Wczoraj mój forumowy dobry Friend powiedział [w żartach], że trza by było nade mną jakieś egzorcyzmy odprawić. Niby to w żartach, ale myśl o tym nie daje mi żyć od wczoraj. Bo coś w tym jest. Mam pecha. Mam MEGA PECHA!!! w jednej dziedzinie życia. Zawodowo od zawsze mam takie szczęście, że aż mi głupio. Jeśli chodzi o znajomych - też większości można mi zazdrościć. Rodzinnie? Hmmmm... bywa różnie, ale ostatnio nad wszystkim panujemy
Tylko uczuciowo... nic mi nie wychodzi... nic a nic... Trudno jest mi się przekonać do kogoś, a jak mi się udaje, to okazuje się, że pan: nie chce/ nie może/ nie potrafi/ jest po przejściach/ szuka przygody/... milion innych powodów/
Ja wiem, że to jest zlepek różnych czynników - mojego mega PECHA, mojego przyciągania nieodpowiednich facetów i pewnie jeszcze czegoś, ale... ja już jestem zmęczona. Chciałabym wreszcie normalności, chciałabym, by było dobrze... obiecuję sobie, że daję sobie spokój z facetami, ale... jak pomyślę o tym, że miałabym być sama do końca życia, to robi mi się niedobrze. Nie chcę!!!
Wybaczcie mi, że marudzę. Mam na to czas do 23 grudnia do 23:59. Bo mówi się, że jaka Wigilia, taki cały rok. Więc ja w Wigilię nie włączam komputera, wyłączam telefon, nie palę i nie piję, nie płaczę i nie marudzę!!! Dlatego dzisiaj zaczynam, by do piątku skończyć