jazzify
07.05.12, 20:33
Tchnięta wczoraj rozmową z kimś znów płodzę. Macie swoje życiowe plany B czy raczej go with the flow? Ze mnie jest urodzona Pani Planistka. Nie są to plany dalekosiężne (w sensie kilkulatek) bo mam dziwne przeczucie, że z moim szczęściem w życiu w niedługim czasie spadnie mi na łeb żyrandol i będzie to spad śmiertelny. Lub coś w ten deseń. W każdym razie plany B dają mi jakieś tam złudne poczucie bezpieczeństwa. Obecnie nie mam żadnego planu B, co spędza mi sen z powiek. Inna sprawa, że nie widzę opcji na żaden plan awaryjny i miotam się sama ze sobą, a zbliżający się deadline skrapla mi się ciurkiem potu z nerwów po plecach. Nie wiem czy rozumiecie. Życie z dnia na dzień bez żadnego back up'u w kwestiach zasadniczych dla kogoś takiego jak ja to nielichy problem niedźwiadki. Warto też podkreślić, że mnie się plany B prawie zawsze sypią i wszelkie (r)ewolucje życiowe do tej pory odbywały się na pałę. Nie wspomnę, że owe na pałę często przypłacane było solidną dawką nerwów i płaczu bo ja się okrutnie wręcz boję wszelakich zmian i rzeczy nad którymi nie mogę mieć kontroli (a na większość obecnie nie mam wpływu niestety).
Patrząc na znajomych którzy go with the flow myślę, że żyje im się lżej (przynajmniej duchowo), a ja się kuźwa gryzę, szarpię, myślę i próbuję z gówna ukręcić bicz.
A właśnie, tak na marginesie. Jak sobie poradzić ze swoimi własnymi chorymi ambicjami? Bo w tym też leżę i kwiczę ostatnio, a każdorazowe wyjście z nowej pracy kładzie mnie na glebę.