi zabija wrodzony optymizm....
Realizuję kolejne marzenia...pojawiają się następne....
mam wiele, a równocześnie czuję, że nie mam najważniejszego...
I może nigdy nie będę miała......
I ciągle zastanawiam się dlaczego...
Uczę się z tym żyć.....oswajam samotność...a może już dawno ją oswoiłam...
Tylko pojawiają się pytania, dlaczego innym się układa...
I smutek...zniechęcenie...
Bo do pewnych rzeczy , do marzeń potrzeba dwojga....
nawet kawa smakuje lepiej w towarzystwie...
Że śmiech jest tutaj zaraźliwy wiedziałam...ale smutek...???
on nie powinien się rozprzestrzeniać..
I przepraszam, że dziś tak trochę poważniej....bez podtekstów