pasik
06.04.08, 15:13
świetny artykuł..polecam
Nasz klient, nasz Bóg - japoński savoir vivre w biznesie
Paweł Skotarek
2008-04-05
Jak zarabiać na energii odnawialnej, znaleźć rynek zbytu dla maszyn
rolniczych, nawiązać kontakty z firmami motoryzacyjnymi, jak np. Daihatsu i
Isuzu - to była misja Karola Zarajczyka, dyrektora Ital-Motu, z którą udał się
do Japonii. Jako jeden z nielicznych polskich menadżerów wziął udział w
specjalnym unijnym programie przygotowującym do działania na dalekowschodnich
rynkach, który trwał od października 2006 do października 2007. Po 9
miesiącach nauki, pracy i życia w Tokio japońską filozofię prowadzenia
interesów zna jak mało kto.
- Uchybienia w biznesowym ceremoniale mogą niejednokrotnie zniszczyć w jednej
chwili długo budowane stosunki. Wiele koncernów sparzyło się, bagatelizując
ten aspekt. Potem dziwili się, że uchylone drzwi do rynku japońskiego nagle
zatrzaskują się, bo Japończycy łatwo takich uchybień w etykiecie nie wybaczają
- mówi Karol Zarajczyk.
Executive Training Programme in Japan jest programem organizowanym i
finansowanym przez Komisję Europejską. Zainteresowane rynkami Japonii i Korei
europejskie firmy mogą wysyłać swoich menadżerów do Tokio, by ci, jak filmowy
John Blackthorn - bohater "Shoguna", mogli zrozumieć mentalność Japończyków z
najbliższej perspektywy. A dzięki temu robić lepsze interesy.
Kieszonkowe dla biznesmena
Szkolenie rozpoczyna weryfikacja kandydatów.
- Do Tokio jadą ci, którzy przedstawią najlepszy biznesplan na wykorzystanie
doświadczenia zdobytego w trakcie szkolenia. Jest też egzamin sprawdzający
znajomość języka angielskiego oraz test psychologiczny. I wreszcie rozmowa
kwalifikacyjna w Brukseli, gdzie jest się zasypywanym gradem pytań zarówno
przez przedstawicieli Komisji Europejskiej jak i specjalistów z firmy HR. Na
koniec wszystko oceniają przedstawiciele konsorcjum uniwersytetów oraz
Japończycy - relacjonuje dyerktor Ital-Motu.
Z uczestnikiem podpisywana jest umowa, wg której Komisja przyznaje obecnie
stypendium w wysokości 24 tys. euro w czterech transzach. Ponieważ otrzymuje
się je z pewnym opóźnieniem, niezbędne jest wsparcie macierzystej firmy. To
jednak nie pokrywa nawet połowy kosztów. Wydatki związane z przejazdami i
wszelkimi potrzebami życia codziennego w Japonii stanowią co najmniej drugie
tyle co dofinansowanie z Komisji Europejskiej. Nie każdą więc firmę stać, by
aż tyle zainwestować w specjalistę od japońskiego rynku. Jak dotąd w szkoleniu
w Japonii udział wzięło jedynie kilku menadżerów z Polski.
Karolowi Zarajczykowi wraz z innymi polskimi uczestnikami, wśród których
znaleźli się przedstawiciele biura podróży, firmy handlowej oraz firmy z
branży energetycznej, udało się przejść przez procedury kwalifikacyjne i wziąć
udział w pierwszej edycji programu obejmującej swoim zasięgiem Polskę.
ETP jest opracowany i zarządzany przez konsorcjum europejskich uniwersytetów o
międzynarodowej renomie we współpracy z Waseda University w Tokio i Yonsei
University w Seulu. W Paryżu na prestiżowej uczelni Science Po uczestnicy
dowiadują się informacji na temat historii i kultury Japonii. W Londynie
odbywa się intensywny kurs języka japońskiego.
- To najcięższy etap europejskiej części szkolenia. Zajęcia odbywają się po 9
godzin dziennie, a kurs kończy trudny egzamin. W trakcie tej części programu
największa część uczestników odpada - opowiada Karol Zarajczyk.
Na uniwersytecie Bocconi w Mediolanie odbywają się wykłady z ekonomii i
gospodarki japońskiej. Po zakończeniu modułu europejskiego uczestnicy mają 3
tygodnie na dotarcie do Japonii i tam rozpoczyna się japońska część, która w
sumie trwa 9 miesięcy.
Zderzenie z japońską kulturą
Na miejscu na własną rękę uczestnicy muszą zapewnić sobie lokum.
- Stypedium, wynoszące w pierwszej edycji programu około 22 000 euro z
pewnością nie wystarcza. Stąd też nacisk KE na firmę uczestnika, aby zapewniła
wsparcie finansowe w trakcie trwania szkolenia. Ceny wynajmu mieszkań dla
obcokrajowców w Tokio wahają się pomiędzy 100 000 a nawet 750 000 jenów, w
zależności od wielkości lokum i jego lokalizacji. Mieszkania w Tokio są
niezwykle drogie i równocześnie znacznie odbiegające od europejskich
standardów. Wynika to z niespotykanego na skalę światową zagęszczenia ludności
- mówi Zarajczyk. W japońskim megalopolis (Tokio razem z Yokohamą i kilkoma
mniejszymi mistami na wybrzeżu) mieszka około 35 milionów ludzi.
- Ich potrzeby pod tym kątem są zatem bardzo ograniczone, toteż są to
przeważnie niezwykle małe, dla Europejczyka wręcz niewyobrażalne lokale, nie
posiadające centralnego ogrzewania mimo, że temperatura zimą spada poniżej
zera. W ciągu dnia pracują, dom traktując trochę jak hotel, a wieczorami
przesiadują w restauracjach, gdzie się żywią, popijają piwo i wypalają ogromne
ilości papierosów. Jedynie najbogatsi Japończycy mają domy w europejskim tego
słowa znaczeniu - dodaje.
Pierwsze 6 miesięcy pobytu w Japonii na prestiżowym uniwersytecie Waseda to
intensywny kurs języka japońskiego oraz kurs biznesowo-kulturowy w języku
angielskim. Po tej części przyszedł czas na najciekawszą część programu -
praktyki w japońskiej firmie. Karol Zarajczyk trafił do Fiat Auto Japan, gdzie
odbywał staż przez 3 miesiące.
- Od strony organizacyjnej to najgorsza część programu - relacjonuje dyrektor
Zarajczyk - Europejscy organizatorzy nie zapewnili tych praktyk i uczestnik
musiał zorganizować je sam. Wiązało się to z poważnymi trudnościami, ponieważ
Japończycy są niezwykle ostrożni w zatrudnianiu Europejczyków. Budziło to ich
zdecydowany opór. Ich ostrożność wiąże się z obawami o wpuszczanie konkurencji
z Europy do ich firm. Ponadto przywiązują ogromną wagę do kontaktów i faktu
bycia przez kogoś poleconym. Dlatego ratunek stanowił tu uniwersytet, który
śmiało można nazwać nawet legendarnym - otwierał uczestnikom niejedne drzwi i
jego pomoc okazywała się nieoceniona w tym zakresie.
Japończycy przywiązują bardzo dużą wagę do etykiety, a w interesach w
szczególności. W kontaktach biznesowych są ostrożni i bardzo nieufni w
stosunku do obcokrajowców, a wręcz się ich boją. Będąc na swoim terenie, to
oni dyktują warunki i nie dopuszczają żadnych odstępstw od etykiety, jaka u
nich w tym zakresie obowiązuje. Wielu Europejczyków popełniało podstawowy błąd
usiłując prowadzić z Japończykami interesy na własnych zasadach. Faux pas
popełnić jest bardzo łatwo, a Japończycy tego nie wybaczają. To jedna z wielu
barier służących obronie Japonii przed inwazją zagranicznych firm.
Na niespotykaną skalę ma miejsce wymiana wizytówkami. Na każdą okoliczność
Japończyk ma je przygotowane. Na jednych z pierwszych zajęć na Waseda
uczestnicy programu mieli za zadanie przygotować meshi - czyli właśnie takie
wizytówki japońskie w katakanie (jeden z alfabetów japońskich). Wizytówki
wymieniane są tonami na prawo i lewo. Dodatkowo kontakty biznesowe w Japonii
są bardzo sformalizowane. W efekcie tego w japońskich korporacjach mamy do
czynienia z nieprawdopodobną ilością papieru.
W Japonii istnieje porażająca hierarchizacja w korporacjach. Każdy ma tam
swoje miejsce szeregu i ściśle określone zadania, które wykonywane są
niezwykle skrupulatnie. Wszystko jest kilkukrotnie sprawdzane. Dla
obcokrajowca ta dokładność jest często bardzo denerwująca. - Japońska
korporacja to raczej wojsko, a nie praca - mówi Zarajczyk - Japończycy są jak
roboty zaprogramowane do wykonywania określonych czynności. Skutkiem tego jest
niezwykła uciążliwość i przewlekłość dla Europejczyka procesów negocjacyjnych.
Każdy papier musi przejść przez ręce pracowników od "dołów", aż trafi do
"góry". - Choćby się dysponowało kontaktami do dyrektora czy zarządu, trzeba
zawsze odbyć mozolną wspinaczkę po wszystkich szczeblach korporacji - dodaje.