pressforum
04.03.05, 12:08
oto fragment mojego bloga - walbrzych.blox.pl
Gdybym przyszedł na świat jakieś trzydzieści minut drogi od Wałbrzycha na
południe, tuż za czeską granicą, nie czułbym się szczególnie pokrzywdzony
przez los. Lubię Czechy, bo fascynuje mnie niezwykła atmosfera miast i
miasteczek przygranicznych, jakby z innej epoki, nawet, jeśli kiedyś był to
kraj po stokroć bardziej przesiąknięty socjalizmem, niż kraj po naszej stronie
granicy. I nawet, jeśli kiedyś ten kraj składał się z dwóch odrębnych krajów.
Czechy to mały obszar i ta mikroskopijność bardzo mi odpowiada. Wszędzie
blisko, wszędzie ładnie. W mniejszych miastach i wsiach ludzie żyją niemal w
jednej wspólnocie. Takie wrażenie odnosiłem podróżując po Czechach. Wszyscy
się tam znali, wszyscy ze wszystkimi rozmawiali. To, że nie przeniosłem się na
stałe do któregoś z czeskich miasteczek uważam czasem za jeden z większych błędów.
Takie przenosiny były kiedyś w naszej okolicy praktykowane. Sporo kobiet z
Wałbrzycha pracowało w czeskich zakładach dziewiarskich. Tam poznawały swoich
czeskich mężczyzn i wychodziły za nich za mąż. Osiedlały się po drugiej
stronie granicy, tam jakoś chyba łatwiej się żyło. Jeden z moich kolegów z
ulicy ożenił się z Czeszką i też wyemigrował kilkadziesiąt kilometrów dalej na
południe.
Gdybym miał możliwość wyboru miejsca, wybrałbym czeski Nachod, Broumov albo
Mezimesti. Czeskie miasteczka, senne i żyjące według własnego rytmu zawsze
mnie urzekały. Teraz wprawdzie wszystko jest inaczej, nie tak jak jeszcze
dziesięć, piętnaście lat temu, ale ta senność pozostała. Wolny rynek odmienia
ludzi, ale nie ma wpływu na duszę narodu. Nawet, jeśli komuś wydaję się, że
może być inaczej.
A zatem Nachod, gdybym chciał spokoju. Nachod, z urokliwymi zakamarkami,
uliczkami, mocno napiętnowanymi socrealną szarością, wymieszaną z odrealnionym
kojącym małomiasteczkowym klimatem. Wierzę, że tak musiały wyglądać zaułki
ulic ze starych baśni. Zamek na szczycie góry i architektura kamieniczek z
początku dwudziestego stulecia. Knajpy z piwem rozlewanym do dużych szklanych
kufli, jedno po drugim, kolejka za kolejką. Każdy kolejny kufel to kreska na
wąskim pasku papieru, nanoszona przez kelnera.
W tym spokojnym Nachodzie zawsze dobrze się bawiliśmy. Którejś zimy wybrałem
się tam ze Śliwką i kolegą Adamem na kilka dni. Granicę przekroczyliśmy tuż
przed zamknięciem. Było ciemno i mroźno. W hotelu dostaliśmy dwupokojowy
apartament z łazienką i kuchnią i to nie było nic niezwykłego. W Czechach
zawsze dostawaliśmy apartament, nawet, jeśli spaliśmy w schronisku
młodzieżowym. Tam po prostu tak było. Rozpakowaliśmy się i zająłem łazienkę.
Kiedy się wykąpałem chłopcy powiedzieli mi, że za chwile będziemy mieli gości.
I faktycznie, do drzwi zastukały trzy panny. Dwie białe i jedna Cyganka.
Okazało się, że kiedy ja zażywałem kąpieli, dziewczyny zobaczyły zapalone
światło w pokoju i rzuciły z ulicy kamień w nasze okno. Wiedziały, kto
przyjechał i skąd. Mieszkały w tym hotelu od lat. Pracowały w tamtejszej
fabryce dziewiarskiej, a hotel był w połowie robotniczy.
Najpierw zabraliśmy dziewczyny na dyskotekę. To były czasy cudownie
korzystnego kursu korony w stosunku do złotówki. Stać nas było na wódkę
Smirnoff za sto dwadzieścia koron – wyjątkowo słona cena, bo w dyskotece i w
nocy - i obiad dla naszej gromadki. Do tańca przygrywała kapela rockowa,
czeski język wybrzmiewał dość oryginalnie w światowych standardach.
Po północy zabraliśmy dziewczyny do apartamentu i zabawa rozkręciła się na
dobre. Zaprzyjaźniliśmy się na tyle, że postanowiliśmy zaprosić panny do
Wałbrzycha. Ale biedaczki nie miały paszportów, bo dla nich były za drogie.
Postanowiliśmy solidarnie, że opłacimy im wyrobienie dokumentów.
Następnego dnia, kiedy nieco oprzytomnieliśmy, nasza wola zainwestowania w
paszporty czeskich koleżanek osłabła, a i one były mniej ochocze do wizyty w
naszym słodkim mieście, kiedy zobaczyły, jak taszczymy do pokoju kolejny zapas
wódki. Ale nadal były miłe i uczynne. Przyniosły nam obiad przyrządzony przez
siebie. Gotowana parówka i kartofle posypane kminkiem.
W Mezimesti, które głównie składa się z małych domków i blokowiska, nie
mieliśmy znajomych, ale tam było sporo knajp i wspaniały widok na pałac,
którego historii nie znam, ale zawsze robił na mnie wrażenie. Ten widok był
najlepszy z ławki przed sklepem monopolowym na szczycie jednej z ulic. W dole
tory kolejowe, po drugiej stronie wąwozu ogromne gmaszysko, teraz pewnie jakiś
oficjalny urząd. Ten sklep prowadziła pewna Czeszka, która otwierała go nawet
w niedzielę, co nie było wtedy powszechną praktyką. Robiła to specjalnie dla
przybyszów z Wałbrzycha. A my kupowaliśmy piwo i zasiadaliśmy na ławeczce.
Jedyny problem był w tym, ze w niedziele cały zapas browaru był wymieciony, a
zostawały tylko skrzynki z najsłabszym trunkiem, około trzech procent.
Kupowaliśmy kilka skrzynek, żeby było w sam raz. Sikać chodziło się normalnie,
w krzaki.
Czasem wypuszczaliśmy się do Pragi. To inny świat, chociaż też po czesku. Duże
miasto, gwarne i ruchliwe. Tętniące życiem, pełne remontów, rozkopanych ulic,
ale wciąż, jak z ubiegłej epoki. Ta urokliwa pradawność Czech widoczna jest na
każdym kroku, w każdym miasteczku, mieście, wsi.
Kiedy pierwszy raz przyjechałem do Pragi, zadziwił mnie napis na filarze
jakiegoś wiaduktu – „Polské bandyty a partizany”. Do dziś nie wiem, co autor
miał na myśli. Potem jeszcze kilka razy zdarzało mi się doświadczyć objawów
lekkiej niechęci narodu czeskiego do braci z Północy, ale to były wyjątki. W
Pradze zawsze można czuć się jak w wielkim świecie. Znam kilka dużych miast w
kilku innych punktach na mapie i czeska stolica w niczym im nie ustępuje.
Fakt, że na obrzeżach są szarobetonowe sypialnie, ale do Starówki dojeżdża się
dość szybko całkiem przyjemnymi trasami. Jeśli mowa o dojeździe, to w Pradze
jest chyba najgłębsze metro, jakie znam.
Zawsze zachwycał mnie fakt, że do Pragi mam bliżej niż do Warszawy, czy
Poznania. To, czego nie rozumiem do dziś, to rozkłady jazdy czeskich autobusów
dalekobieżnych - tamtejszych pekaesów. Mimo to, jeżdżąc po Czechach, na ogół
korzystałem właśnie z autobusów, albo autostopa. Pociągami docierałem tylko do
granicy. Autobusy są bardziej swojskie. Dworzec kolejowy w Pradze lubię
oglądać i zwiedzać, czekać na pociąg jakoś nigdy mi się tam nie chciało.