dziwnie się czuję. Pomimo nieciekawych okoliczności rozstania, jakoś tak czegoś brak.

Normalnie to jak Tezeusz obmyślałam, co by tu ugotować, gdzie pojedziemy, co w kinie?
Wiem, powiecie, że marudzę, bo i marudzę przeca, ale człowiek się przyzwyczaja łatwo do dobrego. A jak sobie pomyślę, że zaś te weekendy w samotności, to mi zwyczajnie smutno.

Nie mam takich pomysłów jak Witek, nie znam miejsc z samotnymi facetami na wystawach... A zresztą i tak najpierw trza przetrawić tamto, wyciągnąć wnioski i one też nie są za ciekawe.
Czytałam, co tu pisaliście. Wyszło, że czepiałam się Bogu ducha winnego gościa, więc muszę sie przyjrzeć także sobie. Może to jego osaczanie mnie było w części w mojej głowie? No ale fakty były jakie były... Dziękuję Margott za konkret. I paru innym osobom, co próbowały mi zwyczajnie dodać otuchy. A całej reszcie za dobrą zabawę. W końcu poprawiacie mi ustawicznie humor.

Właściwie to nie wiem, co tak naprawdę chciałam.

Chyba pomarudzić tylko. Jak ktoś też chce, to mamy wątek Marudy.