Porozmawialem sobie wczoraj ze starsza pania po sasiedzku i przez zupelny przypadek rozmowa potoczyla sie na czasy przedwojenne. Te czasy moja rozmowczyni przezyla na ziemiach wschodnich w majatku ksiecia Mniejszaztym. Nie byla tam dama dworu ani kims waznym, po prostu byla czwartym dzieckiem rodzicow zatrudnionych we dworze, ludzi, ktorzy zajmowali sie praca przy ogromnym areale ornym, licznych stajniach, oborach i chlewach. Mieszkali w jednej izbie a pracowali za miske. Nie powiem, starsza pani twierdzila, ze glodu nie zaznali. Otrzymywali od ksiecia ziemniaki i po dwa litry mleka na kazde dziecko dziennie. Mieli rowniez prawo do trzymania jednej swinki rocznie wiec na Wielkanoc lub Boze Narodzenie owa swinka byla zabijana i wtedy mozna bylo sprobowac miesa. Zasolona slonina z tej swinki dawala skwarki na okrase strawy codziennej. Byly rowniez comiesieczne wyplaty za prace w gotowce. Oboje rodzice tej pani otrzymywali 6 - 7 zlotych.
Zagadnalem ja czy chcialaby powrotu tamtych czasow a moze marzy jej sie w Polsce Krol?
Spojrzala na mnie jak na idiote. Panie Pikrat, oby to sie nigdy nie stalo. Nawet za komunistow nie klepalismy takiej biedy jak wowczas. Nawet podczas niemieckiej okupacji nie bylo tak zle.
No coz, podziekowalem za rozmowe i postanowilem ta historie przedstawic zwolennikom monarchii. Niech udowodnia, ze w dzisiejszej 'nowoczesnej' monarchii nie bylo by tak zle.