Gość: adamm
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
07.09.04, 23:19
Fragment:
Część ekspertów była zachęcana przez ludzi władzy, by pojechali do stoczni.
Nie po to, by byli konfidentami, lecz dlatego, że mieli podobną wyobraźnię,
rozumieli, co to znaczy niezależny związek zawodowy w kategoriach
ideologicznych, znali ograniczenia władzy. Robotnicy nie rozumieli, że
powstanie takiego związku zawodowego łamie całą konstrukcję komunizmu,
zgodnie z którą partia-państwo musi zastąpić i kapitalistów, i robotników,
jest jedynym podmiotem władzy i jedynym historycznie istotnym podmiotem
społecznym.
Mazowiecki, Geremek jechali tam więc, by załagodzić sytuację?
Tak.
Kiedy jednak przyjechali, chęć stonowania nastrojów im przeszła?
Niezupełnie, bo doskonale rozumieli, co oznaczają żądania niezależnych
związków. I wiedzieli, że jeśli negocjacje się zaczną, to uzna się stronę
robotniczą za niezależny podmiot. A to już oznaczało wygraną. W ostatnim
rzucie na taśmę, pod naciskiem władzy, wprowadzili jednak zapis, że ta
robotnicza reprezentacja uznaje kierowniczą rolę partii w społeczeństwie.
Była szansa, aby przeszła formuła szczecińska, w której nie mówiło się wprost
o kierowniczej roli partii, było tylko odwołanie do konstytucji. Dla
strajkujących takie sformułowanie nie byłoby upokorzeniem. Ale Mazowiecki i
Geremek uznali, że nie o to chodzi, że musi być dosłownie zapisana partia. I
ja wtedy wystąpiłam z grupy negocjacyjnej.
Uważała pani, że doradcy manipulują robotnikami?
Nie nazywałabym tego tak ostro. Uważam, że doradcy nadużyli swojej przewagi
intelektualnej, językowej.
www.rzeczpospolita.pl/dodatki/plus_minus_040904/plus_minus_a_8.html