Dodaj do ulubionych

zdążyć przed Panem Bogiem

26.01.19, 18:22
wyborcza.pl/7,75517,24400875,hanna-krall-a-co-jesli-marek-edelman-po-smierci-spotkal.html#nowyMTmagazyn
Ta książeczka rozmiarem wydania i KSIĘGA - rozmiarem treści
jest jedną, z najważniejszych lektur mojego, powiedzmy, kanonu.
Rodzinnie czytaliśmy jej felietony, książki. Zaczeło sie wcześnie
od "Dzieci Arbatu". A potem było już "Zdążyć..." które zrobiło
światowe sukcesy i ustaliło jej pozycję.
Przyjaciółka Kieślowskiego, Łozińskiego, Rotfelda,
Kieślowski wiecznie z nią konsultował scenariusze, ona poddawała mu tematy...

niesamowita jest i - polecam każdy z nią wywiad - zreszta kieruję się
do osób z tego forum, którym nie trzeba "polecać" wywiadów z nią.

Pomyślałam sobie, że poznawanie autorów olśnień i idei mojej młodości
i potem - jest dobrym tropem, sposobem życia.
Niektórzy rozczarowali mnie immanentnie smile
( na przykład arcybiskup Życiński - po kilkugodzinnej z nim rozmowie, runął mit.
Żałowałam, że chciałam go poznać. Dobrze, że lekture książek które napisał do roku 2005 - miałam już za sobą. Nie była rozczarowaniem znajomośc z Lechem Wałęsą.
Tylko rozchorowałam się po pierwszej rozmowie, trochę. Migrena. Ale straszna.
Dziury w polu widzenia. Prowadziłam z nim rozmowe o potrzebie dialogu
z mniejszościami etnicznymi i narodowymi.
To było sporo lat temu.
I było tak, że ja nadaję temat, a on odpowiada "nieznacznie merytorycznie" - tak właśnie - i skręca w tematy strajków, Stoczni, rozmów sierpniowych, swojej prezydentury.
Kamera pracuje, notuje, ja - nie przerywam.
Kiedy kończy (mówi dużo) - znowu potrącam temat, o którym wiedział, że o tym ma byc rozmowa, wcześniej ustaliliśmy o czym będziemy o nim rozmawiać.
I staje się to "skręcanie" - zasadą. Więc idę w to.
Słucham o strajku, przygotowaniach, o Stoczni, kto zrobił i co źle, co on myślał (Ja, Wałesa, My- Naród - tłumaczył Amerykanom mój kuzyn Jacek Kalabiński)
Pytam, co zrobiłby teraz. Dziś.
I on odpowiada. Mówi bardzo dziwnie chwilami, i muszę pracować trójtorowo:
słuchać tego, co mówi, pomyśleć o pytaniu - jeśli żartuje, jeśli robi sokie kpiny, mówiąc to, co mówi, i pytanie, jeśli mówi serio.

Rozmowa trwała - cała duża kaseta Beta - około 180 minut.
Oglądający ten materiał wytrzymywali ten czas i mówili, że to jest dobre bo ja mu nie przerywam. Wyszło memento Wałęsy.

I tak poznałam bardzo wiele osób: Zagajewskiego, Krall, Łozińskiego, Wajdę, Zanussiego, Kawalerowicza, Hoffmana, Nasierowską, Janusza Majewskiego, Gajdę, Pec-Ślesicką, Konwickiego, Holoubka, Młynarskiego, Kowalskiego (przez chwilkę aktor Hasa) prof. Mierzejewskiego, prof. Zwolińską, Ewę Braun, Marte Meszaros, Hanuszkiewicza, Gogolewskiego, Annę Polony, Radwana, Jerzego Trelę, Jacka Kuronia, Radziwiłłowicza, Różewicza... jerzego JAROCKIEGO i GROTOWSKIEGO! EWę DEMARCZYK - jeszcze przed wyjazdem do Bochni. Tadeusza Nalepę, Mirę Kubasińską... Robina Williamsa. Laszlo Kovacsa.

Jedni przyjeżdżali do Szkoły Filmowej w Łodzi, na festiwal Camerimage, z niektórymi znajomość rozpoczynała się od stricte pracy i tak było z Krystyną Jandą i Edwardem Kłosińskim... o innych realizowałam filmy, jeszcze inni - rozmowy... do Archiwum Pamieci
.
Jeden z forumowiczów ma od niej dla swojego wtedy 10 letniego dziecka komunijny prezent, "Awanturę o Basię" czytaną przez KJ, dedykacja jest imienno-nazwiskowa (tak mi powiedziano, że inaczej to nie będzie cenny prezent bo jeśli odręcznie KJ się podpisze, to do kitu, a tylko "z okazji I Komunii Świętej" to może być dla każdego.
Imię także jest popularne. Musi być z nazwiskiem, adresem zamieszkania prawie, i wymianą imion ojca i matki smile Kara przyszła podczas spotkan z Romanem Polańskim. Koniecznie autograf bo dziecko lubi Polańskiego. No i ja, że dla takiej a takiej osoby. Proszę. Oczywiście, otrzymuję odpowiedź ale juz nacierają kamery, wywiady, ja muszę w ogóle wyjść bo czymś jestem zajęta, on później także gdzies wychodzi - no i zapomniał nie tylko nazwiska ale imienia. napisał:
"Dla córeczki MB ........ Roman Polański". Oczywiście to zostało odpowiednio skomentowane wink

Poznałam dr. Edelmana oczywiście,piliśmy Jacka Danielsa, w Łodzi, w jego mieszkaniu przy Zelwerowicza... trzy kobiety i doktor. Niesamowite spotkanie, mam tajne nagranie smile

Poznałam taternika legendę, poetę Michała Jagiełło, Jerzego Stawińskiego, Skolimowskiego, Gutowskiego, potem Michnika, Ernesta Brylla, Andermana, dziennikarzy, spotowców, ludzi kultury i nauki, dziennikarzy...
Moje rozczarowanie ostatnie, to przydługie spotkania z Anną Bikont. Jej nie dzierżę.

Natomiast Hanna Krall jest jak orchidea. To jest znawisko. O które bardzo boje się.

Dlaczego ja tych ludzi chciałam poznać? Nie, żeby się chwalić, nie z próżności, o co lubią posądzać mnie ludzi nieżyczliwi. Z ciekawości.

Kim są ci, których dzieła podziwiam, którzy mnie bardzo irytują, kim.
I ja te znajomości czy spotkania - zabiorę ze sobą. Trumna nie ma kieszeni.

Pamięć jest wieczna. Chciałabym. Pamiętam moją Matkę, Ojca, kuzynów...

Rozmowa z Hanna Krall, która jest siłą i kruchością, jak prof. Janion obecnie.
O którą także bardzo się boję. Ona jest dla mnie NAJWIĘKSZA.

Miłosć, a przyjaźń, dobra zjanomośc - jest formą miłości, serdecznej typu je'taime bien
jest bezcenna.
Poza tym - nie mam NIC.

smile


Obserwuj wątek
    • qwardian Re: zdążyć przed Panem Bogiem 26.01.19, 19:10
      Wielka jest Diana Krall..
    • oleg3 Marzę ... 27.01.19, 13:11
      Na Aqua pojawia się Isabel Marcinkiewicz w towarzystwie Justyny Żyły.


      • rumia100 wywiad z Hanną Krall. O Edelmanie. 27.01.19, 13:51
        spiratowałam ten wywiad smile Może mi go wytną. Już nie mam siły "edytowac" ale jest wspaniały. Cudowna guliwerka.


        Pierwszym powodem tej rozmowy jest złość. 8 stycznia Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego na Facebooku przypomniało o 125. rocznicy urodzin Rajmunda Kolbego, późniejszego świętego Maksymiliana, franciszkanina, który oddał swoje życie za współwięźnia w Auschwitz. Ale to samo ministerstwo kilka dni wcześniej, 1 stycznia, zapomniało odnotować 100. rocznicę urodzin Marka Edelmana. Bohatera, obywatela polskiego pochodzenia żydowskiego, jednego z przywódców powstania w getcie warszawskim, Kawalera Orderu Orła Białego, kardiologa.
        Kilka miesięcy wcześniej Sejm uznał, że Edelman nie będzie jednym z patronów 2019 roku.

        Pomyślałem, że warto raz jeszcze przypomnieć, kim i jaki był.A potem przypomniałem sobie, że pod koniec roku ukazała się „Pola i inne rzeczy teatralne”, zbiór tekstów niezwykłej reporterki, wśród których znalazła się jej autorska adaptacja jednej z najważniejszych polskich książek wydanych po wojnie, czyli „Zdążyć przed Panem Bogiem”. W poruszającej sztuce napisanej przez Hannę Krall, reporterkę wybitną, spotyka się dwóch Edelmanów, młody powstaniec i stary doświadczony lekarz, a akcja toczy się w łódzkim mieszkaniu doktora 19 kwietnia 1983 roku, w 40. rocznicę wybuchu powstania w getcie.
        Jedyny żyjący przywódca zrywu nie pojechał do Warszawy, ponieważ nie chciał brać udziału w oficjalnych uroczystościach – trwał jeszcze stan wojenny, a komunistyczne władze nie pozwoliły mu na udział w obchodach organizowanych przez opozycję. Napisał list, w którym znalazły się takie słowa: „Obchodzenie naszej rocznicy tutaj, gdzie nad całym życiem społecznym ciąży dziś poniżenie i zniewolenie, gdzie zafałszowano słowa i gesty, jest sprzeniewierzeniem się naszej walce... (...) Z dala od zmanipulowanych uroczystości, w ciszy grobów i serc, przetrwa prawdziwa pamięć o ofiarach i bohaterach, o odwiecznym ludzkim porywie ku wolności i prawdzie”.
        Adaptacja autorstwa Krall sąsiaduje w książce między innymi z filmowym oraz teatralnym scenariuszem sztuki o Apolonii Machczyńskiej, która zginęła w czasie II wojny światowej, ponieważ w swoim spichlerzu ukrywała Żydów.
        Chwyciłem za telefon, zadzwoniłem do pani Hanny i poprosiłem o wywiad.
        Hanna Krall: Skoro o Marku Edelmanie ma być, to może od początku? Bo początek był dość ważny.
        Michał Nogaś: Dobrze. Początek.
        – W łódzkiej kawiarni, w Grand Hotelu. Spotkaliśmy się, żeby doktor Edelman przeczytał i sprawdził mój tekst, taki reportażyczek o operacji profesora Molla. Był to by-pass w stanie ostrym. Nie robiono takich operacji przed Mollem i profesor nie wierzył, że ja cokolwiek z tych opowieści o tętnicach i aortach rozumiem.
        Umawialiśmy się z doktorem Edelmanem na to spotkanie przez telefon i oboje uważaliśmy, że się nie poznamy w tej kawiarni, że jedno nie wie, jak drugie wygląda. Przyjechałam do Łodzi przed czasem i czekałam. Gdy wszedł, zrozumiałam, że ja go pamiętam.
        Skąd?
        – Z domu dziecka. Byłam po wojnie w domu dziecka w Otwocku kierowanym przez Lubę Blumową, żonę Abraszy Bluma, przywódcy Bundu w getcie warszawskim, największego dla Marka autorytetu.
        Zadedykował mu swoją książkę „Getto walczy”, tę ze wstępem Zofii Nałkowskiej. Luba przed wojną, w czasie wojny w getcie i po wojnie organizowała i prowadziła szkoły pielęgniarskie, nauczyła się tego kiedyś w Belgii. No i kierowała domem dziecka w Otwocku. W którym widywałam Marka Edelmana. Wysoki, chudy, z wąsikiem, siadał obok Luby w jadalni podczas obiadu i tylko z nią rozmawiał.
        • rumia100 Re: wywiad z Hanną Krall. O Edelmanie.2 27.01.19, 13:54
          Gdy wszedł do kawiarni, od razu powiedziałam mu, że go pamiętam, że widziałam go w Otwocku, i od razu przestałam być obcą osobą, reporterką z „Polityki”. Stałam się dzieckiem od Luby. A bycie dzieckiem od Luby to coś zupełnie innego niż bycie reporterką. To oznaczało pewien rodzaj podporządkowania, a reporter nie może podporządkować się bohaterowi.
          Cała nasza książka „Zdążyć przed Panem Bogiem” wyniknęła z mojego niepodporządkowania się, co dla Marka Edelmana było nieco irytującą nowością. Uważał to podporządkowanie się za coś naturalnego. I było naturalne. Każdy, kto o nim opowiadał – w książkach, w filmach – także ludzie stamtąd, z getta, wszyscy mówili, że Marek był naturalnym przywódcą, i to mimo swojego młodego wieku. Ludzie znacznie starsi od niego uważali go za autorytet, poddawali mu się. To on decydował o najważniejszym, o życiu innych – podczas wojny i po niej. W czasie wojny jako dowódca, po wojnie jako lekarz. O wszystkim decydował, tylko nie o sposobie pisania książki o nim.
          Bo wyobrażał sobie, że „Zdążyć...” to będzie takie „Getto walczy”, tylko bardziej rozbudowane. Gdyby tak się stało, gdybym napisała obszerniejsze „Getto walczy”, wiedzieliby o nim dzisiaj tylko historycy.
          Dlaczego ludzie tak podporządkowywali się Edelmanowi i dawali mu prawo do decydowania – o życiu i śmierci?
          – Dlatego że jego organizm się do tego nadawał. On nie wytwarzał strachu i głodu. Wyobraża pan sobie człowieka, który w getcie nie czuje głodu i nie boi się? To nadzwyczajne, to jakiś prezent od Pana Boga. Ale o Bogu to może później pomówimy.
          Wróćmy do dziecka Luby, które się nie podporządkowało.
          – W wielu wspomnieniach o Marku przeczytać można o tej jego prawdziwej lub udawanej irytacji, gdy odpowiadał na pytania o getto, o to, co robił, co myślał, co czuł i dlaczego przetrwał. Pokrzykiwał: „Po co ja tu z wami rozmawiam? Przecież wy nic nie rozumiecie...”.
          Bo oni nie byli dziećmi Luby, więc naprawdę rozumieli niewiele. Mnie nie mógł powiedzieć: „Przecież ty nic nie rozumiesz”. Bo dziecko Luby rozumiało to i owo...
          Co najbardziej?
          – Czym była wojna na przykład.
          Proszę mi pozwolić na dygresję. Bardzo lubiłam Marcela Reicha-Ranickiego. On w świadomości wielu Polaków funkcjonuje przede wszystkim jako agent, ale dla mnie był człowiekiem, który bezgranicznie, namiętnie i bezinteresownie kochał literaturę. Zawsze gdy przyjeżdżałam do Niemiec, szliśmy na kawę i rozmawialiśmy o książkach. I kiedyś powiedział, że literatura – zwłaszcza niemiecka – stała się jego ojczyzną. Tak jak dla Żydów była nią Księga, którą przenieśli przez tysiąclecia i dzięki niej zachowali tożsamość.
          Gdy wróciłam do Polski, opowiedziałam o tym Markowi Edelmanowi. Zdziwił się: „To tak, jakbym ja powiedział, że moją ojczyzną jest kardiologia”. Zapytałam wtedy: „A co jest twoją ojczyzną?”. Zaczął krążyć dookoła mnie siedzącej na krześle, zatrzymywał się, zamyślał się i powiedział: „Moją ojczyzną jest sześć lat drugiej wojny światowej”.
          ...
          – No i czemu pan milczy? Ja to rozumiem. Te sześć lat może nauczyć wszystkiego. Czym jest dobro, czym jest zło. Bo zdaje się, że cała wiedza się do tego sprowadza.
          Pani, dziecko Luby, nie musiała się Edelmanowi podporządkować.
          – On to zrozumiał podczas naszej pracy nad książką, choć złościł się okropnie. Niecierpliwił się, gdy mu czytałam fragmenty na głos, a sam czytać nie chciał. Nawet nie chcę panu opowiadać, co się działo, gdy usłyszał początek, że nosił czerwony sweter, dwa pasy na krzyż, a pośrodku latarkę i to zdanie: „Słuchaj, jak ja wyglądałem”. Krzyczał: „Tak się nie pisze!”.
          • rumia100 Re: wywiad z Hanną Krall. O Edelmanie.3 27.01.19, 13:54
            Ale stopniowo oswajał się z moim pisaniem. „Zdążyć przed Panem Bogiem” ukazywało się w odcinkach w „Odrze” i ludzie, z których opinią się liczył – Woroszylski, Stryjkowski, Andrzejewski – dobrze o książce mówili i pisali. I sam Marek zaczął mówić językiem „Zdążyć...”. To polegało na budowaniu czegoś, co miało rytm, z tych jego rozproszonych, porozrzucanych słów. Do końca życia zawsze, gdy ktoś go pytał o tę naszą książkę, mówił: „Hania lubi puenty. Gdyby nie te puenty, to toby była zupełnie dobra rzecz”. Ale ja o żadne puenty nie dbałam, ja chciałam tylko jak najlepiej wszystko usłyszeć i w pewnym rytmie zapisać.
            Dziś, gdy myślę o sile tej książki, to wiem, że wzięła się z prawdomówności Marka. Nieprawdopodobnie bezwzględnej, wręcz brutalnej. Że Jurek Wilner nie miesiąc, ale tydzień tortur wytrzymał na gestapo, że żadnych sztandarów powstańcy nie wywiesili i że nie było ich pięciuset, tylko dwustu dwudziestu.
            Ludzie kochali tę prawdomówność Edelmana. Ona robiła wrażenie.
            – Wierzyli mu. Ufali w najważniejszym. Marek wiedział, jak człowiek powinien się zachowywać w obliczu śmierci i jak powinien żyć. Jakiej odwagi wymagają takie decyzje!
            Marek chciał ludzi przeprowadzać przez śmierć, chciał, żeby się nie bali. Wiedział, że strach odczłowiecza i poniża. Nienawidził poniżenia. Wracał często do historii Żyda, któremu Niemcy – jeszcze przed stworzeniem getta w Warszawie – kazali wejść na beczkę i obcinali mu długą brodę. Dla widzów było to śmieszne, jeszcze wtedy niegroźne, ale jednocześnie żałosne i poniżające. I Edelman powtarzał, że nigdy nie można dać się wepchnąć na taką beczkę.
            Chciał przeprowadzać ludzi przez śmierć. Jak?
            – Znalazłam niedawno notatki z naszych rozmów, jedne z niewielu, których nie przekazałam do Biblioteki Narodowej. Przeczytam panu. To o Jacku Kuroniu, o odchodzeniu Gajki.
            „Marek przeprasza Jacka. Na Nowy Rok wyprosił wszystkich z pokoju i kiedy zostali sami, znów zaczął mówić, że nie jest w porządku. Napisał Jackowi do więzienia, że Grażyna będzie zdrowa. I dlatego Jacek nie zgodził się na wyjście i nie był z Grażyną przez ostatnie pół roku jej życia. I nie wyjechał za granicę, co proponowały mu władze. Grażyna mówiła, że zgodzi się wyjechać pod jednym warunkiem – jeśli po trzech miesiącach umrze. Bo jeśli będzie żyła dłużej, to ludzie będą mieli pretensje do Jacka, że zostawił swoich w więzieniu. Ale Marek nie mógł tego powiedzieć Grażynie, ponieważ Marek w ogóle nie mówił jej, że umrze. Na odwrót – mówił, że wyzdrowieje, i opowiadał jej, jak będzie zdrowieć. Że w pewnym momencie, jak zaczną się krwotoki, to będzie znaczyło, że przesilenie minęło i zaczyna się poprawa, i że odtąd będzie już coraz lepiej. Kiedy zaczęły się te krwotoki, Grażyna była szczęśliwa. A poważni ludzie dzwonili do niej z gratulacjami, bo Marek ich o to prosił. Lekarzy, profesorów medycyny! I jednocześnie Jackowi do więzienia pisał, że jest coraz lepiej”.
            Marek mówił mi, co opowiadał Grażynie. Że jak wyzdrowieje, to powozem pojadą do Merano, do uzdrowiska, że kupi jej sukienkę z organtyny i jedwabną parasolkę. Pytałam go: „Jak to pojedziecie do Merano, gdy jej mąż siedzi w więzieniu?”, na co on: „Ale Jacek pojedzie z nami, będzie siedział na koźle”. Weszłam w ten ich obłęd, zapytałam: „Jak to, mąż na koźle?”. Na co Marek: „Ja nie mogę przecież siedzieć na koźle, tam wieje, a ja jestem stary i od razu mi zawieje nerki. Jacek jest młody, niech siedzi na koźle”.
            Gdy Jacek wyszedł z więzienia, byłam chyba pierwszą osobą, do której zadzwonił. Umówiliśmy się w Hotelu Europejskim w Warszawie, tam w hallu był całkiem przyjemny barek. Weszłam, a przy wszystkich stolikach siedzieli tacy panowie...– Myśmy się przez telefon umawiali, to wiedzieli, gdzie nas szukać.Jacek siedział przy barku, zamówił mi campari z sokiem z mandarynek i powiedział: „Co, do Merano się wybierali?”.
            Po śmierci Grażyny Jacek spędzał czas z Edelmanem. Marek najpierw wziął na siebie umieranie Grażyny, a potem rozpacz Jacka.
            Kiedyś zadzwonili do niego z Ameryki. Ktoś spytał, czy można odłączyć od aparatury Stasię. Jego miłość z getta. Dlaczego właśnie do Marka dzwonili?
            • rumia100 Re: wywiad z Hanną Krall. O Edelmanie.4 27.01.19, 13:55
              Kiedy potem dostał wiadomość, że Stasia umarła, była u niego w Łodzi Jolanta Dylewska. Opowiedziała mi, że odłożył słuchawkę i powiedział: „Stasia nie żyje. Trzeba zadzwonić do Hani”. I zadzwonił: „Wiesz, Stasia nie żyje”. Zapytałam: „To ta z warkoczem?”, na co on: „Z warkoczami, nie z warkoczem, tak”. I odłożył słuchawkę.
              Piękny gest taki przyjacielski telefon.
              – Myśli pan, że słowa: „Trzeba zadzwonić do Hani”, świadczą o przyjaźni?
              A o czym, jeśli chce się komuś pierwszemu o czymś ważnym powiedzieć?
              – Wie pan przecież, że ja nie przyjęłam do wiadomości obowiązku podporządkowania się Edelmanowi.
              Ale przyjaźń nie powinna polegać na podporządkowywaniu się.
              – Dobrze, może pan to nazwać, jak pan chce. Jeszcze jedna dygresja, mogę?
              Bardzo proszę.
              – Obiecał Celinie, Cywii Lubetkin z getta, z Żydowskiej Organizacji Bojowej, żonie Antka, Icchaka Cukiermana, że pomoże jej godnie umrzeć. Ale się spóźnił. Mieszkała w Izraelu, w kibucu Bohaterów Getta. I Edelman nie zdążył na jej umieranie. Zadzwonił do mnie, a to był lipiec 1978 roku, i powiedział: „Słuchaj, Celina nie żyje. Muszę mieć jutro paszport do Izraela”. 1978 rok! Równie dobrze mógł powiedzieć: „Słuchaj, muszę jutro wylądować na Marsie”.
              I co pani na to?
              – Jak zawsze w kłopotliwych sytuacjach poszłam do gabinetu redaktora naczelnego „Polityki” Mieczysława Rakowskiego i powiedziałam: „Marek Edelman musi mieć jutro paszport do Izraela”. Rakowski opuścił okulary na nos, spojrzał na mnie, bez słowa przesunął w moją stronę ten najważniejszy telefon na biurku, czyli „rządówkę”, i podał książeczkę z numerami. Zastanawiałam się, gdzie zadzwonić, i pomyślałam, że jak Żydzi i Izrael, to muszę chyba do Komitetu do spraw Wyznań. A ministrem tam był Kazimierz Kąkol, ideolog Marca!
              Wykręciłam numer, przedstawiłam się i bez żadnych wstępów powiedziałam: „Proszę pana, Marek Edelman musi mieć jutro paszport do Izraela”. Rakowski spojrzał na mnie z miną człowieka, który myśli, że pracuje z szaleńcem, a Kąkol w słuchawce na to z gryzącą ironią: „A cóż takiego się stało?”. Powiedziałam: „Celina umarła”. I zapadła cisza. I Kąkol się odezwał: „Celina umarła? Ach, mój Boże, Celina umarła, ach, mój Boże!”. Bo on ją znał, Cywia była jednym z najważniejszych świadków oskarżenia podczas procesu Eichmanna, a Kąkol był tam chyba jedynym polskim korespondentem. I Marek dostał ten paszport.
              Wtedy w Izraelu Antek chciał się Markowi pochwalić makietą getta, którą zrobili w kibucu. Były w nią wmontowane kolorowe lampki, żaróweczki różne. Pokazywały pozycje żydowskie, niemieckie, Antek jak dziecko się cieszył, że to się wszystko zapala, że to tak ładnie działa. I Edelman podszedł do makiety i powiedział: „Słuchaj, ale tutaj jest Miła 18, a żarówka się nie pali”...
              Bunkier Anielewicza...
              – Dziesięć lat później poleciałam do Jerozolimy na kongres historii i kultury Żydów polskich i pojechałam do kibucu, w którym kiedyś mieszkali Celina i Antek. Głównie po to, by zobaczyć tę makietę. Poszłam ją oglądać z bardzo miłą panią, która włączyła te wszystkie lampki i żarówki, przyglądam się i... Miła 18 się nie zapala. I ta pani powiedziała: „No tak, z tą Miłą 18 jest jakiś kłopot. Sprawdzamy, poprawiamy, a nie chce się palić”.
              To teraz o Bogu, pani Hanno. Jakie Edelman miał z nim relacje?
              – Uważał, że żadnych. Powtarzał, że przecież Boga nie ma, no nie ma. Jest natura, przyroda, jest przypadek, są zbiegi okoliczności, ale on osobiście bardzo dobrze wie, że Boga nie ma. Że tam, po śmierci, nie jest ani ciemno, ani widno, ani jasno, ani zimno, ani ciepło. Tam po prostu nie ma nic, nie ma Boga.
              A gdy działo się coś strasznego, to on natychmiast temu Bogu, którego nie ma, robił wściekłe awantury.
              Krzyczał na Boga?
              – Kiedy odebrała sobie życie Elżbieta Chętkowska, lekarka, z którą najbliżej współpracował. Na wakacjach ktoś uderzył ją nieszczęśliwie kamieniem w głowę. Miała krwiaka, przez jakiś czas koledzy w szpitalu pomagali jej, bo miała zaniki pamięci, wypisywali za nią recepty. Ale to nie mogło długo trwać, załamała się, coś połknęła. I Marek zadzwonił do mnie, że Elżbieta nie żyje. Powiedziałam: „Wiesz, ten Pan Bóg nie traktuje cię sprawiedliwie”. Zaczął krzyczeć: „Pan Bóg? Ten skurwysyn? Nie mów mi o nim!”.
              • rumia100 Re: wywiad z Hanną Krall. O Edelmanie.5 27.01.19, 13:56
                A gdy siedzieliśmy przy stole w jego domu w Łodzi w kwietniu 1983 roku...
                To była 40. rocznica wybuchu powstania w getcie. Edelman na obchody nie pojechał, jego dom był otoczony przez ubeków.
                – Siedzieliśmy przy pustym stole, przy pustych nakryciach. Czekaliśmy, że ktoś do nas przyjedzie na uroczysty, rocznicowy obiad. Paula ugotowała rosół z makaronem. W końcu okazało się, że nikt do nas nie dotrze, UB nikogo do domu Marka nie dopuszczało. Siedzieliśmy nad tą parującą zupą i zaczął złorzeczyć: „I co by mu zależało, temu skurwysynowi, gdyby ona tam siedziała?”. Pokazywał na miejsce, które zajęła Irenka z jego szpitala. „Tam siedziałaby, o tam. Ale ten skurwysyn nie dopuścił do tego!”. Mówił o Gajce Kuroniowej. A może i o Elżbiecie. O Stasi...
                Szczerze mówiąc, bardzo bym chciała zobaczyć teraz minę Marka. Bo co, jeśli tam, gdzie jest, jednak spotkał Pana Boga? Musiałoby mu być głupio, prawda? Nigdy nie widziałam Marka z głupią miną, więc chętnie bym to zobaczyła.
                19 kwietnia 1983 roku, gdy Edelman po raz kolejny pomstował na Boga, siedzieliście w jego mieszkaniu w Łodzi, bo jedyny żyjący przywódca powstania w getcie nie chciał wziąć udziału w oficjalnych uroczystościach. Stan wojenny był w zawieszeniu, ale wciąż obowiązywał.
                – Marek chciał jechać do Warszawy, żeby wziąć udział w obchodach nieoficjalnych, tych zorganizowanych przez „Solidarność”. No to mu nie pozwolili. Bezpieka otoczyła jego dom samochodami, mógł wychodzić tylko do szpitala i z powrotem.
                Czekał, liczył, że gdy ludzie zobaczą, że nie ma go przed pomnikiem w Warszawie, to przyjadą do Łodzi. I od czasu do czasu jakiś samochód przyjeżdżał, ale nikt do nas nie wszedł. Nawet ci z zagranicy, którym nic nie groziło, pospiesznie na polecenie ubeków zawracali. W pewnym momencie, gdy kolejni goście wracali do samochodu, Marek wyskoczył na taras i zaczął krzyczeć: „Przeżyliście, bo jesteście tchórzami! Przeżyliście, bo jesteście...”.
                Zapamiętali te słowa ci, którzy pospiesznie, potulnie usłuchali tajniaków. Wiem. Mówił mi o tym jeden z nich. Po latach z tego tchórzostwa się tłumaczył.
                Pani wtedy też miała w Łodzi bliskie spotkanie z ubecją.
                – Poszliśmy z Markiem na spacer, Paula Sawicka szykowała obiad. Była piękna pogoda, szliśmy spokojnie chodnikiem i podjechał radiowóz. Wąsaty, niemłody sierżant poprosił mnie o dowód osobisty, na co zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że jestem na spacerze i nie wzięłam dowodu ze sobą. Powiedział, że w takim razie pojedziemy na komendę, na co odparłam, że tam tym bardziej nie ma mojego dowodu. Złapał mnie za ramię i zaczął wciągać do radiowozu, więc Marek złapał mnie za drugie ramię i zaczęła się przepychanka. Myślałam o tym, że bardzo nie chcę jechać na komendę, że wnętrze radiowozu jest ciemne i śmierdzące, i zaczęłam sierżantowi coś tłumaczyć. Że rocznica, że getto, że ten pan to wtedy właśnie... A sierżant odpowiadał: „Wszystko nam pani wytłumaczy na komendzie”.

                W pewnym momencie zobaczyłam, jak sierżant tuż przed moją twarzą trzyma rękę Edelmana – taką silną, wielką ręką trzyma drobną, prawie kobiecą dłoń Marka. Przestraszyłam się, że Marek da się sprowokować, uderzy milicjanta i go zamkną, ale podeszli dwaj ważniejsi cywile z reklamówkami Marlboro, w których brzęczały krótkofalówki, i dali znać wąsatemu, żeby odpuścił.
                Zaczęliśmy iść w stronę domu, a obok nas jechał radiowóz. Zaczęłam przyspieszać, ale Marek wziął mnie za rękę i szedł powoli, krok za krokiem. Powtarzał: „Nie spiesz się, jesteśmy na spacerze...”.
                Wróciliśmy do domu. Marek sięgnął po butelkę i nalał sobie koniaku, a Paula przygotowywała sos do sałaty. Zaczęłam lekko histerycznym głosem opowiadać, co się właśnie wydarzyło, na co Paula: „Bardzo przepraszam, że przerywam. Czy do sałaty daje pani cały miąższ z czosnku czy tylko sok?”. Odpowiedziałam, że tylko sok. Na co ona: „Ja też”. Uspokoiłam się.
                Marek nalał sobie drugi kieliszek i powiedział: „Mogłem go zabić”. Na co ja: „Przecież masz małe, słabe ręce”. Odpowiedział: „Ale ja wiem, gdzie jest globus caroticus. Karatecy też to wiedzą”.
                Edelman związał się z opozycją w czasie, gdy miała się ukazać wasza książka.
                – Marek mówił, że Polska przyszła do niego w osobie Teresy Boguckiej. To ona w 1976 roku poprosiła go o podpis pod listem protestacyjnym – Listem 101 – przeciwko zmianom w Konstytucji PRL. I został współpracownikiem Komitetu Obrony Robotników. Marek nienawidził komunizmu z wzajemnością. Nic dziwnego, że cały KOR zaczął się u niego leczyć, a jego dom stał się KOR-owską metą.
                Do Edelmana przyszła Polska, a do mnie przyszła cenzura. Zatrzymano książkę.
                • rumia100 Re: wywiad z Hanną Krall. O Edelmanie.6 27.01.19, 13:59
                  Gdy później Kazimierz Dejmek chciał wystawić w teatrze „Zdążyć przed Panem Bogiem”, towarzyszka od propagandy z Komitetu Warszawskiego PZPR powiedziała dyrektorowi teatru: „Niech oni to sobie grają u siebie”. U siebie, czyli w Żydowskim. Poszłam do Rakowskiego i zapytałam, czy powstanie w getcie warszawskim to sprawa wewnątrzżydowska i że jedynie w Teatrze Żydowskim można o tym opowiadać.
                  Przesunął w pani stronę „rządówkę”?
                  – Tak, żebym mogła sobie podzwonić i popytać. Nie wiedziałam, że w obronie „Zdążyć...” interweniował Wiesław Górnicki, publicysta i reporter, później w randze majora zaangażowany w stan wojenny. Napisał list do Jerzego Łukaszewicza, sekretarza od propagandy.
                  Zapisałam się na audiencję do tego sekretarza i Łukaszewicz łaskawie przyzwolił na wystawienie sztuki przez Dejmka. Moja prośba nic by nie dała, gdyby nie Górnicki i jego list. Ale opowiadam panu o tym z zupełnie innego powodu.
                  Jakiego mianowicie?
                  – Bo chciałam o Alusi... Czekając godzinę albo dwie na rozmowę z Łukaszewiczem, zaprzyjaźniłam się z jego sekretarką. Siedziałam, czekałam, a ona mówiła: „Kochanie, powiedz ty temu Edelmanowi, żeby zmienił towarzystwo”.
                  Dość bezpośrednia osoba…
                  – Z niejedną taką Alusią jako reporterka miałam do czynienia i umiałam z nimi rozmawiać. Wiedziała, po co przyszłam, wiedziała niejedno i kiedy usłyszałam tę jej życzliwą radę, zrozumiałam, że nie o Żydów chodzi, ale o to, że Edelman związał się z opozycją. Nie wiedziałam, co lepsze dla Dejmka – KOR czy Żydzi? Odpowiedziałam Alusi: „Wiesz, on jest tak przekorny, że jak ja mu powiem, by zmienił towarzystwo, to on natychmiast poszuka sobie jeszcze lepszego”. Co zresztą było prawdą. I Alusia zrozumiała, przytaknęła i tak żeśmy sobie przyjaźnie rozmawiały.
                  Minęło kilka tygodni i dzwoni Marek. I tym swoim rozkazującym tonem mówi, że musi mieć na jutro maszynę do szycia marki Łucznik. Wieloczynnościową i elektryczną. To żądanie było równie nierealne jak paszport do Izraela. Maszyny robili w Radomiu, w ogóle nie było ich na rynku, trzeba się było bić o talony i zapisać do kolejki.

                  Spytałam: „Po co ci ten Łucznik?”. Okazało się, że jego pacjentka miała mieć trudną operację serca u profesora Molla, a marzyła o maszynie. I Marek bardzo chciał, żeby ją dostała, zanim pójdzie na operację. Bo jeśli ta maszyna stanie u niej w domu, to kobieta będzie chciała wyzdrowieć. Dla tej cudownej maszyny, która na nią czeka.
                  Niech zgadnę, zadzwoniła pani do Alusi?
                  – A owszem. Zadzwoniłam: „Kochanie, Marek Edelman musi mieć natychmiast maszynę Łucznik”. Wyjaśniłam dokładnie, o co chodzi. Alusia zadzwoniła następnego dnia i powiedziała: „Jest maszyna w sklepie fabrycznym w Radomiu, ale towarzysze proszą, żeby pan doktor osobiście po nią pojechał. Z dokumentacją, bo chcą się upewnić, że naprawdę jest tak, jak mówisz”. I Edelman wsiadł w samochód, z dokumentacją medyczną pojechał do Radomia i kupił tę maszynę, nawet dostał sporą firmową zniżkę.
                  I to jest opowieść... O czym właściwie? O doktora Edelmana stosunku do pacjentów.
                  Ta kobieta przeżyła?
                  – Przecież musiała wrócić do swojego Łucznika.
                  Na czym polegała odwaga lekarza Edelmana, doktora kardiologa?
                  – Na tym, że podejmował decyzje, których przedtem nie podejmowano. To on skłonił profesora Molla do operacji by-passów w stanie ostrym, a potem do rewaskularyzacji żylnej, do odwrócenia krwiobiegu. Skąd się ta odwaga wzięła? Czy z getta, gdzie już się nauczył decydować o sobie i innych? A może organizm mu kazał?
                  A co Marek Edelman mówił o człowieku? Wspomniała pani, że nie miał dobrego zdania...
                  – Zapamiętałam krótką, lapidarną opinię. To było w Instytucie Historii na Starym Mieście w Warszawie, podczas pierwszego w Polsce spotkania wokół „Sąsiadów” Grossa. Tłum straszny, całość prowadzi Jerzy Jedlicki, ale nie można zaczynać, bo doktor Edelman wyszedł na papierosa. Czekamy. Po paru minutach pan doktor wraca, wchodzi na mównicę, opiera się o nią i mówi – powoli, z namysłem: „Człowiek... Proszę państwa, człowiek to nie jest udana rzecz. Człowiek to jest taka rzecz, która lubi zabijać”.
                  Rozwinął jeszcze tę myśl, i tyle miał do powiedzenia doktor Edelman, który lubił też czasem powtarzać, że w każdym człowieku drzemie komendant Treblinki.
                  Wyszliśmy z tamtego spotkania na ulicę i powiedziałam: „Słuchaj, ale człowiek to jest również taka rzecz, która nie lubi być zabijana”.
                  Niedawno, w tragicznych okolicznościach, przypomniano zdjęcie. Wnętrze francuskiego transportera opancerzonego, rok 1995, konwój do Sarajewa. Obok siebie Paweł Adamowicz, przewodniczący gdańskiej rady miejskiej, i Marek Edelman. Po co on tam pojechał?
                  – Dwa razy tam z konwojami jechał. Po co jeździł? A po cóż on pisał listy do Clintona w sprawie czystek etnicznych w Kosowie? Uważał, że trzeba być ze słabymi. Nawet jeśli nic nie można zrobić, to trzeba być z nimi do końca. Jak z umierającym, którego trzeba trzymać za rękę. Zawsze wiedział, jak się zachować. Kiedy strzelał w getcie. Kiedy leczył. Kiedy trzeba było okazać solidarność z Bośniakami. Kiedy należało pisać list do amerykańskiego prezydenta.
                  Są tacy ludzie. Wiedzą wcześniej niż inni, być może na tym polega ich wielkość.
                  Nie od razu się na niej poznano...
                  – Gdy poznałam Marka, to wokół niego było pusto. Można się było z nim spotkać w każdej chwili. Przed pomnikiem Bohaterów Getta w rocznicę powstania przez wiele lat byliśmy tylko we dwoje. Stawały w szyku te oficjalne delegacje, a my z Markiem z boku. I on zawsze źle stawał, nie wiem dlaczego. I porządkowy musiał ręką go odsuwać i zwracać uwagę. Mówiłam: „Widzisz, znowu źle stanąłeś”... Przepraszał i się odsuwał.
                  Potem szliśmy na Miłą 18, na ten kopiec, do kamienia Anielewicza, tam, gdzie był bunkier i gdzie popełnili samobójstwo. Zapalaliśmy znicz, co Marka żenowało, bo nie znosił symbolicznych gestów. Ale ja uważałam, że trzeba, i przynosiłam co roku ten znicz. Ale czerwona róża, którą przynosiłam, to już było dla niego za dużo. Kładłam ją sama, potem trzymałam znicz, a on go zapalał. Z początku mówił coś do siebie w jidysz, więc pytałam, co mówi. „Ich nie ma, a ja jestem. Z jakiej to racji i jaki ma to sens?”. Jakby się przed nimi tłumaczył, że jest... Odpowiadałam mu, że przecież leczy ludzi, że jest w tym sens jednak.
                  Potem co roku było nas przed pomnikiem coraz więcej. Tłumy były wokół Marka, tłumy. Na placu, w mieszkaniu Pauli Sawickiej, gdzie po uroczystościach zawsze szliśmy na rosół. Tęskniłam za naszymi rozmowami, gdy jeszcze było pusto wokół.
                  Z czasem ktoś zaczął osłaniać płomień tego naszego znicza. Najpierw to był Jacek Kuroń. Osłaniał, nawet kiedy nie było wiatru, a Marek zapalał. Potem, gdy Jacka zabrakło, był Geremek. Gdy i jego zabrakło, osłaniał Lechosław Goździk.
                  Na pogrzeb Marka przyszłam z czerwoną różą. Przy trumnie stała Paula, z białą. Zapytała, czy chcę swoją położyć na trumnie, nie było na niej kwiatów. Zaproponowałam, byśmy położyły obie, czerwoną i białą.
                  Gdyby...
                  – Gdyby Marek żył, to co by zrobił teraz? Pojechałby do Gdańska, to pewne.
                  To zdjęcie, na którym są obaj w drodze do Sarajewa... Jaki to ma sens, wie pan może? Żadnego to nie ma sensu. To jest właśnie najstraszniejsze, że cała ta Zagłada była po nic. Marek mówił czasem, że pogarda dla życia, która tak się rozlała po świecie, wzięła się właśnie z Zagłady. Z tego, że ludzkość się dowiedziała, z jaką łatwością można zabijać.

                  Jeśli byłaby to jedyna nauka płynąca z Zagłady, byłoby to dosyć smutne.

                  Całe to cierpienie, ta śmierć, straszliwy bezmiar cierpienia, wszystko miałoby być na nic?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka