Dodaj do ulubionych

Za co lubimy Nohavicę

20.12.04, 13:27
Artykuł zamieszczony w polskim kwartalniku artystycznym Plama (1-2/1999).

Przyznam się od razu, że nie umiem obiektywnie odpowiedzieć na to iście
gombrowiczowskie pytanie. Gdyby chodziło o Cohena, Cave'a czy Waitsa, byłabym
w stanie sformułować kilka w miarę sensownych tez. Ale pieśniarz Nohavica?

Urodził się w uprzemysłowionej Ostrawie w 1953 roku; Jaromír mówi o tym
fakcie w jednej ze swych zapomnianych pieśni, która kończy się słowami:
śpiewam, więc jestem – jestem, więc śpiewam. Gdy miał dwanaście lat, ojciec
kupił mu gitarę i niejako zadecydował o przyszłości umuzykalnionego syna. Ja
już od ponad trzydziestu lat nie rozstaję się z tym instrumentem - powiedział
Nohavica w jednym z wywiadów - i choć może zabrzmi to patetycznie, wydaje mi
się, że gitara harmonizuje z kolorem moich włosów i z tym, co mi w duszy gra.
Przed paru laty zauroczył go kolejny instrument, który z kolei odziedziczył
po swoim dziadku - stary akordeon o nazwie heligonka; widnieje on na tylnej
stronie okładki znakomitej płyty Divné století - Dziwne stulecie.

Oto jedna z rzeczy, za które musimy lubić Jaromíra - autora i wykonawcę.
Docenili go nie tylko słuchacze (liczne nominacje i czeska nagroda Gramy),
ale również krytycy, którzy określili tę płytę jako jeden z filarów czeskiej
muzyki popularnej w ciągu ostatniego pięćdziesięciolecia.

W latach siedemdziesiątych zamieszkał w Czeskim Cieszynie, rodzinnym mieście
swojej żony. Dla takiego bibliofila jak ja ważna była praca w tamtejszej
bibliotece miejskiej, która posiadała dwa księgozbiory, czeski i polski -
stwierdzi w dwadzieścia lat później - a ja korzystałem z nich na przemian.
Wówczas przeczytałem bardzo wiele polskich książek.

Zabłysnął najpierw jako autor tekstów piosenek śpiewanych przez innych
wykonawców. Na solowy występ zdecydował się w 1982 roku w trakcie ostrawskiej
imprezy folkowej. Ceną za sukces były coraz częstsze interwencje milicji i
odwoływanie jego koncertów, które były przez wielu fanów odczytywane jako
antypaństwowe, choć Nohavica nigdy nie zniżył się do taniej agitacji
politycznej. Czasem jestem bohaterem, czasem nawet dezerterem - pisał z
pozycji romantycznego outsidera i buntownika.

Znany w Polsce nieżyjący już czeski pieśniarz, Karel Kryl powiedział o nim w
parę lat później: Z generacji czterdziestolatków Jaromír Nohavica jest chyba
najbardziej wnikliwym i utalentowanym pieśniarzem. To bardzo odważny
człowiek, nazbyt może często podkreślający fakt, że Bóg nigdy dla niego nie
istniał. Twardy, zaangażowany, zawsze dociera do sedna rzeczy.

Czescy pieśniarze byli w czasach dogorywającego komunizmu traktowani jako
trybuni opozycji i sumienie narodu. Nohavica, by nieco załagodzić ówczesny
patos, zaczął używać określenia kejklíř - kuglarz. Występuję publicznie -
powiedział w jednym z wywiadów - a ludzie przechodzą i zatrzymują się, by
posłuchać lub idą dalej. Jestem więc kuglarzem, z tym, że nie żongluję i nie
połykam ognia, ale prezentuję tu i teraz ulotne rzeczy, pieśni, które albo
znajdą słuchacza, albo najzwyczajniej przeminą. Staram się w ten sposób
przywrócić dawną hierarchię wartości, gdyż miejsce pieśniarzy, ale także
aktorów, było niegdyś na rynku, na podwyższeniu. Grali dla murarzy, cieśli,
żołnierzy, przekupek, księży, mieszczan, po prostu dla ludzi.

Po aksamitnej rewolucji, gdy zaczęto otwarcie mówić o kryzysie czeskiego
folku (termin ten nie jest tożsamy z polskim określeniem i pojmowaniem muzyki
folkowej) i pieśniarstwa, buntowniczy bard porzucił dotychczasowy burzliwy
tryb życia i zmienił swój image. Jako jeden z niewielu w swej branży nadal
grał dla licznych rzesz fanów, a dzięki przemyślanej polityce wydawniczej
swej firmy fonograficznej zaczął zdobywać nowych. Płyta Mikimauzoleum, będąca
świadectwem przemiany i duchowych rozterek pieśniarza, zapoczątkowała
niezwykle udaną pod względem artystycznym i komercyjnym "porewolucyjną
trylogię płytową" Jaromíra. Jego ponadczasowe piosenki zaczęły zdobywać
szczyty list przebojów, dystansując hity jednego sezonu. Za to także należy
lubić pieśniarza Nohavicę.

Krytycy i fani Jarka doceniają słowiańskość, liryczne galicyjsko-rosyjskie
klimaty i archetypalną tematykę jego pieśni. Zapytany o rolę miłości w swoim
życiu odpowiedział: Musiała być wielka, skoro napisałem o niej tyle pieśni.
Ciągle w moich pieśniach krążę wokół tego tematu, szukam granic, i być może
odpowiedź mieści się właśnie w owym krążeniu wokół miłości, śmierci, Boga. To
krążenie tworzy mapę mego życia. Atutem Nohavicy jest także jego
bezpośredniość, kontaktowość i dowcip. Salwy śmiechu zawsze towarzyszą jego
humorystycznym songom, w których stołeczni krytycy dopatrywali się wpływów
waitsowskich, zapominając o całej galerii typów "zagłębiowskich" z rejonu
ostrawsko-karwińskiego, którym pieśniarz przyglądał się od wczesnego
dzieciństwa. Natomiast publiczność dziecięcą (i tych słuchaczy, w których
nadal drzemie dziecko) podbił swoją bynajmniej nie infantylną twórczością o
tematyce zwierzęco-bajkowej.

Zapytywany o sposób, metodę pisania odpowiada: Pieśni piszę w ciszy i
osamotnieniu. Z gitarą. Sam jak palec. W nocy. Gdy już wpadnę na jakiś motyw,
który mnie zafascynował, wiem i czuję, że gdzieś tam istnieje gotowa
piosenka. I ja muszę ją odnaleźć. Usłyszeć. Szukam więc i wsłuchuję się.

Swoje życie Jaromír dzieli od kilkunastu lat pomiędzy scenę i publiczność,
która go uwielbia, oraz prywatne królestwo, do którego wścibskie media nie
mają prawa wstępu. Mówi o tym z wielką swobodą: Zawsze nie mogę doczekać się
chwili, kiedy otworzę drzwi mojej pracowni i pokażę komuś bliskiemu mój plon,
moje nowe piosenki. A gdy mam już dosyć koncertów i bycia "na zewnątrz", znów
cieszy mnie wizja twórczej samotności. I to lawirowanie między zaciszem mej
pracowni a tłumami słuchaczy jest dla mnie bardzo przyjemnym uczuciem.

Niezwykłe były również zagraniczne, polskie koncerty Jarka. Moi polscy
słuchacze są bardzo inteligentni i skłonni do zabawy - stwierdził w jednym z
wywiadów telewizyjnych (zresztą TVP nakręciła już kilka filmów o Jarku
Nohavicy; niedawno był także gościem radiowej "Trójki"). Niezmiennie
zjednywał sobie polską publiczność we Wrocławiu, Szczecinie, Krakowie,
Warszawie, Katowicach, Bytomiu, Bielsku-Białej, Cieszynie. Studenci,
żołnierze, urzędnicy i wojewodowie jak jeden mąż śpiewali wraz z Jarkiem po
czesku, po polsku lub w językach, o których dotąd nie mieli pojęcia. śmiech i
łzy, chwile refleksji i dobrego humoru, radość i żal, że już się skończyło.
To wszystko w trakcie jednego koncertu. Tak mało i tak wiele jednocześnie.

Za co więc lubię Jaromíra Nohavicę? Za to, że od lat spotykam go na ulicach
Czeskiego Cieszyna, co w przypadku moich ulubionych Cohenów, Waitsów i
Cave'ów jest raczej rzeczą niemożliwą. Za to, że wzbogacił moje życie. Za
galerię postaci z jego piosenek, w których istnienie wszyscy święcie
wierzymy. Za to, że wyzbyłam się wielu narodowych stereotypów. Za szansę
tłumaczenia jego pieśni.

Za wiarę, że dokud se zpívá, ještě se neumřelo...

Renata Putzlacher
tłumaczka

------------------------------------------------------------------------------

A za co lubicie go wy? Dyskutujcie, wariujcie, sprzeczajscie się! smile)
Obserwuj wątek

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka